Droga polna prowadziła wprost do gospodarstwa. Wiodła przez niewielki zagajnik i wychodziła na podwórze, gdzie po prawej stronie stał ceglany dom z przybudówką, natomiast z lewej ciągnęły się zabudowania gospodarcze. Całość była otoczona drewnianym, niewysokim płotem. Gospodarstwo to lata świetności miało już za sobą. Czerwona cegła poszarzała, gdzieniegdzie zadomowił się mech, a z rynien pokrytych rdzą wystawały kępki traw. Stare chlewy i szopy, choć swoim stanem nie odstawały od samego domu, wydawały się być martwe. W okolicy panowała cisza przerywana nie rżeniem konia, odgłosem krów czy karmionych świń, lecz brzękiem przelatujących owadów i śpiewem ptaków, kryjących się to w pobliskim lesie, to wzlatujących ponad łąkę, jakby chcące zobaczyć, kto zakłócił im spokój.
Wchodząc między ceglane zabudowania miało się wrażenie, że dawny rolniczy duch tego miejsca odszedł wraz z ostatnim właścicielem. Natura, niegdyś trzymana tutaj krótko ręką gospodarza, nieśmiało i powoli znów była gotowa ogłosić swój tryumf. To nie człowiek panował nad nią - to ona przejmowała z powrotem, co jej się należało. Ludzki porządek objawiający się w nazbyt przyciętych drzewach, krzewach i trawie, w symetrii architektury i w kątach prostych, ustąpił porządkowi przyrody, w którym prawem decydującym o kształcie tworzenia jest chęć przeżycia.
Być może to właśnie ta sama chęć zmusiła mieszkańców domu do jego opuszczenia. Być może wyrwani ze snu nie mieli zbyt dużo czasu na przygotowania. Wziąwszy tyle, ile zdołali unieść, ruszyli, oglądając się za siebie jeszcze wiele razy, nim zniknęli między drzewami. Później już tylko wspomnienia przypominały im o kształcie budynków i chwilach tu spędzonych. Lecz to nie natura zmusiła ludzi do odejścia. Choć łatwo dała się okiełznać, nie pragnęła zemsty. To ludzka tendencja do destrukcji własnego gatunku odcisnęła wyraźny ślad w wyrwanych zawiasach drzwi i kilku wybitych szybach. Przechodząc przez drewnianą, zniszczoną bramę chciałem dokonać procesu odwrotnego - nadać temu miejscu ludzki wymiar na nowo.
Wchodząc między ceglane zabudowania miało się wrażenie, że dawny rolniczy duch tego miejsca odszedł wraz z ostatnim właścicielem. Natura, niegdyś trzymana tutaj krótko ręką gospodarza, nieśmiało i powoli znów była gotowa ogłosić swój tryumf. To nie człowiek panował nad nią - to ona przejmowała z powrotem, co jej się należało. Ludzki porządek objawiający się w nazbyt przyciętych drzewach, krzewach i trawie, w symetrii architektury i w kątach prostych, ustąpił porządkowi przyrody, w którym prawem decydującym o kształcie tworzenia jest chęć przeżycia.
Być może to właśnie ta sama chęć zmusiła mieszkańców domu do jego opuszczenia. Być może wyrwani ze snu nie mieli zbyt dużo czasu na przygotowania. Wziąwszy tyle, ile zdołali unieść, ruszyli, oglądając się za siebie jeszcze wiele razy, nim zniknęli między drzewami. Później już tylko wspomnienia przypominały im o kształcie budynków i chwilach tu spędzonych. Lecz to nie natura zmusiła ludzi do odejścia. Choć łatwo dała się okiełznać, nie pragnęła zemsty. To ludzka tendencja do destrukcji własnego gatunku odcisnęła wyraźny ślad w wyrwanych zawiasach drzwi i kilku wybitych szybach. Przechodząc przez drewnianą, zniszczoną bramę chciałem dokonać procesu odwrotnego - nadać temu miejscu ludzki wymiar na nowo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz