czwartek, 31 października 2013

Na dobry sen

Połóż na mojej poduszce
tej nocy blady policzek

Wtul się w ciepłe objęcie
kołdry z mych dłoni splecionej

Rozpłyń się w ciszy posłaniu
oddechem wyznaczaj nam takty

Pocałuj znów słowem "dobranoc"
wilgotne zbliżając swe wargi
Pozwól mi zabrać Twe smutki
przykrości wachlarzem zebrane

Pozwól odetchnąć na nowo
powietrzem wstydliwie zbudzonym

Pozwól, na dobry sen, bym przy Tobie
zasypiać już mógł tak na co dzień

poniedziałek, 28 października 2013

Gdzieś między prawdą a K.

Jest głód wiary skąpany w pustce niewiary - niewiary w instytucję, niewiary w człowieka, który tę instytucję reprezentuje, niewiary w ludzi, którzy się z tą instytucją identyfikują. Zaciera się granica między tym, co ludzkie, a tym, co do nas nie należy. Występuje zamiana znaczeń - o celu się zapomina, a skupia się na środkach. Człowiek nie spotyka się już z Nim, ale idzie do k. Nie chce wyglądać godnie przed Nim, chce wyglądać elegancko przed innymi. Nie czuje skruchy przed Nim - chce pokazać swoje zmiany innym. Wreszcie nie chodzi się dla Niego, lecz chodzi się dla kogoś. Kończy się przekaz o czasach obecnych, a usiłuje wrócić do korzeni, które się dawno zdezaktualizowały. Szuka się usprawiedliwienia tam, gdzie się go szukać nie powinno. Słyszy się słowa, które zamiast zachęcać do zmiany, od tej zmiany odciągają.
Mam swój rozum i swoje sumienie, którego jestem świadomy. Wiem o swoich słabościach, których nie lubię. Znam kroki, które muszę podejmować, by żyć w zgodzie z samym sobą. Konkretne - bez znajdowania usprawiedliwienia, bez "zamykania powiek", bez zbędnych słów. Chcąc być uczciwym wobec siebie, płaci się niekiedy wysoką cenę, ale ten wysiłek podjąć warto. I to nie dla innych, ale dla budowania własnej tożsamości.
Jest głód wiary, którego nie nasyca k. i nie koją nawoływania czy nakazy. To jest głód, który zaspokajać trzeba w sobie samemu.

czwartek, 24 października 2013

Słowa naznaczone

obudzony burzącą się krwią nie pojmę
znaczeń zmieniających wizerunek
gdy chęć z niechęcią się miesza
gdy dobro się miesza ze złem

chłodne noce i gorące dni
- zimny wiatr na rozpalonej skórze
wciąż mówię, wciąż słucham
- słowa o jednoznacznym tonie
bądź, gdy zmęczenie przyćmi radość
- cień dnia rzucony na wieczór
bądź w swej osobie i nie przestawaj
- wołaj chociaż po cichu
wciąż słucham, wciąż proszę
o kolejne słowa
- naznaczone tą, której pragnę

wtorek, 22 października 2013

Spacer

Kolejny raz spojrzał na jej twarz. Silne słońce jasno oświetlało delikatną skórę tak, że przypominała mieniący się w jego promieniach alabaster. Co chwilę na jedwabne policzki spadał cień liści mijanych drzew, by po chwili znów dać szansę zabłysnąć temu niecodziennemu widokowi. Dzień październikowego popołudnia urokiem ustępował jedynie samej dziewczynie, która na całe szczęście nie chciała się chować dziś za kosmkiem włosów. Za kosmkiem, który zazwyczaj lekko spływał po jej lewej skroni. Oboje spacerowali niespiesznie, jakby i ze sprzyjającej pogody, i z siebie skorzystać chcieli jak najwięcej. Dłoń była cieplejsza niż zwykle, a w oczach pojawił się spokój, którego on tak bardzo pragnął. Pragnął też zatrzymać ją przy sobie i choć na chwilę przedłużyć uczucie spełnienia, jakie towarzyszyło mu, gdy Ona była z nim. I to właśnie dzięki Niej niedzielna pustka przestawała istnieć.

poniedziałek, 14 października 2013

Obrazek

Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, gdy siedzieli na wzgórzu. Sierpniowy wieczór był przyjemnie ciepły, a delikatny wiatr orzeźwiał zmęczone od gorąca dnia ciała. Słoneczna kula światła nikła za horyzontem i lekką smugą malowała na policzkach dziewczyny różowo-czerwone, transparentne obrazy. Miękka skóra wokół jej błyszczących ust z gracją dopasowywała się do wyrazu zadowolenia i wakacyjnej beztroski. Chłopak spoglądał niepewnie na twarz towarzyszki. Ona natomiast patrzyła w stronę rodzącej się nocy, choć i tak doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że on zwrócony jest w jej kierunku. Niejednokrotnie zwracała mu na ten temat uwagę, ale jak zwykle jej nie słuchał. Być może chciałby jej posłuchać, być może chciałby czasami nie zwracać zbyt dużej uwagi na jej pełne oczy i smukłą buzię, ale nie umiał. W każdym szczególe odnajdywał źródło nieskończonego piękna, które go uspokajało. Faktura skóry przypominała mu powierzchnię płatków kwiatu, włosy jakby uplecione z lekkiej, pajęczej sieci, poddającej się każdemu powiewowi powietrza, natomiast oczy - o oczach ukrytych za niespotykanie długimi rzęsami mógłby mówić bez końca - to w nich dostrzegał prawdziwy obraz dziewczyny, niezakłócony gorszym nastrojem, dniem i zwykłym ludzkim zmęczeniem.
To właśnie na koniec dnia, gdy wracał znużony do pustego pokoju, obrazek z zachodzącym słońcem, obrazek jej twarzy, jej obraz dawały mu potrzebny spokój i wiarę, że jest Ktoś.

niedziela, 13 października 2013

pod naszym kocem

chcę
Ciebie
podnieść
i być
podporą
gdy
chowasz
twarz w dłoniach

chcę
ją rozjaśnić
i ogrzać te dłonie
by poczuć ciepło
pod naszym kocem
jaśnieją oczy
zamknięte w świetle
świecy
Twojego wrodzonego piękna

poniedziałek, 7 października 2013

Bezgranicznie

skórą proszę
ustami
i powolnym oddechem

zmęczonymi oczami
przywołuję obraz
Twój

jestem cały
i cały wołam
aż włos się jeży
aż zapada się
ciało jak muszla

i chcę Cię objąć
i całą
poczuć i mieć
wtuloną bezgranicznie

niedziela, 6 października 2013

Opozycje

sto pięćdziesiąt tysięcy wypowiedzi
- kilka linijek za dużo

tysiące godzin rozmów
- kilka zbędnych zdań

mówić - milczeć - słuchać

czekać na słowo - rzucać słowem

czekać na gest - przed gestem się wzbraniać

rozpalać i gasić

dążyć i uciekać

i traci się czas na złe zagrywki
i traci się w tych zagrywkach siebie

niech więc myśl, co się rodzi
była warta myśli
- pewne opozycje są zbędne

środa, 2 października 2013

Pewna opowieść

Mógłbym nieco nostalgicznie zacząć pewną opowieść, której początek znajduje się w którejś jesieni, a koniec... No właśnie - o końcu nie słyszałem. Nie słyszałem, a może nie chciałem słuchać - w każdym razie nie zapisałem ani słowa. Rysuje się zatem opowieść bez końca i niech taka dla drogich czytelników, jak i dla mnie samego, pozostanie.
W listopadowe popołudnie słońce dawało się we znaki mieszkańcom miasta. Jesienną porą świeciło już dość nisko nad horyzontem i mało, że skutecznie oślepiało, to jeszcze dawało niewiele ciepła, co w połączeniu z zimnym wiatrem tworzyło otoczkę przenikliwego chłodu. Jednak tamten dzień był nieco inny. Ludzie raźno deptali po wysłużonych, kamiennych kostkach bruku, a pogoda sprawiała wrażenie odmiennej niż ta, której można się było spodziewać, zerkając w kalendarz. Niektórzy spacerowicze odpoczywali na ławkach, inni przemierzali kolejne kroki ku wyznaczonym lub nieznanym celom. Wśród jednych i drugich znaleźli się też nasi bohaterowie - ona siedziała na ławce, on dopiero do niej zmierzał. Czy był spóźniony? Względem czasu lokalnego - nie, ale nie lubił, gdy ktoś musiał na niego czekać, więc w tym przypadku można powiedzieć, że tak - był spóźniony. Spóźniał się zresztą często i okaże się, że spóźni się jeszcze nie raz. Ale o tym opowiem innym razem. Dziewczyna siedziała w nienagannej postawie obrócona w kierunku wschodniej części miasta, natomiast chłopak, dostrzegając jej drobną postać, dokonał manewru oskrzydlającego i niezauważony znalazł się za jej plecami. Zagadał, krótko wytłumaczył się z dość późnego przybycia, a następnie zaproponował udanie się do kawiarni.
Standardowy scenariusz rozpoczął niestandardową znajomość, o której wiem, niestety, jeszcze zbyt mało, żebym mógł streścić jej przebieg. Muszę też jednak przyznać, że streszczenie byłoby nie na miejscu, gdyż każdy szczegół jest ważny, a pominięcie któregokolwiek uszczupliłoby historię o wartościowe składniki. Nie o wszystkim wiem, nie o wszystkim napisać mogę, ale jednego jestem pewien - to najpiękniejsza opowieść, jaką kiedykolwiek słyszałem, a jej bohaterka - najbardziej interesującą postacią, o której mógłbym napisać. I na pewno jeszcze nie raz o niej napiszę.