Gdzie myśli nasze
przysypane okruszkami łamanego opłatka
ziarenek maku
sypiącego się na głowy
igliwia
karmione
strawą co raz w roku
gdy stół się ugina
i ręce załamują
piękne słowa
ciepło
rodzinnego wsparcia
i lampek
co na drzewku
wszystko to
przełamuje smutek
- nie dlatego
że on znów narodził się w stajence
lecz że wstawszy od stołu
do pustego wracam pokoju
czwartek, 25 grudnia 2014
piątek, 19 grudnia 2014
Lubią ściany mego pokoju
Lubią ściany mego pokoju
powiew Twych lekkich włosów
gdy wchodzisz tu z chłodem dworu na ustach
pod Twym spojrzeniem
zmienia się szarość za oknem
w kolor tego nieba
którego zimą nie widać
i w pachnącym uniesieniu
pod nieboskłonem Twych dłoni
trwam w małym cudzie
gotowy na więcej
Lubią ściany mego pokoju
widzieć kształtów Twych cienie
i tylko czasami żałuję
że nie opowiedzą mi o tym
raz jeszcze
powiew Twych lekkich włosów
gdy wchodzisz tu z chłodem dworu na ustach
pod Twym spojrzeniem
zmienia się szarość za oknem
w kolor tego nieba
którego zimą nie widać
i w pachnącym uniesieniu
pod nieboskłonem Twych dłoni
trwam w małym cudzie
gotowy na więcej
Lubią ściany mego pokoju
widzieć kształtów Twych cienie
i tylko czasami żałuję
że nie opowiedzą mi o tym
raz jeszcze
wtorek, 16 grudnia 2014
Unikat
O cechach nieodgadnionych
jak nieodgadnięte słowa
niedostępny
jak skalna półka
nad przepaścią
w rozmijaniu słów i myśli
co niesione codziennością
spojrzeć nie pozwalają
głębiej niżbym tego pragnął
pośrodku mej drogi
z otwartymi ramionami stanie
i pod niewidzialną kopułą
podniesie wzrok
z niedostępności
wyrwana słowem
niewidzialna
nieśmiało światłem obsypana
jesteś moim unikatem
jak nieodgadnięte słowa
niedostępny
jak skalna półka
nad przepaścią
w rozmijaniu słów i myśli
co niesione codziennością
spojrzeć nie pozwalają
głębiej niżbym tego pragnął
pośrodku mej drogi
z otwartymi ramionami stanie
i pod niewidzialną kopułą
podniesie wzrok
z niedostępności
wyrwana słowem
niewidzialna
nieśmiało światłem obsypana
jesteś moim unikatem
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Krótki formularz podany do informacji publicznej
Gdy mnie zasypią
to z myślami
których nie zdążyłem przelać
i z uczuciami
których nie wyraziłem
A można było tak łatwo
ot, spisać kilka słów
do publicznej podać informacji:
Ja (tu wpisać imię, nazwisko)
kochałem (podać kogo)
nienawidziłem (może być coś)
lubiłem
nie lubiłem
czasami waliło mi serce
ręce się trzęsły
nie wierzyłem
wierzyłem zbyt mocno
chciałem
nie chciałem
planowałem
nie udało się...
Może ktoś kiedyś przeczyta
stworzy obraz człowieka
którego nie ma
co niewypowiedzianymi słowami
chciał kreować świat
to z myślami
których nie zdążyłem przelać
i z uczuciami
których nie wyraziłem
A można było tak łatwo
ot, spisać kilka słów
do publicznej podać informacji:
Ja (tu wpisać imię, nazwisko)
kochałem (podać kogo)
nienawidziłem (może być coś)
lubiłem
nie lubiłem
czasami waliło mi serce
ręce się trzęsły
nie wierzyłem
wierzyłem zbyt mocno
chciałem
nie chciałem
planowałem
nie udało się...
Może ktoś kiedyś przeczyta
stworzy obraz człowieka
którego nie ma
co niewypowiedzianymi słowami
chciał kreować świat
Żeby złapać życie za ogon
Nie patrzę w tarczę księżyca
gdy swoim ślepiem
oślepia mnie
na ciemnej ścieżce
jeszcze zobaczy coś
czego nie chce
czego ja nie chcę
pokazać
tak i ja
wolałbym nie widzieć
i nie wiedzieć
więc pochylam głowę
w pokorze przed samym sobą
i przed innymi
żeby tylko się udało
złapać to życie za ogon
i porozmawiać tak najzwyczajniej
naszym ludzkim głosem
i nie musieć
ani kazać
czekać
gdy swoim ślepiem
oślepia mnie
na ciemnej ścieżce
jeszcze zobaczy coś
czego nie chce
czego ja nie chcę
pokazać
tak i ja
wolałbym nie widzieć
i nie wiedzieć
więc pochylam głowę
w pokorze przed samym sobą
i przed innymi
żeby tylko się udało
złapać to życie za ogon
i porozmawiać tak najzwyczajniej
naszym ludzkim głosem
i nie musieć
ani kazać
czekać
niedziela, 30 listopada 2014
Dla siebie samych
W popołudniowym półmroku czeszesz swoje włosy
i moje myśli, co skołtunione
zbliżyć się nie pomagają
gdzie sny w losowych obrazach
przemierzają z mieszkania
na półzielony stok
który nie tylko w marzeniach
mógłoby się okazać
że istnieje
być dalej niż wszyscy
i od wszystkich
by móc oddychać pełną piersią
co dumnie faluje
w swym pięknie
i by się okazało
że to wszystko wystarczy
że wystarczymy my
dla siebie samych
i moje myśli, co skołtunione
zbliżyć się nie pomagają
gdzie sny w losowych obrazach
przemierzają z mieszkania
na półzielony stok
który nie tylko w marzeniach
mógłoby się okazać
że istnieje
być dalej niż wszyscy
i od wszystkich
by móc oddychać pełną piersią
co dumnie faluje
w swym pięknie
i by się okazało
że to wszystko wystarczy
że wystarczymy my
dla siebie samych
czwartek, 27 listopada 2014
Ziemia szykuje się do zimy.
Ziemia szykuje się do zimy.
Drzewom zrzuciła liście, kwiatom przycięła łodygi.
Zimny wiatr niepewnie czyści parkowe ścieżki.
Ziemia szykuje się do zimy,
by pod śnieżną skryć się pierzyną
i wybielić szarością przykryte chodniki.
Ziemia szykuje się do zimy,
by do siebie zbliżyć
samotnością nadwątlone dłonie
i parę ust,
które znajdą w sobie znów więcej ciepła.
Drzewom zrzuciła liście, kwiatom przycięła łodygi.
Zimny wiatr niepewnie czyści parkowe ścieżki.
Ziemia szykuje się do zimy,
by pod śnieżną skryć się pierzyną
i wybielić szarością przykryte chodniki.
Ziemia szykuje się do zimy,
by do siebie zbliżyć
samotnością nadwątlone dłonie
i parę ust,
które znajdą w sobie znów więcej ciepła.
poniedziałek, 24 listopada 2014
Gdy szukasz...
Gdy szukasz odpowiedzi
na niewidzialnych nitkach
szlaków zapisanych zdań
gdy szukasz odpowiedzi
w zamkniętych ustach
wysuszonych szeptem naszych słów
gdy szukasz odpowiedzi
w poranku chłodnym
i powiekach ciężkich znów
gdy szukasz odpowiedzi
w nocy bezsennej
niechęcią malowanych snów
zapytaj mnie najprościej tak
zapytaj mnie po cichu
ramiona me otwarte są
odpowiedź znajdźmy razem
na niewidzialnych nitkach
szlaków zapisanych zdań
gdy szukasz odpowiedzi
w zamkniętych ustach
wysuszonych szeptem naszych słów
gdy szukasz odpowiedzi
w poranku chłodnym
i powiekach ciężkich znów
gdy szukasz odpowiedzi
w nocy bezsennej
niechęcią malowanych snów
zapytaj mnie najprościej tak
zapytaj mnie po cichu
ramiona me otwarte są
odpowiedź znajdźmy razem
niedziela, 23 listopada 2014
Moje ślady
A kiedy dopada mnie bezsenność w duszną noc,
mówi do mnie szeptem i usypia mnie jak nikt.
Dziękuję za dłonie i dziękuję za palce,
bo mogę dotykać i zapamiętać cię...
W kropli z wianuszkiem ze rdzy
co po zmatowiałym materiale drąży
ścieżkę w dół
i odpada
podobno słowa znaczą niewiele
i siebie nie znam wcale
dziś jedynie cisza
zostaje powiernikiem
zapamiętam wspólne ścieżki
niech moje ślady
łagodna rozmyje fala
gdy brakuje sił
próbowałem unieść nas
parę centymetrów wyżej
i zostałem sam
z moją pamięcią
niech moje ślady
znikną wraz z zachodem
co ciepłymi barwami
rysuje chłód
wtorek, 18 listopada 2014
Nad urną
lekko pochylam się nadziei
ostatnich nie winszując lat
tym, których nie znam
czy poparłem - nie wiem
gdzie prawo większości
i brak kompromisów się rodzi
a wszystko trwa
za długo
wrzucam kartę z krzyżykiem
która ginie pod stosem
podobnie wypełnionych
i głos już tylko jękiem się staje
ktoś o to walczył
kiedyś i być może
bo dziś
nie widzę efektów
rządów pseudoobywateli
dziś
pochylam się nad urną
z prochami demokracji
i wiem, że żaden feniks
się nie narodzi
ostatnich nie winszując lat
tym, których nie znam
czy poparłem - nie wiem
gdzie prawo większości
i brak kompromisów się rodzi
a wszystko trwa
za długo
wrzucam kartę z krzyżykiem
która ginie pod stosem
podobnie wypełnionych
i głos już tylko jękiem się staje
ktoś o to walczył
kiedyś i być może
bo dziś
nie widzę efektów
rządów pseudoobywateli
dziś
pochylam się nad urną
z prochami demokracji
i wiem, że żaden feniks
się nie narodzi
czwartek, 13 listopada 2014
Nie tylko słowa
Tylko słowa
podobno niesione wiatrem
niewiadomym stronom
złożone w niekształtne
piramidki wierszy
To tylko słowa
lecz niestrudzenie
studzę niewiary tlące się ognie
żeby wystrzelić jak nocą raca
z nieróżniącego się tłumu
By być nie jak inni
rzucam się w drogę
i w biegu wspomnę niejedno
zaznaczę zdaniem
czynem wypełnię
podbiję niewidzialnym stemplem
Niech będą słowa
co stałe trwają
w głuchej się napełnią nocy
otoczą czule gorącym szeptem
nawet
gdy niepisania jest pora
podobno niesione wiatrem
niewiadomym stronom
złożone w niekształtne
piramidki wierszy
To tylko słowa
lecz niestrudzenie
studzę niewiary tlące się ognie
żeby wystrzelić jak nocą raca
z nieróżniącego się tłumu
By być nie jak inni
rzucam się w drogę
i w biegu wspomnę niejedno
zaznaczę zdaniem
czynem wypełnię
podbiję niewidzialnym stemplem
Niech będą słowa
co stałe trwają
w głuchej się napełnią nocy
otoczą czule gorącym szeptem
nawet
gdy niepisania jest pora
czwartek, 6 listopada 2014
Opowieść
Zostawiam opowieść nieukończoną.
Niedawnej pisałem ją nocy.
Kilka zdań.
Niezaścielone łóżko wciąż czeka na parę ciał.
Naszych.
Strudzonych myśli.
Zmęczonych wołaniem głosów.
Kochać.
Jedno tylko.
Tak, wiem.
Kochać.
Gdzie mdleją usta.
I serca.
Przewracam stronę.
Niezapisaną krawędzią.
Rozścielam obrus.
Gdzie okruchy naszej miłości.
Kolejną kartę zapiszę w Twoich ramionach.
Niedawnej pisałem ją nocy.
Kilka zdań.
Niezaścielone łóżko wciąż czeka na parę ciał.
Naszych.
Strudzonych myśli.
Zmęczonych wołaniem głosów.
Kochać.
Jedno tylko.
Tak, wiem.
Kochać.
Gdzie mdleją usta.
I serca.
Przewracam stronę.
Niezapisaną krawędzią.
Rozścielam obrus.
Gdzie okruchy naszej miłości.
Kolejną kartę zapiszę w Twoich ramionach.
sobota, 1 listopada 2014
Na skraju zielonego lasu
Poznajemy się
na skraju zielonego lasu
kroczysz świeżoporanną polaną
wprost w me ramiona
otwarte na wschód słońca
poznajemy się w palącym upale
kwitnącej nocy
i strugach
chłodnych deszczy
na granicy
mgły i rosy
pod uchylonym oknem
nad skromnie zakrytym stołem
w dźwiękach muzyki
przy pachnącej nucie
w niesfornych myślach
i dobrych słowach
Na skraju zielonego lasu
poznajemy się
zamknięci w naszych ramionach
na skraju zielonego lasu
kroczysz świeżoporanną polaną
wprost w me ramiona
otwarte na wschód słońca
poznajemy się w palącym upale
kwitnącej nocy
i strugach
chłodnych deszczy
na granicy
mgły i rosy
pod uchylonym oknem
nad skromnie zakrytym stołem
w dźwiękach muzyki
przy pachnącej nucie
w niesfornych myślach
i dobrych słowach
Na skraju zielonego lasu
poznajemy się
zamknięci w naszych ramionach
niedziela, 26 października 2014
I w liryce można powiedzieć prawdę
Już nieco lepiej
tak
gdy lekko usta unosisz
i wzrok
gdy nie próbujesz
wiesz dobrze
co z marnym skutkiem
mam kilka zdań
których nie zmieniam
wiesz dobrze
co w nich zamknąłem
tak wiele napisanych słów
nie na próżno
nie bez znaczenia
i w liryce
można powiedzieć prawdę
tak
gdy lekko usta unosisz
i wzrok
gdy nie próbujesz
wiesz dobrze
co z marnym skutkiem
mam kilka zdań
których nie zmieniam
wiesz dobrze
co w nich zamknąłem
tak wiele napisanych słów
nie na próżno
nie bez znaczenia
i w liryce
można powiedzieć prawdę
piątek, 24 października 2014
Na Składowej
Składam
dawnych lat
rozsypane gdzieś karty
po kostce
szaro-brukowej
w ceglanej sadzy
stąpały niegdyś buty
i myśli
niepewne
co zastaną za lat kilka
a zostało niewiele
dziś obrazy rozmyte
i fatamorgany
bezgłośnym krzyczą dźwiękiem
że za mało
za pusto
że nie ma dokąd wracać
plac, gdzie się chwaliło wybranych
korytarze, gdzie nie można przystanąć
klasy, gdzie niektórzy stali trochę wyżej
z dawnych lat rozsypane
składam dziś wyblakłe karty
które już zawsze
pozostaną rozdane
jakby nie dla mnie
dawnych lat
rozsypane gdzieś karty
po kostce
szaro-brukowej
w ceglanej sadzy
stąpały niegdyś buty
i myśli
niepewne
co zastaną za lat kilka
a zostało niewiele
dziś obrazy rozmyte
i fatamorgany
bezgłośnym krzyczą dźwiękiem
że za mało
za pusto
że nie ma dokąd wracać
plac, gdzie się chwaliło wybranych
korytarze, gdzie nie można przystanąć
klasy, gdzie niektórzy stali trochę wyżej
z dawnych lat rozsypane
składam dziś wyblakłe karty
które już zawsze
pozostaną rozdane
jakby nie dla mnie
czwartek, 23 października 2014
Dzień pod deszczową chmurą
Dzień pod deszczową chmurą
i przed niewypowiedzianym
zasłaniam wyciągniętą kartę
brzeg połyskuje
i mienią się barwy
na awersie
policzków wyznaczone drogi
Czy złapiesz za róg rękawa
gdy się schylę
tak nisko kapelusz zdejmując
ku drodze
w pocie czoła wykreślonego szlaku
gdy przestaje ściśnięte nie raz
mocniej bić serce
i pod schodami
schował się strach
nie pierwszej wieczerzy
Taki dzień pod deszczową chmurą
która nie przynosi deszczu
tylko wiatr
i przed niewypowiedzianym
zasłaniam wyciągniętą kartę
brzeg połyskuje
i mienią się barwy
na awersie
policzków wyznaczone drogi
Czy złapiesz za róg rękawa
gdy się schylę
tak nisko kapelusz zdejmując
ku drodze
w pocie czoła wykreślonego szlaku
gdy przestaje ściśnięte nie raz
mocniej bić serce
i pod schodami
schował się strach
nie pierwszej wieczerzy
Taki dzień pod deszczową chmurą
która nie przynosi deszczu
tylko wiatr
poniedziałek, 20 października 2014
Zapiski znad rzeki
- Za ogólny życiowy optymizm płacę chwilami smutku - odezwał się po chwili milczenia. - Nie jest on jakiś planowany. Przychodzi nieproszony, ot tak. Zjawia się, gdy wracam nocą do domu albo gdy siedzę sam w pokoju. Czasami wystarczy jedna nuta, jedno słowo, które drążą ucho, aż natrafią na czuły punkt. Wtedy coś we mnie pęka.
Chwilę wcześniej usiedli na wilgotnym pomoście i zaczęli się przyglądać płynącej rzece. Słońce już dawno schowało się za miastem, a służby wodne zbierały sprzęt, żeby odpłynąć na noc do bazy. Teraz woda tylko delikatnie falowała i nie było słychać niczego prócz dźwięków spóźnionych świerszczy. Nieprzestraszone chłodem wieczoru liczyły widocznie na ostatnią możliwość zwrócenia na siebie uwagę.
Dziewczyna przesunęła się nieco bliżej towarzysza i musnęła go łokciem po ramieniu. W tym momencie poczuł zapach jej włosów, a po ciele przeszedł go przyjemny dreszczyk.
- Wiesz co... - odezwała się - Ze mną chyba jest podobnie, tylko że ja w samotności odnajduję jedyną drogę ucieczki przed nieprzyjemnościami świata, a gdy się już w niej zaszyję, czuję, że to i tak nie to, czego poszukuję.
- Też tak miałem do pewnego momentu w moim życiu - odpowiedział.
Nieruchome powietrze nie przeszywało zimnem, lecz chłopak mimo to wyciągnął prawą rękę i objął dziewczynę, która przechyliła lekko głowę i wsparła na jego ramieniu. Lubił szczególnie te momenty, bo czuł się wtedy w jakiś sposób bardziej potrzebny i odpowiedzialny. Pocałował ją delikatnie i silniej przytulił do siebie.
- Do jakiego momentu? - zapytała.
- Do momentu, gdy poznałem ciebie - odpowiedział cicho bez nuty zawahania w głosie.
Chwilę wcześniej usiedli na wilgotnym pomoście i zaczęli się przyglądać płynącej rzece. Słońce już dawno schowało się za miastem, a służby wodne zbierały sprzęt, żeby odpłynąć na noc do bazy. Teraz woda tylko delikatnie falowała i nie było słychać niczego prócz dźwięków spóźnionych świerszczy. Nieprzestraszone chłodem wieczoru liczyły widocznie na ostatnią możliwość zwrócenia na siebie uwagę.
Dziewczyna przesunęła się nieco bliżej towarzysza i musnęła go łokciem po ramieniu. W tym momencie poczuł zapach jej włosów, a po ciele przeszedł go przyjemny dreszczyk.
- Wiesz co... - odezwała się - Ze mną chyba jest podobnie, tylko że ja w samotności odnajduję jedyną drogę ucieczki przed nieprzyjemnościami świata, a gdy się już w niej zaszyję, czuję, że to i tak nie to, czego poszukuję.
- Też tak miałem do pewnego momentu w moim życiu - odpowiedział.
Nieruchome powietrze nie przeszywało zimnem, lecz chłopak mimo to wyciągnął prawą rękę i objął dziewczynę, która przechyliła lekko głowę i wsparła na jego ramieniu. Lubił szczególnie te momenty, bo czuł się wtedy w jakiś sposób bardziej potrzebny i odpowiedzialny. Pocałował ją delikatnie i silniej przytulił do siebie.
- Do jakiego momentu? - zapytała.
- Do momentu, gdy poznałem ciebie - odpowiedział cicho bez nuty zawahania w głosie.
czwartek, 16 października 2014
Zapytam dziś rzekę
Zapytam dziś rzekę
co znaczą te słowa
i spojrzę w jej spokojne lustro
lecz płynie bezgłośnie
bez fal, bezszelestnie
wciąż głuche jest me zapytanie
Zapytam dziś łąkę
jak czytać te słowa
zanurzę się w jej mokrej trawie
lecz szare byliny
pod mglistym obrusem
milczenia biją pokłony
Zapytam dziś lasy
cóż to za słowa,
w bezkresnej utopię się darni
lecz półnagie drzewa
bezlistnym konarem
też wtórują bezdźwięcznej nocy
Zapytam dziś Ciebie
co znaczą Twe słowa
przywołać chcę wzrok odwrócony
lecz milczą wciąż usta
i dłoń ściska zimna
odpowiedź zaklętą rzęsami
co znaczą te słowa
i spojrzę w jej spokojne lustro
lecz płynie bezgłośnie
bez fal, bezszelestnie
wciąż głuche jest me zapytanie
Zapytam dziś łąkę
jak czytać te słowa
zanurzę się w jej mokrej trawie
lecz szare byliny
pod mglistym obrusem
milczenia biją pokłony
Zapytam dziś lasy
cóż to za słowa,
w bezkresnej utopię się darni
lecz półnagie drzewa
bezlistnym konarem
też wtórują bezdźwięcznej nocy
Zapytam dziś Ciebie
co znaczą Twe słowa
przywołać chcę wzrok odwrócony
lecz milczą wciąż usta
i dłoń ściska zimna
odpowiedź zaklętą rzęsami
Opowieść z widokiem na niebo, cz.4
Nie miałem dużo wolnego czasu. Porządkowanie rzeczy oraz przywracanie do stanu równowagi siebie samego były czasochłonne i zadania te, wydawało się, miały trwać bez końca. Stara kamienica z biegiem lat była jeszcze starsza, skóra na dłoniach coraz bardziej zniszczona, a jedynie pewne myśli rodzące się pod nieco wysłużoną już więźbą dachową, stale nie dawały spokoju. Zakotwiczone w dawno przeszłych czasach niczym statek przed wpłynięciem do portu, blokowały drogę nowym, czystym i nieskażonym dawnymi niesnaskami rozważaniom, choć tak często o nie prosiłem.
Którejś jesiennej nocy wiatr nie dawał spokoju. Mimo zamkniętego ze wszystkich stron dziedzińca, silne podmuchy dostawały się, Bóg wie jakim sposobem, wprost z nieba i potrząsając drewnianymi ramami okien, czyniły nieznośny harmider. W którymś momencie słychać było lekkie pęknięcie. Coś twardego zaczęło się zsuwać po dachu i nagle, gdy już myślałem, że to koniec tej krótkiej inscenizacji, gruchnęło o kamienne ścieżki podwórka. Słychać było dźwięk trzaskającej ceramiki, po czym nastała głucha cisza.
Następny dzień przywitał mnie bezchmurnym niebem, a unoszące się nisko nad horyzontem słońce sprawiło, że szybko zapomniałem o hałasach ubiegłej nocy. Nie na długo. Śniadanie i zapach kawy przypomniały o tym, że nie wszystko jest w porządku. Niespiesznie się ubrałem i zszedłem chłodną klatką schodową na podwórze.
- Ostatniej nocy tłukły się myśli - powiedziałem sam do siebie. Rozejrzałem się po dziedzińcu i wzrok swój zatrzymałem na kilku kawałkach czerwonej, lecz brudnej od sadzy dachówce, którą silny wiatr zerwał z dachu. Spadła na kamienny bruk i nie przypominała już teraz ani trochę przedmiotu, którym poprzedniego dnia jeszcze była.
- Za dużo nocnych rozważań w pustej kamienicy... Czasami lepiej po prostu wyjść na zewnątrz i zobaczyć, jak jest naprawdę - pomyślałem i stojąc na zacienionym skrawku podwórka, zacząłem zbierać roztrzaskaną dachówkę, a wraz z nią i moje myśli.
Którejś jesiennej nocy wiatr nie dawał spokoju. Mimo zamkniętego ze wszystkich stron dziedzińca, silne podmuchy dostawały się, Bóg wie jakim sposobem, wprost z nieba i potrząsając drewnianymi ramami okien, czyniły nieznośny harmider. W którymś momencie słychać było lekkie pęknięcie. Coś twardego zaczęło się zsuwać po dachu i nagle, gdy już myślałem, że to koniec tej krótkiej inscenizacji, gruchnęło o kamienne ścieżki podwórka. Słychać było dźwięk trzaskającej ceramiki, po czym nastała głucha cisza.
Następny dzień przywitał mnie bezchmurnym niebem, a unoszące się nisko nad horyzontem słońce sprawiło, że szybko zapomniałem o hałasach ubiegłej nocy. Nie na długo. Śniadanie i zapach kawy przypomniały o tym, że nie wszystko jest w porządku. Niespiesznie się ubrałem i zszedłem chłodną klatką schodową na podwórze.
- Ostatniej nocy tłukły się myśli - powiedziałem sam do siebie. Rozejrzałem się po dziedzińcu i wzrok swój zatrzymałem na kilku kawałkach czerwonej, lecz brudnej od sadzy dachówce, którą silny wiatr zerwał z dachu. Spadła na kamienny bruk i nie przypominała już teraz ani trochę przedmiotu, którym poprzedniego dnia jeszcze była.
- Za dużo nocnych rozważań w pustej kamienicy... Czasami lepiej po prostu wyjść na zewnątrz i zobaczyć, jak jest naprawdę - pomyślałem i stojąc na zacienionym skrawku podwórka, zacząłem zbierać roztrzaskaną dachówkę, a wraz z nią i moje myśli.
niedziela, 12 października 2014
Odnośnie zimy
Na zimę czas jeszcze przyjdzie
gdy szeroko zasieje srebrną rdzę
i polne skuje strumienie
lecz na razie ciepłą wyciągam rękę
pod lekką kurtkę dotyk swój kieruję
i ramieniem zapamiętuję kształty
co ze spokojem zimniejszych dni
czekać pozwalają
Przyjdzie jeszcze czas na dni
co zamknięte długą nocą
zbliżyć ust nie pozwolą
lecz na razie nie szczędzę pocałunków
pod siwiejącym wierzby spojrzeniem
i zapamiętuję smak
słodyczy odsłoniętej skóry
na przyszłą porę roku
gdy szeroko zasieje srebrną rdzę
i polne skuje strumienie
lecz na razie ciepłą wyciągam rękę
pod lekką kurtkę dotyk swój kieruję
i ramieniem zapamiętuję kształty
co ze spokojem zimniejszych dni
czekać pozwalają
Przyjdzie jeszcze czas na dni
co zamknięte długą nocą
zbliżyć ust nie pozwolą
lecz na razie nie szczędzę pocałunków
pod siwiejącym wierzby spojrzeniem
i zapamiętuję smak
słodyczy odsłoniętej skóry
na przyszłą porę roku
czwartek, 9 października 2014
Noc
zależy jak spojrzę
na mapę myśli
i zabarwienie zachodzącego słońca
Czasami utkwię swój wzrok
w ciemnym już wschodzie
i tylko w tył obrócona głowa powie
że jeszcze nie czas
Mijam świerszcze
zbudzone usypiającym falowaniem
nieupadłych liści
i słucham
szelestu spod nóg
i przyspieszonego oddechu
Pokładły się latarnie
i kiście złamanych drzew
kładę się i ja
wśród pustych tak
zmiętych łąk pościeli
na mapę myśli
i zabarwienie zachodzącego słońca
Czasami utkwię swój wzrok
w ciemnym już wschodzie
i tylko w tył obrócona głowa powie
że jeszcze nie czas
Mijam świerszcze
zbudzone usypiającym falowaniem
nieupadłych liści
i słucham
szelestu spod nóg
i przyspieszonego oddechu
Pokładły się latarnie
i kiście złamanych drzew
kładę się i ja
wśród pustych tak
zmiętych łąk pościeli
wtorek, 7 października 2014
Kolory, w których czekam na wiosnę
Żeby pod pierzyną z liści
takiej doczekać wiosny
co barwnym przywita pąkiem
upstrzonym w pewności kolory
Tymczasem niech wiatr hula
lecz głów nam nie pourywa
gdy za dużo myśli
a usta pierzchną
Pod kwiecistą chustą
skrył się zapach i ciepło
jasna cera i pocałunek
i w tych kolorach
czerwonej jesieni
ust
chciałbym doczekać wiosny
takiej doczekać wiosny
co barwnym przywita pąkiem
upstrzonym w pewności kolory
Tymczasem niech wiatr hula
lecz głów nam nie pourywa
gdy za dużo myśli
a usta pierzchną
Pod kwiecistą chustą
skrył się zapach i ciepło
jasna cera i pocałunek
i w tych kolorach
czerwonej jesieni
ust
chciałbym doczekać wiosny
piątek, 3 października 2014
Jesień
z bursztynowym puklem
jesień
ze słodyczą na ustach
jesień
gdzie myśli
się chowają
i prężą w przypływie
deszczem wezbrane rzeki
jesień
przykryta mokrym liściem
i mokrym mchem
jesień
w moich objęciach
jesteś cała
gdy wokół chłód
jesień
je-sień
je sień
zimno dworu
napełnia nim kąty domu
jesień
ze słodyczą na ustach
jesień
gdzie myśli
się chowają
i prężą w przypływie
deszczem wezbrane rzeki
jesień
przykryta mokrym liściem
i mokrym mchem
jesień
w moich objęciach
jesteś cała
gdy wokół chłód
jesień
je-sień
je sień
zimno dworu
napełnia nim kąty domu
środa, 1 października 2014
Gdy uwiję gniazdo
Gdy kiedyś uwiję gniazdo
to nie sam
i bez ich pomocy
Stary tapczan
co wiekiem dekady wyznacza
pośród
emalią gdzieniegdzie pomalowanych garnków
i komoda
taki znak
dziś wybitnie kwitnący
na dawnych przysięgach
powiedzianych wcześnie
zbyt
czy niekoniecznie
Kiedyś uwijemy
gdy pewność
co nigdy szczodrością nie grzeszy
złączonymi dłońmi
i policzkami da o sobie znać
gdy bez rozmów
nad pustym co od piwa stołem
bez żalu za minionym
i za obecnym czasem
Gdy uwiję gniazdo
to nie sam
i bez odcinania
co w rezerwie podobno ma zostać
lecz z uśmiechem porannego witania
to nie sam
i bez ich pomocy
Stary tapczan
co wiekiem dekady wyznacza
pośród
emalią gdzieniegdzie pomalowanych garnków
i komoda
taki znak
dziś wybitnie kwitnący
na dawnych przysięgach
powiedzianych wcześnie
zbyt
czy niekoniecznie
Kiedyś uwijemy
gdy pewność
co nigdy szczodrością nie grzeszy
złączonymi dłońmi
i policzkami da o sobie znać
gdy bez rozmów
nad pustym co od piwa stołem
bez żalu za minionym
i za obecnym czasem
Gdy uwiję gniazdo
to nie sam
i bez odcinania
co w rezerwie podobno ma zostać
lecz z uśmiechem porannego witania
czwartek, 18 września 2014
W przytuleniu szczerych myśli
By się rozumieć
i bez słów
zrozumieć nasze myśli
gdy pod kopułą
nieznanej przyczyny się kryją
Gdybym wędrował
powiedzmy od północy
po nocnej ścieżce szedł na wschód
bez zdania
bezgłośnego meldunku
i skrzypiącej podeszwy snów
niech się stanie
iluzja ciałem
i niech krwią zajdą ze zmęczenia oczy
ale jestem
te niecałe dwadzieścia
gdzie się z hakiem podziało kilometrów
to dość blisko
lecz za daleko na ciepły pocałunek
By się rozumieć
i bez słów
zrozumieć
w przytuleniu szczerych myśli
i bez słów
zrozumieć nasze myśli
gdy pod kopułą
nieznanej przyczyny się kryją
Gdybym wędrował
powiedzmy od północy
po nocnej ścieżce szedł na wschód
bez zdania
bezgłośnego meldunku
i skrzypiącej podeszwy snów
niech się stanie
iluzja ciałem
i niech krwią zajdą ze zmęczenia oczy
ale jestem
te niecałe dwadzieścia
gdzie się z hakiem podziało kilometrów
to dość blisko
lecz za daleko na ciepły pocałunek
By się rozumieć
i bez słów
zrozumieć
w przytuleniu szczerych myśli
wtorek, 9 września 2014
Zamieniając smutek w pocałunek
Migawka z nocnego prześwietlenia kliszy
gdy światło księżyca
nie wyłapane przez zbyt cienką firankę
wpada
odbite od malowanego dzbanka
wprost do mej duszy
niknie
głód smutnym okiem patrzenia
i zazdrością przesycone echo
gdy zamiast uciekać
stajesz u mych wrót
cielesnym ramieniem witających
słowo wzrokiem patrzenia
uchyla różane usta
zamieniając smutek
w pocałunek
gdy światło księżyca
nie wyłapane przez zbyt cienką firankę
wpada
odbite od malowanego dzbanka
wprost do mej duszy
niknie
głód smutnym okiem patrzenia
i zazdrością przesycone echo
gdy zamiast uciekać
stajesz u mych wrót
cielesnym ramieniem witających
słowo wzrokiem patrzenia
uchyla różane usta
zamieniając smutek
w pocałunek
sobota, 6 września 2014
Listy wczorajszych wyznań
Pod sztandarami wyprostowanych drzew
po kamienistej ścieżce
Pośród nawoływań ptaków
wołam w myślach
Nogi ugięte pod ciężarem
co nie pomaga
Nie pomagają i myśli
na sztorc stawiane
co słowa kreują
niechciane
Był czas, że nie sam
był czas, że nie sama
w dźwiękach nocnych kroków
przemierzaliśmy
gdy można się było pochylić
ku sobie
przez zagubienie
garbem niknącym w przytuleniu
naznaczone
Być, gdy się nie chce
Chcieć, by być
podnoszę z ziemi pożółkłe liście
jak listy wczorajszych wyznań
po kamienistej ścieżce
Pośród nawoływań ptaków
wołam w myślach
Nogi ugięte pod ciężarem
co nie pomaga
Nie pomagają i myśli
na sztorc stawiane
co słowa kreują
niechciane
Był czas, że nie sam
był czas, że nie sama
w dźwiękach nocnych kroków
przemierzaliśmy
gdy można się było pochylić
ku sobie
przez zagubienie
garbem niknącym w przytuleniu
naznaczone
Być, gdy się nie chce
Chcieć, by być
podnoszę z ziemi pożółkłe liście
jak listy wczorajszych wyznań
czwartek, 4 września 2014
List przed daleką podróżą
Wsiadłem do tramwaju. I choć z reguły nie korzystałem z komunikacji miejskiej, tego dnia nie miałem już ochoty na spacer. Mimo że było w miarę sucho, zimne, jesienne powietrze nie zachęcało do wędrówki. Liście na dobre okryły chodniki, a w powietrzu było czuć ich silną woń. Myślałem tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się na drodze, która prowadzi bezpośrednio do domu.
Stanąłem przy niedomkniętym oknie i ręce założyłem na metalowym uchwycie tak, że mogłem się o nie oprzeć brodą. Nie stałem w ten sposób zbyt długo. Swoją uwagę skupiłem na grupce ludzi zgromadzonych wokół pary siedzącej na jednym siedzisku. Widocznie musieli skądś razem wracać, pewnie razem dokądś jechali. Nie wyróżniali się niczym szczególnym. Ubrania mieli w odcieniach szarości, natomiast buty były czarne. Wydawało się, że w tym swoim miejskim kamuflażu zamknęli przeszłość, do której nie chcieli wracać. Jasne podpinki rozpiętych kurtek i płaszczy przypominały ich pełne nadziei i uciekające wręcz pod nieboskłon młode marzenia. Gdzieś jednak te marzenia wzniosły się za wysoko i rozwiał je silny, ginący gdzieś w niebycie wiatr. Pozostały jedynie spojrzenia bez wyrazu i szare prochowce. Dziewczyna siedziała chłopakowi na kolanach, rozglądając się po tramwaju. Wyglądała, jakby szukała zrozumienia wśród ludzi tak szczerze na wszystko obojętnych. W dłoniach trzymała białą kopertę.
Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Gdy drzwi się otworzyły, wysiadłem i ruszyłem przed siebie. Czy to było jakieś zaproszenie, czy list przed daleką podróżą - nie wiem. Zapiąłem sweter pod samą szyję i w głębi serca ucieszyłem się, że mam dokąd wracać.
Stanąłem przy niedomkniętym oknie i ręce założyłem na metalowym uchwycie tak, że mogłem się o nie oprzeć brodą. Nie stałem w ten sposób zbyt długo. Swoją uwagę skupiłem na grupce ludzi zgromadzonych wokół pary siedzącej na jednym siedzisku. Widocznie musieli skądś razem wracać, pewnie razem dokądś jechali. Nie wyróżniali się niczym szczególnym. Ubrania mieli w odcieniach szarości, natomiast buty były czarne. Wydawało się, że w tym swoim miejskim kamuflażu zamknęli przeszłość, do której nie chcieli wracać. Jasne podpinki rozpiętych kurtek i płaszczy przypominały ich pełne nadziei i uciekające wręcz pod nieboskłon młode marzenia. Gdzieś jednak te marzenia wzniosły się za wysoko i rozwiał je silny, ginący gdzieś w niebycie wiatr. Pozostały jedynie spojrzenia bez wyrazu i szare prochowce. Dziewczyna siedziała chłopakowi na kolanach, rozglądając się po tramwaju. Wyglądała, jakby szukała zrozumienia wśród ludzi tak szczerze na wszystko obojętnych. W dłoniach trzymała białą kopertę.
Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Gdy drzwi się otworzyły, wysiadłem i ruszyłem przed siebie. Czy to było jakieś zaproszenie, czy list przed daleką podróżą - nie wiem. Zapiąłem sweter pod samą szyję i w głębi serca ucieszyłem się, że mam dokąd wracać.
niedziela, 24 sierpnia 2014
(Gdzie dwudziesty czwarty sierpnia...)
Gdzie dwudziesty czwarty sierpnia
z mojej niskiej perspektywy żegnam
gdzie jedno takie wzgórze
licznych kroków seriami mierzone
gdzie nasze słowa i uczucia
jak kule
co pocisków grad poznały
jak krople
co w deszczu milczeniem zaklęte
A w ręku zimny kwiat
co przez noc czekał
w przezieloności traw
głaskany nieruchomym powietrzem
z mojej niskiej perspektywy żegnam
gdzie jedno takie wzgórze
licznych kroków seriami mierzone
gdzie nasze słowa i uczucia
jak kule
co pocisków grad poznały
jak krople
co w deszczu milczeniem zaklęte
A w ręku zimny kwiat
co przez noc czekał
w przezieloności traw
głaskany nieruchomym powietrzem
wtorek, 19 sierpnia 2014
Zanim przyjdę
Wraz z wodą wieczornej kąpieli
chcę wylać zawiłe myśli
codziennym uporem zmęczone
zbrudzone i zagłodzone
Do szpiku kości wymywam
osad co brudem się staje
Z bezsłowia, złych słów i żalu
rodzące się niepokoje
Obmywam się wrzącym strumieniem
zaklinam nieposłuszne krople
by móc znów stanąć przy Tobie
nim cały w marazmie rozmoknę
By móc znów ku czystej słodyczy
ust Twych przybliżyć się trochę
wylewam z wieczorną kąpielą
słabości me - niechaj utoną
chcę wylać zawiłe myśli
codziennym uporem zmęczone
zbrudzone i zagłodzone
Do szpiku kości wymywam
osad co brudem się staje
Z bezsłowia, złych słów i żalu
rodzące się niepokoje
Obmywam się wrzącym strumieniem
zaklinam nieposłuszne krople
by móc znów stanąć przy Tobie
nim cały w marazmie rozmoknę
By móc znów ku czystej słodyczy
ust Twych przybliżyć się trochę
wylewam z wieczorną kąpielą
słabości me - niechaj utoną
środa, 13 sierpnia 2014
List w potoku gwiazd
rój gwiazd spada na Ziemię
spada nam na głowy
rój zmartwień
strącony słowem
i myśli wezbranym potokiem
deszczem okryła się Ziemia
wilgotnym płaszczem
niewypłakanych kropel
przezroczystością szkła
pustej butelki przenikniętych
dziś włożę do niej list
poślę go parę mil stąd
niech na falach
lekkiego poruszenia
trafi wprost w Twe ręce
tak silnie nieraz
na żebrach zaciśniętych
spada nam na głowy
rój zmartwień
strącony słowem
i myśli wezbranym potokiem
deszczem okryła się Ziemia
wilgotnym płaszczem
niewypłakanych kropel
przezroczystością szkła
pustej butelki przenikniętych
dziś włożę do niej list
poślę go parę mil stąd
niech na falach
lekkiego poruszenia
trafi wprost w Twe ręce
tak silnie nieraz
na żebrach zaciśniętych
niedziela, 3 sierpnia 2014
Moja Pieśń nad Pieśniami
Spisana dla Dziewczyny
co ciemnobrązowym włosem
szlak ku swemu obliczu
na poduszce wyznacza
lekka dłoń
skóra aksamitem nasycona
zapach nad zapachy
spojrzenie ponad inne spojrzenia
niech uwodzi
ponad zamierzenie
i zmysły
niech odpłyną
gdy tylko przy Tobie mogą
nie przestawaj
tak kochać
i tak nieustannie
pragnę
słów ciepła i tego
by być
Moja Pieśń na Pieśniami
to pieśń
którą do Ciebie zanoszę
gdzieś w sercu bardziej
niż w mowie
co ciemnobrązowym włosem
szlak ku swemu obliczu
na poduszce wyznacza
lekka dłoń
skóra aksamitem nasycona
zapach nad zapachy
spojrzenie ponad inne spojrzenia
niech uwodzi
ponad zamierzenie
i zmysły
niech odpłyną
gdy tylko przy Tobie mogą
nie przestawaj
tak kochać
i tak nieustannie
pragnę
słów ciepła i tego
by być
Moja Pieśń na Pieśniami
to pieśń
którą do Ciebie zanoszę
gdzieś w sercu bardziej
niż w mowie
Rozdział czwarty
tam Twój opis ujrzałem
tam Twój opis ujrzałem
wtorek, 29 lipca 2014
Wpół zapisana karta
Dźwięk przewracanych stron codzienności
koi najbardziej
gdy jesteś czytelniczką
i spokojnym wzrokiem
czytasz moje na wpół niezapisane karty
gdy cień rzuca nie szarawy dom
lecz chmura
zawieszona nad naszymi głowami
chwila ciszy nieprzerwana czyimś słowem
mrok chylący dzień ku nocy
dwa cienie pojednane chwilą
jeszcze raz pochwycę delikatne ramię
złapię nieco głębszy oddech
dam się ponieść
ponad wypłowiałym czasem
gdy ciemną kreską
wyraźnie naszkicujesz szlak
koi najbardziej
gdy jesteś czytelniczką
i spokojnym wzrokiem
czytasz moje na wpół niezapisane karty
gdy cień rzuca nie szarawy dom
lecz chmura
zawieszona nad naszymi głowami
chwila ciszy nieprzerwana czyimś słowem
mrok chylący dzień ku nocy
dwa cienie pojednane chwilą
jeszcze raz pochwycę delikatne ramię
złapię nieco głębszy oddech
dam się ponieść
ponad wypłowiałym czasem
gdy ciemną kreską
wyraźnie naszkicujesz szlak
środa, 23 lipca 2014
Wyrosłem z samotności
Wyrosłem z samotności
co kazała
by zasypiać i się budzić
na jednej łóżka połowie
i tak
kluczami pobrzękuję
gdy do bramy wchodzę
lecz cóż poza przykurzoną podłogą
mnie wita
jak
niedomyta rączka
garnek co przypalony czekaniem
jeden talerz
i kubek
odstawiony
mijam nakruszone kanty
framugi, szafek
i mojego dzieciństwa
z którego nie krzyczę już
w jedną stronę
co kazała
by zasypiać i się budzić
na jednej łóżka połowie
i tak
kluczami pobrzękuję
gdy do bramy wchodzę
lecz cóż poza przykurzoną podłogą
mnie wita
jak
niedomyta rączka
garnek co przypalony czekaniem
jeden talerz
i kubek
odstawiony
mijam nakruszone kanty
framugi, szafek
i mojego dzieciństwa
z którego nie krzyczę już
w jedną stronę
poniedziałek, 21 lipca 2014
Wierzba odlana z brązu
Szlaki chodników
ślady kostki brukowej
rozciągnięte
z północy na południe
zasypane stukotem
naszego tętna
gdzie żyły
delikatnie przebrzmiałe
od gorąca
od słów co w gardle uwięzły
ścieżką do zapomnienia się stają
w cieniu wieczoru
i wierzby
co odlana chyli się ku niedalekiej parze
można spróbować jeszcze raz
- wystarczy się odnaleźć
ślady kostki brukowej
rozciągnięte
z północy na południe
zasypane stukotem
naszego tętna
gdzie żyły
delikatnie przebrzmiałe
od gorąca
od słów co w gardle uwięzły
ścieżką do zapomnienia się stają
w cieniu wieczoru
i wierzby
co odlana chyli się ku niedalekiej parze
można spróbować jeszcze raz
- wystarczy się odnaleźć
czwartek, 17 lipca 2014
Skarb zdobiony haftowaną chustą
Boję się nieraz otworzyć
wieczko zdobione haftowaną chustą
co wypełnione po brzegi
oplecione jest jedwabnym włosem
z głowy spuszczonej
gdy wzrok
utkwiony w bańki szklaną ścianę
schowany w dłoniach
rozpalony nieufnością
o ufność prosi
i głos
zamknięty
ostry jest w swej łagodności
gdybyś znała mych uczuć choć połowę
gdy usta ku szyi się chylą
kiedy dłoń kieszeni nie potrzebuje
kiedy jesteś
wtedy napełnia wiara
co nieraz z ludźmi pogrywa
w człowieka
w piękno
w spokój
Chciałbym
żebyś wiedziała
że pod zdobionym wieczkiem
jest więcej
niż myślisz
wieczko zdobione haftowaną chustą
co wypełnione po brzegi
oplecione jest jedwabnym włosem
z głowy spuszczonej
gdy wzrok
utkwiony w bańki szklaną ścianę
schowany w dłoniach
rozpalony nieufnością
o ufność prosi
i głos
zamknięty
ostry jest w swej łagodności
gdybyś znała mych uczuć choć połowę
gdy usta ku szyi się chylą
kiedy dłoń kieszeni nie potrzebuje
kiedy jesteś
wtedy napełnia wiara
co nieraz z ludźmi pogrywa
w człowieka
w piękno
w spokój
Chciałbym
żebyś wiedziała
że pod zdobionym wieczkiem
jest więcej
niż myślisz
poniedziałek, 14 lipca 2014
Złoty pył
Obsypana złotym pyłkiem tajemnicy
co jak lekki kurz
wieczorem leniwie osiadłszy
słodki przynosi sen
Za minutę
za westchnień chwil parę
dzielisz się słowem
nieraz niechętnie
przestępuję więc z nogi na nogę
w oczekiwaniu na kolejny rozdział
krótkiej układanki
której początek poznaję pod koniec
Raczysz mnie dobrym uczuciem
i nie przestawaj
gdy łatwiej się odezwać
i gdy łatwiej nazwać coś po imieniu
Obsypana złotym pyłkiem tajemnicy
nieznanego dnia
gdzieś z marginesu kalendarza
do Ciebie wyciągam rękę
co jak lekki kurz
wieczorem leniwie osiadłszy
słodki przynosi sen
Za minutę
za westchnień chwil parę
dzielisz się słowem
nieraz niechętnie
przestępuję więc z nogi na nogę
w oczekiwaniu na kolejny rozdział
krótkiej układanki
której początek poznaję pod koniec
Raczysz mnie dobrym uczuciem
i nie przestawaj
gdy łatwiej się odezwać
i gdy łatwiej nazwać coś po imieniu
Obsypana złotym pyłkiem tajemnicy
nieznanego dnia
gdzieś z marginesu kalendarza
do Ciebie wyciągam rękę
niedziela, 6 lipca 2014
Ponad ciemniejącym polem
Zboże złotozielone
poprzeplatane szlakiem
szalem z niedalekiej podróży
zerwałem kłos
naszej małej natury
by po wczorajszych ścieżkach
kroczyć z myślą
o rozwianych Twych włosach
jeszcze jeden krok
szuter pod nogami zachrzęści
jeszcze jeden
pocałunek
który nie przez przypadek
uwolni się
jak stado skowronków
co spłoszone z krzaku dzikiej róży
wzleciało
słowo myślą wypowiedziane
ponad ciemniejącym polem
które nie raz
drogą swą przemierzałaś
poprzeplatane szlakiem
szalem z niedalekiej podróży
zerwałem kłos
naszej małej natury
by po wczorajszych ścieżkach
kroczyć z myślą
o rozwianych Twych włosach
jeszcze jeden krok
szuter pod nogami zachrzęści
jeszcze jeden
pocałunek
który nie przez przypadek
uwolni się
jak stado skowronków
co spłoszone z krzaku dzikiej róży
wzleciało
słowo myślą wypowiedziane
ponad ciemniejącym polem
które nie raz
drogą swą przemierzałaś
wtorek, 1 lipca 2014
Niedostatek
przy otwartym oknie
czekałem na moment
który nie przyszedł
słońce zaglądało do środka
upływającego czasu
mojego pokoju
i mnie
uciekającego myślami
południe opływające
w niedostatek powietrza
i niedostatek wiadomości
od człowieka
a przecież nikt nie powiedział
że wiedzeni z prądem rzeki
o brzeg się nie rozbijemy
a przecież nikt nie powiedział
że jesteśmy winni
czas, myśli, słowa
ludzkie dreptanie do celu
dreptanie w miejscu
postój w biegu
postój na papierosa
nikt nie powiedział
że jesteśmy winni
- wokół są inni
czekałem na moment
który nie przyszedł
słońce zaglądało do środka
upływającego czasu
mojego pokoju
i mnie
uciekającego myślami
południe opływające
w niedostatek powietrza
i niedostatek wiadomości
od człowieka
a przecież nikt nie powiedział
że wiedzeni z prądem rzeki
o brzeg się nie rozbijemy
a przecież nikt nie powiedział
że jesteśmy winni
czas, myśli, słowa
ludzkie dreptanie do celu
dreptanie w miejscu
postój w biegu
postój na papierosa
nikt nie powiedział
że jesteśmy winni
- wokół są inni
niedziela, 29 czerwca 2014
Wakacyjna ścieżka
z zaklętymi w niej echami rozmów
pozamykanymi gdzieniegdzie
kamiennymi kręgami
figur
i rzeźb nieprzypominających
rozciągnięta wzdłuż równoleżników
i równych kroków
które po kamiennych schodach
to w górę, to w dół
przemierzają
z plecakiem
co nie ciąży
i z nogami
co bez zmęczenia
pochylam się naturze
- to właśnie tu
gestem wskazuję horyzont
moich myśli i uczuć
pozamykanymi gdzieniegdzie
kamiennymi kręgami
figur
i rzeźb nieprzypominających
rozciągnięta wzdłuż równoleżników
i równych kroków
które po kamiennych schodach
to w górę, to w dół
przemierzają
z plecakiem
co nie ciąży
i z nogami
co bez zmęczenia
pochylam się naturze
- to właśnie tu
gestem wskazuję horyzont
moich myśli i uczuć
piątek, 27 czerwca 2014
Bańki mydlane
Bańki mydlane
puszczane przez oddech
niewprawiony w wydawanie rozkazów
mienią się barwami
których oko oczekuje z nadzieją
puszczane wraz z melodią
gdzie pogwizdywanie
i dźwięk harmonijki
uszom ani myślom
nie dają odpoczynku
pora się oderwać
z karbowanej otuliny
co gdzieniegdzie gniecie
ponad próg
i poza granice parkietu
wzlecieć w otulinie
powietrza
co z gotowych dobiega ust
puszczane przez oddech
niewprawiony w wydawanie rozkazów
mienią się barwami
których oko oczekuje z nadzieją
puszczane wraz z melodią
gdzie pogwizdywanie
i dźwięk harmonijki
uszom ani myślom
nie dają odpoczynku
pora się oderwać
z karbowanej otuliny
co gdzieniegdzie gniecie
ponad próg
i poza granice parkietu
wzlecieć w otulinie
powietrza
co z gotowych dobiega ust
poniedziałek, 23 czerwca 2014
By widzieć więcej
Zaglądam przez błękitną ramkę
przez mój mały peryskop
gdzie chwil
zdziwień nie liczy się na palcach
to jak zakraść się
ponad stalowy korpus
dryfującego ciała
i ponad falami ujrzeć
zbłąkane myśli
samooskarżeń
i samookaleczeń duszy
zawijam krwawiący palec
bandażem ust
licząc
że ustanie
cierpkich słów płynąć osocze
wysyłam raz jeszcze
choć nie wiem
czy dojdzie na czas
sygnał
z przechylonej szalupy
przez mój mały peryskop
gdzie chwil
zdziwień nie liczy się na palcach
to jak zakraść się
ponad stalowy korpus
dryfującego ciała
i ponad falami ujrzeć
zbłąkane myśli
samooskarżeń
i samookaleczeń duszy
zawijam krwawiący palec
bandażem ust
licząc
że ustanie
cierpkich słów płynąć osocze
wysyłam raz jeszcze
choć nie wiem
czy dojdzie na czas
sygnał
z przechylonej szalupy
| John Wilson Carmichael, Shipping off Hartlepool, Tees Valley |
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Jest dobrze
Jest dobrze
gdy pisać można o czymś dobrym
a nie w myślach gnuśnych gnuśnieć
gdy można nogę mimo braku sił
nieco wyżej podnieść
i próg przeskoczyć
taki próg co na drodze zawadza
Jest dobrze
by nie powiedzieć,
że dobrze to za mało
gdy usta do uśmiechu się składają
a spacer nie dla rozmyślań czynię
lecz by nieco słodkiej beztroski
w malinowym smaku zażyć
Jest dobrze
gdy dobre się nam udziela
i niech to dobre już tak zostanie
gdy pisać można o czymś dobrym
a nie w myślach gnuśnych gnuśnieć
gdy można nogę mimo braku sił
nieco wyżej podnieść
i próg przeskoczyć
taki próg co na drodze zawadza
Jest dobrze
by nie powiedzieć,
że dobrze to za mało
gdy usta do uśmiechu się składają
a spacer nie dla rozmyślań czynię
lecz by nieco słodkiej beztroski
w malinowym smaku zażyć
Jest dobrze
gdy dobre się nam udziela
i niech to dobre już tak zostanie
wtorek, 10 czerwca 2014
Bluszcz
Oplotły mnie palce
silnie urodą mocne
jak bluszcz
co posągowi martwemu dodaje uroku
chwyciły dłoń
wokół serca
koroną obrosły
by mogły strzec
nieco większej wartości
Usłużnie będę pomnikiem
przy którym przycupniesz
gdy zmęczenie
gdy myśl
zabiorą uśmiech, który o poranku
Zapleć się wokół mnie
objęciem
co przyozdobione
listowiem z pocałunków będzie
silnie urodą mocne
jak bluszcz
co posągowi martwemu dodaje uroku
chwyciły dłoń
wokół serca
koroną obrosły
by mogły strzec
nieco większej wartości
Usłużnie będę pomnikiem
przy którym przycupniesz
gdy zmęczenie
gdy myśl
zabiorą uśmiech, który o poranku
Zapleć się wokół mnie
objęciem
co przyozdobione
listowiem z pocałunków będzie
środa, 4 czerwca 2014
Zwrotki na dwóch biegunach
Z rozwianymi włosami
gdyż pośpiech w naturze mej leży
pośród śpiewu ptaków
zatrzymuję się przy ławce
Słońce za najniższym drzewem
wskazuje zachód
i na zachód kieruję
me myśli
Spiszę kilka słów
niewysokim stylem
lecz napiszę z mocą
a gdy odczytasz te słowa
może kiedyś znowu
usiądziesz obok
Chciałbym, żebyś to widziała
zielonością hipnotyzująca zieleń
byś usłyszała te dźwięki
i by zapach wieczoru
zbliżył
Tu, gdzie bezruch krajobrazu
walczy z żyjącą naturą
- całe szczęście
że przewaga tej drugiej strony
gdyż pośpiech w naturze mej leży
pośród śpiewu ptaków
zatrzymuję się przy ławce
Słońce za najniższym drzewem
wskazuje zachód
i na zachód kieruję
me myśli
Spiszę kilka słów
niewysokim stylem
lecz napiszę z mocą
a gdy odczytasz te słowa
może kiedyś znowu
usiądziesz obok
Chciałbym, żebyś to widziała
zielonością hipnotyzująca zieleń
byś usłyszała te dźwięki
i by zapach wieczoru
zbliżył
Tu, gdzie bezruch krajobrazu
walczy z żyjącą naturą
- całe szczęście
że przewaga tej drugiej strony
Nieustannie
Przyciągasz nieustannie
choć nie raz niestarannie
z mej strony
czynów wypłynie fala
Nie patrzę za siebie
oto wolę Ciebie
widzieć w planach
za nie tylko chwil kilka
Kiedy przyjdzie udręka
zawsze czeka ma ręka
- chwyć ją nawet
gdy ciepłem nie sprzyja
Wtedy spojrzę w Twe oczy
kamień z serca się stoczy
i upadnie
dzieląca zasłona
Ciebie z chęcią obejmę
szarość dnia miło zdejmę
by spragnionych ust
zostać posłaniem
choć nie raz niestarannie
z mej strony
czynów wypłynie fala
Nie patrzę za siebie
oto wolę Ciebie
widzieć w planach
za nie tylko chwil kilka
Kiedy przyjdzie udręka
zawsze czeka ma ręka
- chwyć ją nawet
gdy ciepłem nie sprzyja
Wtedy spojrzę w Twe oczy
kamień z serca się stoczy
i upadnie
dzieląca zasłona
Ciebie z chęcią obejmę
szarość dnia miło zdejmę
by spragnionych ust
zostać posłaniem
sobota, 31 maja 2014
Z drugiej strony
łatwiej, gdy jestem w domu
i nieco lżej, gdy nikogo
kto ukruszy
nadwątlone ramię
uciekam wtedy do siebie
bez przymusu i w złości
że znów zepsuł ktoś
kto się stara
być może nie znaczę zbyt wiele
i pośród setek linijek
nic więcej poza znakami
co bez znaczenia
milczę
za oknem krzyk dzieci
i wiatr co łamie topole
czekające na nieco więcej słońca
i ja zaczekam
i nieco lżej, gdy nikogo
kto ukruszy
nadwątlone ramię
uciekam wtedy do siebie
bez przymusu i w złości
że znów zepsuł ktoś
kto się stara
być może nie znaczę zbyt wiele
i pośród setek linijek
nic więcej poza znakami
co bez znaczenia
milczę
za oknem krzyk dzieci
i wiatr co łamie topole
czekające na nieco więcej słońca
i ja zaczekam
piątek, 30 maja 2014
Ciepło, którym nie potrafię się dzielić
w ciemnym korytarzu spoglądam na drewniane schody
zza uchylonych drzwi dobiega dźwięk telewizora
skrzypi fotel
szum wentylatora
preludium
nasłuchuję cichych kroków
zbliżających się jako jedne z ostatnich
czekam na pierwsze spojrzenie
i zdanie
gdy wreszcie podniosę głowę
nieprzytomnie wieczornym wzrokiem
zapytam
jak było
by po raz kolejny
się przekonać
w ciemniejącym dniu chłodny wiatr oziębia dłonie
a ja wciąż
trzymam w sobie ciepło
którym nie potrafię się dzielić
zza uchylonych drzwi dobiega dźwięk telewizora
skrzypi fotel
szum wentylatora
preludium
nasłuchuję cichych kroków
zbliżających się jako jedne z ostatnich
czekam na pierwsze spojrzenie
i zdanie
gdy wreszcie podniosę głowę
nieprzytomnie wieczornym wzrokiem
zapytam
jak było
by po raz kolejny
się przekonać
w ciemniejącym dniu chłodny wiatr oziębia dłonie
a ja wciąż
trzymam w sobie ciepło
którym nie potrafię się dzielić
środa, 28 maja 2014
Zabawa w Boga
Świat bez nauki, to świat bez praw skonstruowanych przez naturę, czy to raczej świat bez praw opisanych przez człowieka? Wszystkich bowiem praw rządzących światem zebrać się w encyklopedii nie da i wszelkie takie próby z góry skazane są na niepowodzenie. Prawa fizyki, będące podstawą w formowaniu się wszechświata, powstały w momencie Wielkiego Wybuchu, więc zebranie ich, opisanie przez nas, ludzi zaszczepionych temu światu w pewnym momencie jego istnienia, jest niemożliwe. Nie znamy nawet tak naprawdę pochodzenia tych praw, co dobrze w książce Krótka historia czasu opisuje Stephen Hawking, podkreślając, że prawa fizyki kształtujące wszechświat mogły powstać losowo lub mogły zostać narzucone przez istotę wyższą, Boga. Lecz nie na pochodzeniu tych praw chciałem się skupić, a na wykorzystaniu ich przez człowieka.
Od momentu, w którym ludzkość zaczęła wykorzystywać naukę dla zwiększenia komfortu życia (zapewne jest to jeden z głównych powodów, dla których szeroko pojęta nauka jest w dalszym ciągu rozwijana), skierowała ją nie tylko do zapanowania nad otaczającym światem, ale także przeciwko sobie. Wykorzystując prawa nauki zakorzenione w naturze, człowiek tę naturę zaczął powoli unicestwiać. Poprzez rabunkową eksploatację złóż naturalnych, zarówno tych odnawialnych, jak i nieodnawialnych, staliśmy się pogromcami świata, któremu naszą egzystencję zawdzięczamy. Przykłady można byłoby szerzyć, zaczynając od destrukcyjnego działania człowieka już w momencie wyrabiania pierwszych narzędzi z żelaza i towarzyszącej temu procesowi wycince drzew w celu powiększania areału, poprzez całkowite wyjałowienie krajobrazu, a kończąc na wyczerpujących się obecnie łatwo dostępnych złożach ropy naftowej.
Doświadczenia rodziły idee, idee były przyczyną do powstania nauk. Nastąpił rozwój cywilizacji, ale nasze myślenie wciąż opiera się na wczesnym instynkcie. Zmieniły się technologie, zwiększono nacisk na kwestie ochrony środowiska, jednak nasz sposób działania wydaje się niezmienny. Poznając coraz lepiej prawa rządzące światem, od tego świata się oddalamy. Stawiamy siebie w roli egzekutorów i prawowitych zarządców, ale zapasy, którymi dysponujemy, nie są niewyczerpalne i jeśli w wielu przypadkach rozwój nauki przyczynił się do uczynienia życia łatwiejszym, to ten sam rozwój chce zapanować nad naturą, z której odkrywane przez nas prawa się wywodzą. Zupełnie tak, jakby uczeń chciał przerosnąć mistrza. Wydaje się, że nie zdajemy sobie z tego sprawy, a refleksja przychodzi wówczas, gdy natura przypomina o sobie bezlitośnie - zasypując w lawinie grupę himalaistów lub grzebiąc w błotnistym szlamie tysiące ludzi. Wskazać jednoznacznie na źródło tego ludzkiego zapomnienia, ludzkiej niedoskonałości byłoby trudno, niemniej jednak nasze działania w stosunku do otaczającego świata nie powinny być bezmyślne, a takimi, niestety, bardzo często się okazują.
Wybranie odpowiedniej drogi rozwoju nauki i czerpiących z niej nowych technologii jest zadaniem niewątpliwie trudnym. Bo cóż tak naprawdę znaczy „odpowiednia droga”? Może ścieżka rozwoju, którą obecnie postępujemy, jest tą właściwą i wszelkie rozważania na podjęty temat wydają się nieuzasadnione. Uważam jednak, że obecnie nie mamy wyboru – nie zmienimy przecież czegoś, co z mozołem powstawało przez tysiące lat. Nie cofniemy się do epoki kamienia łupanego z hasłem „Nie wyszło nam – zacznijmy jeszcze raz!”. Nie zrzucimy z siebie wygodnych ubrań na rzecz skórzanych odzień. Nie zamieszkamy w nieogrzewanych domach. Nie pozbawimy się nowoczesnego transportu, szybkiej wymiany informacji, nowoczesnej medycyny. Pomimo tych wszystkich udogodnień, z których i ja na co dzień korzystam, śmiem twierdzić, a zapewne poprą mnie również i inni, że wiele wyborów, których ludzkość dokonała, nie było wyborami korzystnymi. Przypominały raczej chęć stania się równymi Bogu.
Odwieczna tendencja ku dominacji jednego człowieka nad drugim objawiła to gorsze właśnie oblicze nauki, która niejednokrotnie zamiast budować – niszczyła. I to nie tylko mury obronne średniowiecznych zamków upadające pod naporem kul miotanych za pomocą czarno prochowych armat czy kilkaset lat później połacie zwrotnikowych lasów ginące pod wpływem cieszącego się złą sławą preparatu Agent Orange. Działania te nie były podyktowane koniecznością czynienia życia łatwiejszym, bardziej znośnym i przyjaznym. Człowiek sięgał w nich po zdobycze nauk, by niszczyć siebie nawzajem. Ernest Volkman w książce Nauka idzie na wojnę dobrze ten stan opisuje, pisząc, że „wszystkie (…) nowoczesne dyscypliny naukowe mają związek z wojnami i nieustannym poszukiwaniem lepszej i silniejszej broni”. I choć nie jest to jedyny czynnik napędowy, dzięki któremu nauki wciąż się rozwijają, to samo jego pochodzenie może stawiać naszą ludzką cywilizację w niekorzystnym świetle. Prawdą jest także to, że obecnie to właśnie rozwój technologii do celów militarnych wymusza wynajdowanie coraz to lepszych materiałów konstrukcyjnych, układów elektronicznych, a często również zaawansowanych metod leczenia.
Świat nauki stale się rozwija. Rozwój ten z dekady na dekadę przyspiesza. Różnice pokoleniowe są coraz łatwiej dostrzegalne. Zmiany, które postępują, a które są wynikiem badań, wymuszają na nas coraz większą konieczność dopasowywania się do zmieniającej się rzeczywistości. Tylko nie zawsze tych zmian tak naprawdę potrzebujemy. Wydaje się, że jesteśmy aktualnie w takim punkcie naszego istnienia, z którego nie ma tak naprawdę dobrego wyjścia i wybierać już można tylko mniejsze zło. Na wyprostowanie ścieżki ewolucji nauki jest już za późno, a może to właśnie samo źródło jej powstania było naszym błędem. Zamiast starać się dobrze wykorzystać to, co zostało nam dane, staliśmy się bezmyślnymi realizatorami naszej niepohamowanej chciwości, zawiści i żądzy posiadania. Próbując odkryć prawa rządzące światem, stworzyliśmy ich nasze ludzkie, nędzne odpowiedniki i zamieniliśmy je ze sobą. Współczesna nauka nie jest dyscypliną neutralną, a poznając jej potęgę, nabraliśmy jeszcze większej ochoty do stawiania siebie jako panów tego świata, do swoistej zabawy w Boga.
Od momentu, w którym ludzkość zaczęła wykorzystywać naukę dla zwiększenia komfortu życia (zapewne jest to jeden z głównych powodów, dla których szeroko pojęta nauka jest w dalszym ciągu rozwijana), skierowała ją nie tylko do zapanowania nad otaczającym światem, ale także przeciwko sobie. Wykorzystując prawa nauki zakorzenione w naturze, człowiek tę naturę zaczął powoli unicestwiać. Poprzez rabunkową eksploatację złóż naturalnych, zarówno tych odnawialnych, jak i nieodnawialnych, staliśmy się pogromcami świata, któremu naszą egzystencję zawdzięczamy. Przykłady można byłoby szerzyć, zaczynając od destrukcyjnego działania człowieka już w momencie wyrabiania pierwszych narzędzi z żelaza i towarzyszącej temu procesowi wycince drzew w celu powiększania areału, poprzez całkowite wyjałowienie krajobrazu, a kończąc na wyczerpujących się obecnie łatwo dostępnych złożach ropy naftowej.
Doświadczenia rodziły idee, idee były przyczyną do powstania nauk. Nastąpił rozwój cywilizacji, ale nasze myślenie wciąż opiera się na wczesnym instynkcie. Zmieniły się technologie, zwiększono nacisk na kwestie ochrony środowiska, jednak nasz sposób działania wydaje się niezmienny. Poznając coraz lepiej prawa rządzące światem, od tego świata się oddalamy. Stawiamy siebie w roli egzekutorów i prawowitych zarządców, ale zapasy, którymi dysponujemy, nie są niewyczerpalne i jeśli w wielu przypadkach rozwój nauki przyczynił się do uczynienia życia łatwiejszym, to ten sam rozwój chce zapanować nad naturą, z której odkrywane przez nas prawa się wywodzą. Zupełnie tak, jakby uczeń chciał przerosnąć mistrza. Wydaje się, że nie zdajemy sobie z tego sprawy, a refleksja przychodzi wówczas, gdy natura przypomina o sobie bezlitośnie - zasypując w lawinie grupę himalaistów lub grzebiąc w błotnistym szlamie tysiące ludzi. Wskazać jednoznacznie na źródło tego ludzkiego zapomnienia, ludzkiej niedoskonałości byłoby trudno, niemniej jednak nasze działania w stosunku do otaczającego świata nie powinny być bezmyślne, a takimi, niestety, bardzo często się okazują.
Wybranie odpowiedniej drogi rozwoju nauki i czerpiących z niej nowych technologii jest zadaniem niewątpliwie trudnym. Bo cóż tak naprawdę znaczy „odpowiednia droga”? Może ścieżka rozwoju, którą obecnie postępujemy, jest tą właściwą i wszelkie rozważania na podjęty temat wydają się nieuzasadnione. Uważam jednak, że obecnie nie mamy wyboru – nie zmienimy przecież czegoś, co z mozołem powstawało przez tysiące lat. Nie cofniemy się do epoki kamienia łupanego z hasłem „Nie wyszło nam – zacznijmy jeszcze raz!”. Nie zrzucimy z siebie wygodnych ubrań na rzecz skórzanych odzień. Nie zamieszkamy w nieogrzewanych domach. Nie pozbawimy się nowoczesnego transportu, szybkiej wymiany informacji, nowoczesnej medycyny. Pomimo tych wszystkich udogodnień, z których i ja na co dzień korzystam, śmiem twierdzić, a zapewne poprą mnie również i inni, że wiele wyborów, których ludzkość dokonała, nie było wyborami korzystnymi. Przypominały raczej chęć stania się równymi Bogu.
Odwieczna tendencja ku dominacji jednego człowieka nad drugim objawiła to gorsze właśnie oblicze nauki, która niejednokrotnie zamiast budować – niszczyła. I to nie tylko mury obronne średniowiecznych zamków upadające pod naporem kul miotanych za pomocą czarno prochowych armat czy kilkaset lat później połacie zwrotnikowych lasów ginące pod wpływem cieszącego się złą sławą preparatu Agent Orange. Działania te nie były podyktowane koniecznością czynienia życia łatwiejszym, bardziej znośnym i przyjaznym. Człowiek sięgał w nich po zdobycze nauk, by niszczyć siebie nawzajem. Ernest Volkman w książce Nauka idzie na wojnę dobrze ten stan opisuje, pisząc, że „wszystkie (…) nowoczesne dyscypliny naukowe mają związek z wojnami i nieustannym poszukiwaniem lepszej i silniejszej broni”. I choć nie jest to jedyny czynnik napędowy, dzięki któremu nauki wciąż się rozwijają, to samo jego pochodzenie może stawiać naszą ludzką cywilizację w niekorzystnym świetle. Prawdą jest także to, że obecnie to właśnie rozwój technologii do celów militarnych wymusza wynajdowanie coraz to lepszych materiałów konstrukcyjnych, układów elektronicznych, a często również zaawansowanych metod leczenia.
Świat nauki stale się rozwija. Rozwój ten z dekady na dekadę przyspiesza. Różnice pokoleniowe są coraz łatwiej dostrzegalne. Zmiany, które postępują, a które są wynikiem badań, wymuszają na nas coraz większą konieczność dopasowywania się do zmieniającej się rzeczywistości. Tylko nie zawsze tych zmian tak naprawdę potrzebujemy. Wydaje się, że jesteśmy aktualnie w takim punkcie naszego istnienia, z którego nie ma tak naprawdę dobrego wyjścia i wybierać już można tylko mniejsze zło. Na wyprostowanie ścieżki ewolucji nauki jest już za późno, a może to właśnie samo źródło jej powstania było naszym błędem. Zamiast starać się dobrze wykorzystać to, co zostało nam dane, staliśmy się bezmyślnymi realizatorami naszej niepohamowanej chciwości, zawiści i żądzy posiadania. Próbując odkryć prawa rządzące światem, stworzyliśmy ich nasze ludzkie, nędzne odpowiedniki i zamieniliśmy je ze sobą. Współczesna nauka nie jest dyscypliną neutralną, a poznając jej potęgę, nabraliśmy jeszcze większej ochoty do stawiania siebie jako panów tego świata, do swoistej zabawy w Boga.
środa, 21 maja 2014
Zapach majowej nocy
Przywołuję pośrodku nocy
majowym zapachem wiedziony
w snach, które by trwać mogły
bez końca
Twe imię
żłobię w pościeli
co nieswojo bez ciepłego ciała
sama milczeniem prosi
palca opuszką pośród miękkich załamań
gdzie jeszcze lekką czuć nutę
i słodka woń
wtuliła się
w zakamarki nocnego szlaku
Przywołuję pośrodku nocy
Twe imię
niesiony na pograniczu
szeroko rozciągniętym
między jednym a drugim
oddechem
numerem mijanych ulic
i wierszem
majowym zapachem wiedziony
w snach, które by trwać mogły
bez końca
Twe imię
żłobię w pościeli
co nieswojo bez ciepłego ciała
sama milczeniem prosi
palca opuszką pośród miękkich załamań
gdzie jeszcze lekką czuć nutę
i słodka woń
wtuliła się
w zakamarki nocnego szlaku
Przywołuję pośrodku nocy
Twe imię
niesiony na pograniczu
szeroko rozciągniętym
między jednym a drugim
oddechem
numerem mijanych ulic
i wierszem
| Willard Metcalf, May Night |
poniedziałek, 19 maja 2014
W młodniku
W młodniku świeże gałązki
skropione rosą poranku,
mgiełkę wiatr już przerywa,
rozwiewa poranne zaspanie.
Otulam najczulej jak umiem,
dzieląc się skrytym mym ciepłem,
najmilsze w dotyku istnienie,
przecudne kobiece wcielenie.
I czuję pod dłonią Twój oddech,
włos pocałunkiem odgarniam,
w pieszczotach poranku odkrywam
Twe najprawdziwsze oblicze.
W młodniku świeżym powiewem
zielone pachnie igliwie,
niech nas zaś budzi codziennie
zapach, co miłości spełnieniem.
skropione rosą poranku,
mgiełkę wiatr już przerywa,
rozwiewa poranne zaspanie.
Otulam najczulej jak umiem,
dzieląc się skrytym mym ciepłem,
najmilsze w dotyku istnienie,
przecudne kobiece wcielenie.
I czuję pod dłonią Twój oddech,
włos pocałunkiem odgarniam,
w pieszczotach poranku odkrywam
Twe najprawdziwsze oblicze.
W młodniku świeżym powiewem
zielone pachnie igliwie,
niech nas zaś budzi codziennie
zapach, co miłości spełnieniem.
wtorek, 13 maja 2014
To samo niebo
A nad nami to samo niebo,
kiedy stawiam nogę na szarym bruku
i z niedowierzaniem kryjącym niepokoje
nie muszę już czekać.
Wychodzisz strojna w słońce,
obsypana porannymi chmurami
i w tym mglistym brzasku
chcę odkryć jeszcze bardziej
co zakryte przed chciwym wzrokiem,
oddalone kilometrami przykurzonej jezdni,
tlące się nieprzerwanie iskrą nadziei
i - w Twoich oczach
Gdybym mógł opisać to jednym słowem
zwięzłym objęciem
ująć nie tylko te ręce
i zaznać spokoju,
o którym mówiłem już wiele.
Tak pośród nieschodzonych traw,
skromnie opasanych drzewnymi traktami
ożywiasz duszę
- co bierze przykład z kwitnącego kwiatu.
Z zapachem zieleniącej się wiosny
i słodyczą na ustach
stawiam nogę na szarym kamieniu.
Dobrze, że nad nami, jest wciąż to samo niebo.
kiedy stawiam nogę na szarym bruku
i z niedowierzaniem kryjącym niepokoje
nie muszę już czekać.
Wychodzisz strojna w słońce,
obsypana porannymi chmurami
i w tym mglistym brzasku
chcę odkryć jeszcze bardziej
co zakryte przed chciwym wzrokiem,
oddalone kilometrami przykurzonej jezdni,
tlące się nieprzerwanie iskrą nadziei
i - w Twoich oczach
Gdybym mógł opisać to jednym słowem
zwięzłym objęciem
ująć nie tylko te ręce
i zaznać spokoju,
o którym mówiłem już wiele.
Tak pośród nieschodzonych traw,
skromnie opasanych drzewnymi traktami
ożywiasz duszę
- co bierze przykład z kwitnącego kwiatu.
Z zapachem zieleniącej się wiosny
i słodyczą na ustach
stawiam nogę na szarym kamieniu.
Dobrze, że nad nami, jest wciąż to samo niebo.
czwartek, 8 maja 2014
Mów do mnie
kiedy głowę pochylam
zbyt nisko
i niewiele więcej widzę
niż czubek własnego nosa
mów do mnie
kiedy nie słyszę
przekazu
i niech tych kilka zdań
we mnie rozkwitnie
jak rozkwita młodość
zaklęta w Twej urodzie
mów do mnie
aż wzrok swój uniosę
by się nasycić
po raz kolejny
słowem
które masz mi do powiedzenia
zbyt nisko
i niewiele więcej widzę
niż czubek własnego nosa
mów do mnie
kiedy nie słyszę
przekazu
i niech tych kilka zdań
we mnie rozkwitnie
jak rozkwita młodość
zaklęta w Twej urodzie
mów do mnie
aż wzrok swój uniosę
by się nasycić
po raz kolejny
słowem
które masz mi do powiedzenia
sobota, 3 maja 2014
Budzisz mnie
Obudź mnie
słowem
cicho wypowiedzianym
wbrew dźwiękom
które za oknem
niech spłynie
powtórzone trzykrotnie
jak trzykrotny pocałunek
na szczęście
obudź mnie
gestem
którym lekko
unosisz się ponad mną
bezszelestnie
chcę widzieć
chcę słuchać
i tak
każdego ranka
budzisz mnie do życia
słowem
cicho wypowiedzianym
wbrew dźwiękom
które za oknem
niech spłynie
powtórzone trzykrotnie
jak trzykrotny pocałunek
na szczęście
obudź mnie
gestem
którym lekko
unosisz się ponad mną
bezszelestnie
chcę widzieć
chcę słuchać
i tak
każdego ranka
budzisz mnie do życia
środa, 30 kwietnia 2014
W oczekiwaniu
W oczekiwaniu na Twój dotyk
idę spać nieco później
nasłuchuję, czy w nocnej ciszy
przeminie pustka śledząca mnie cały dzień
nie przemija
i bez spowiedzi na Twej poduszce
zasypiam
kształty kolorowych myśli bez znaczenia
władają nocnymi zakamarkami snu
i czasami tylko przychodzi żal
że to już koniec
że to tylko sen
idę spać nieco później
nasłuchuję, czy w nocnej ciszy
przeminie pustka śledząca mnie cały dzień
nie przemija
i bez spowiedzi na Twej poduszce
zasypiam
kształty kolorowych myśli bez znaczenia
władają nocnymi zakamarkami snu
i czasami tylko przychodzi żal
że to już koniec
że to tylko sen
sobota, 26 kwietnia 2014
Opowieść z widokiem na niebo, cz.3
Deszcz zmył kurz, który przez ostatnie tygodnie zdążył osiąść wewnątrz dziedzińca. Nie myślałem o tym, kiedy ostatnio tutaj padało, ale wszystko wydawało się teraz o wiele czystsze. Ostatnie krople spadały na przemoknięty bruk, po którym leniwie snuły się coraz to cieńsze strużki wody, a przez otwarte okno wpłynęło świeże powietrze, niosące jednocześnie delikatny zapach starych murów. Wilgoć z czerwonych cegieł zaczynała parować, a wraz z nią unosił się zapach dawnych dni.
Czasy młodości i dzieciństwa w którymś momencie zostawiłem za sobą, jak zostawia się obraz minionej kępy drzew na wycieczce poza miastem. Są jednak i takie wspomnienia, do których chce się wracać, i obrazy, których się nie zapomina. Może właśnie najtrudniej pogodzić się z czymś, o czym pamiętać nie chcemy, ale ilekroć próbujemy o tym zapomnieć, wizja ta, jakby na złość, wciąż powraca. I nie pomogą tu żadne specyfiki na zapomnienie. Prawda, choć przykra, jest taka, że przeszłości się nie wymaże, a każdy, kto twierdzi, że udało mu się to zrobić, oszukuje samego siebie. Nasza historia nie przypomina bowiem kurzu, który zmyje pierwszy lepszy deszcz, lecz jest zakorzeniona gdzieś głęboko w nas. Chodzi tylko o to, żeby z tą przeszłością się pogodzić.
Pewnego dnia nauczyłem się wybierać karty i pamiątki. Przyszła pora, żeby pożegnać się z tym, co zawadza, aby ruszyć dalej. Trzeba było wyrzucić stare rachunki, notatki sporządzane na brzegach kartek w kalendarzu, ale przede wszystkim trzeba zrobić porządek z samym sobą. Przeprowadziłem się więc do starej kamienicy, która z pozoru wydawała się dość nędzna. Zmurszały mur, stare okna, skrzypiące, drewniane schody i poręcz, która nie dodawała pewności przy gramoleniu się na górę. W czterech kątach tej śródmiejskiej zabudowy trwałem sam - a przynajmniej tak mogło się wydawać. Z głębi bowiem wyrastał zupełnie nowy człowiek, który wciąż powtarzał: przeprowadziłem się do starej kamienicy, aby zbudować ją od nowa.
Czasy młodości i dzieciństwa w którymś momencie zostawiłem za sobą, jak zostawia się obraz minionej kępy drzew na wycieczce poza miastem. Są jednak i takie wspomnienia, do których chce się wracać, i obrazy, których się nie zapomina. Może właśnie najtrudniej pogodzić się z czymś, o czym pamiętać nie chcemy, ale ilekroć próbujemy o tym zapomnieć, wizja ta, jakby na złość, wciąż powraca. I nie pomogą tu żadne specyfiki na zapomnienie. Prawda, choć przykra, jest taka, że przeszłości się nie wymaże, a każdy, kto twierdzi, że udało mu się to zrobić, oszukuje samego siebie. Nasza historia nie przypomina bowiem kurzu, który zmyje pierwszy lepszy deszcz, lecz jest zakorzeniona gdzieś głęboko w nas. Chodzi tylko o to, żeby z tą przeszłością się pogodzić.
Pewnego dnia nauczyłem się wybierać karty i pamiątki. Przyszła pora, żeby pożegnać się z tym, co zawadza, aby ruszyć dalej. Trzeba było wyrzucić stare rachunki, notatki sporządzane na brzegach kartek w kalendarzu, ale przede wszystkim trzeba zrobić porządek z samym sobą. Przeprowadziłem się więc do starej kamienicy, która z pozoru wydawała się dość nędzna. Zmurszały mur, stare okna, skrzypiące, drewniane schody i poręcz, która nie dodawała pewności przy gramoleniu się na górę. W czterech kątach tej śródmiejskiej zabudowy trwałem sam - a przynajmniej tak mogło się wydawać. Z głębi bowiem wyrastał zupełnie nowy człowiek, który wciąż powtarzał: przeprowadziłem się do starej kamienicy, aby zbudować ją od nowa.
sobota, 19 kwietnia 2014
Nasz szlak
Razem wybierzmy szlak
z którego nas nie zniesie
lawina
w dół, po ostrych kamieniach
zejdziemy sami
gdy nasycimy swój wzrok
widokiem
niezapomnianego nieba
zejdźmy
ku żyznej dolinie
skrzętnie ukrytej
pośród drzew
wijących się wstęgą
po skalnych stokach
schowajmy się
przed niechcianym wzrokiem
i w złości
zakorzenioną mową
gdzie do snu kołyszą nas limby
a mchy
swą miękkością
koją nasze dusze
z którego nas nie zniesie
lawina
w dół, po ostrych kamieniach
zejdziemy sami
gdy nasycimy swój wzrok
widokiem
niezapomnianego nieba
zejdźmy
ku żyznej dolinie
skrzętnie ukrytej
pośród drzew
wijących się wstęgą
po skalnych stokach
schowajmy się
przed niechcianym wzrokiem
i w złości
zakorzenioną mową
gdzie do snu kołyszą nas limby
a mchy
swą miękkością
koją nasze dusze
niedziela, 13 kwietnia 2014
Obrazy
Mijam galerię
ustawioną przy drodze
mijam moją galerię
w której jeden z obrazów
wyróżniłem szczególnie
śmiejące się oczy dziewczyny
skąpane w różu policzki
przypominają się pierwsze dni
gdy jesienne liście dodawały uroku
i zachwytu odbijały się echem
barwy jesieni wczesną wiosną
wiatr niosący pozłacany kurz
i droga znikająca za zakrętem
mijam przydrożną galerię
z oczami zwróconymi
w jedną stronę
ustawioną przy drodze
mijam moją galerię
w której jeden z obrazów
wyróżniłem szczególnie
śmiejące się oczy dziewczyny
skąpane w różu policzki
przypominają się pierwsze dni
gdy jesienne liście dodawały uroku
i zachwytu odbijały się echem
barwy jesieni wczesną wiosną
wiatr niosący pozłacany kurz
i droga znikająca za zakrętem
mijam przydrożną galerię
z oczami zwróconymi
w jedną stronę
czwartek, 10 kwietnia 2014
Żeby spalić swój bilet
There's a long black train comin' down the line,
Feeding off the souls that are lost and cryin'.
Rails of sin, only evil remains.
Watch out, brother, for that long black train.
Feeding off the souls that are lost and cryin'.
Rails of sin, only evil remains.
Watch out, brother, for that long black train.
J. Turner
Czy zdążę wysiąść
nim konduktor spisze mnie na straty
i czarnym atramentem wypisze mandat na mej skroni
kolejny numer w poczekalni
jak tatuaż rzeźbi omdlałe ręce
i umysł sponiewierany
gdzie ja jestem
bardzo daleko
i wciąż wracam myślami
tam, gdzie mi dobrze
każdego dnia
przegrane kilometry
zostawiam na pastwę
licząc, że dzikość rozłożona na łopatki
już mnie nie dogoni
podkład za podkładem
pokład zakurzony
iskry kujące spojówkę
i dym
wypełniający nozdrza
czy zdążę wysiąść
nim konduktor spisze mnie na straty
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Za żółciejącą zasłoną
Nie muszę się obracać na drugi bok.
Wystarczy, że otworzę oczy.
Jesteś obok.
Jaśniejące światło dnia podkreśla Twoje barwy.
Za oknem budzi się miasto.
Twój rytm oddechu budzi zmysły.
Wraz z nimi do życia budzę się ja.
Otulony Twym ciepłem czekam na pierwsze słowo.
Niech to będzie wyraz zachwytu.
Niech to będzie wyraz miłości.
Gdy za oknem budzi się miasto,
ja nie muszę obracać się na drugi bok.
Wystarczy, że jesteś obok.
Wystarczy, że otworzę oczy.
Jesteś obok.
Jaśniejące światło dnia podkreśla Twoje barwy.
Za oknem budzi się miasto.
Twój rytm oddechu budzi zmysły.
Wraz z nimi do życia budzę się ja.
Otulony Twym ciepłem czekam na pierwsze słowo.
Niech to będzie wyraz zachwytu.
Niech to będzie wyraz miłości.
Gdy za oknem budzi się miasto,
ja nie muszę obracać się na drugi bok.
Wystarczy, że jesteś obok.
środa, 2 kwietnia 2014
Ostatni raz
Dym z położonego w popielniczce papierosa unosił się leniwie w nieruchomym powietrzu ciemnego pokoju. Strużka za strużką uwalniała się powolutku i z pewnym dostojeństwem opuszczała żarzący się w bibule tytoń. Mężczyzna siedział na starym krześle przy biurku. Ręce miał założone na brzuchu. Bez emocji wpatrywał się w ścianę przed sobą, na której wisiały obrazki i zdjęcia z miejsc, które zwiedził dawno temu. Nie był pewny, czy jeszcze je kiedyś zobaczy, nie to zresztą było obiektem jego rozważań. W ogólnie panującej ciemności i tak nie dostrzegłby szczegółów, które zamknięte w pożółkłych ramkach, teraz mogły przypomnieć jedynie o czasie powstania.
- Od tamtych lat minęło już wiele dni - pomyślał. Spojrzał na papierosa i wziął głęboki oddech.
- Coś sobie wtedy obiecałem - powiedział sam do siebie, po czym cisza wokół wydała mu się jeszcze bardziej przytłaczająca.
Poruszył się lekko, krzesło pod jego ciężarem zaskrzypiało.
- Gdybym od tamtego momentu choć raz porządnie podszedł do sprawy, to nie byłoby później tego całego zamieszania i zapewne nie siedziałbym tu teraz sam - wycedził przez zęby i głos mu się załamał. Jedną ręką przyciągnął do siebie notes, natomiast drugą sięgnął po papierosa. Żar zbliżał się powoli do filtra, więc przed włożeniem do ust strzepnął popiół i powiedział, jakby zwracał się do kogoś bliskiego:
- No to ostatni raz...
Zaciągnął się, ale papieros nadal tkwił między jego wargami. Otworzył notes w miejscu, w którym znajdowało się pióro, zsunął zatyczkę i w półświetle tlącego się papierosa zapisał kilka wyrazów. Gdy żar zaczął już przygasać, mężczyzna zamknął notes, przygładził jego brzeg, a pióro położył z boku. Wyciągnął papierosa z ust i zadusił go w popielniczce. Zdawało się, że tylko niknący w ciemności obłoczek dymu może przerwać idealną ciszę i bezbłędnie wyznaczony szlak ludzkiej myśli. Lecz mgiełka tytoniowej uczty rozmywała się już bezdźwięcznie w ciemnościach nocy, zostawiając mężczyznę samego z kilkoma postanowieniami i zdaniem wypisanym przy świetle ostatniego papierosa.
- Od tamtych lat minęło już wiele dni - pomyślał. Spojrzał na papierosa i wziął głęboki oddech.
- Coś sobie wtedy obiecałem - powiedział sam do siebie, po czym cisza wokół wydała mu się jeszcze bardziej przytłaczająca.
Poruszył się lekko, krzesło pod jego ciężarem zaskrzypiało.
- Gdybym od tamtego momentu choć raz porządnie podszedł do sprawy, to nie byłoby później tego całego zamieszania i zapewne nie siedziałbym tu teraz sam - wycedził przez zęby i głos mu się załamał. Jedną ręką przyciągnął do siebie notes, natomiast drugą sięgnął po papierosa. Żar zbliżał się powoli do filtra, więc przed włożeniem do ust strzepnął popiół i powiedział, jakby zwracał się do kogoś bliskiego:
- No to ostatni raz...
Zaciągnął się, ale papieros nadal tkwił między jego wargami. Otworzył notes w miejscu, w którym znajdowało się pióro, zsunął zatyczkę i w półświetle tlącego się papierosa zapisał kilka wyrazów. Gdy żar zaczął już przygasać, mężczyzna zamknął notes, przygładził jego brzeg, a pióro położył z boku. Wyciągnął papierosa z ust i zadusił go w popielniczce. Zdawało się, że tylko niknący w ciemności obłoczek dymu może przerwać idealną ciszę i bezbłędnie wyznaczony szlak ludzkiej myśli. Lecz mgiełka tytoniowej uczty rozmywała się już bezdźwięcznie w ciemnościach nocy, zostawiając mężczyznę samego z kilkoma postanowieniami i zdaniem wypisanym przy świetle ostatniego papierosa.
poniedziałek, 31 marca 2014
Czekam na poranki
Czekam wciąż na poranki
przypieczętowane krótkim
wyjeżdżam
gdy z wypiekami na twarzy
próbuje być człowiek lepszy
i nieco przyjaźniejszą wokół siebie
stworzyć atmosferę
gdy nieoficjalność
skropiona prostą obecnością
przewyższa stylizacje
i zabieganie o wyrafinowanie
tak słucham
milczącego pokoju
na wpół zakurzonych kątów
i półek
które z przyzwyczajenia
ukradkiem zerkają trochę niżej
czekam wpatrzony w sekundnik
który wyznacza
coraz pewniejszy siebie
granice
skromnego czasu
i młodości
przypieczętowane krótkim
wyjeżdżam
gdy z wypiekami na twarzy
próbuje być człowiek lepszy
i nieco przyjaźniejszą wokół siebie
stworzyć atmosferę
gdy nieoficjalność
skropiona prostą obecnością
przewyższa stylizacje
i zabieganie o wyrafinowanie
tak słucham
milczącego pokoju
na wpół zakurzonych kątów
i półek
które z przyzwyczajenia
ukradkiem zerkają trochę niżej
czekam wpatrzony w sekundnik
który wyznacza
coraz pewniejszy siebie
granice
skromnego czasu
i młodości
niedziela, 30 marca 2014
Opowieść z widokiem na niebo, cz.2
Jej słowa utkwiły we mnie niczym wołanie o pomoc. Nie zawsze słuchałem, choć twierdziłem i byłem przekonany, że słucham. Do błędów wracałem niczym bumerang, który rzucony gdzieś na australijskim stepie, wraca do aborygeńskiego myśliwego. Czytając, siedziałem w promieniach wczesnowiosennego słońca i po ostatnim wyrazie kilka razy wracałem do pierwszego. Niczym zacięta płyta na starym gramofonie czytałem wciąż te same słowa, próbując wykrystalizować w swojej pamięci kilka chwil otaczających moment napisania tej kartki. Data umieszczona na rogu przeniosła mnie na chwilę do tamtego roku.
Nie była to zima stulecia. Myślę, że gdyby ktoś pokusił się o takie stwierdzenie, musiałby raczej powiedzieć: zima stulecia, jeśli chodzi o minimalną ilość śniegu i wysokie temperatury. Rzeczywiście, śniegu było jak na lekarstwo, a mróz tylko przez parę dni utrudniał życie. Styczeń zaczął się nerwowo, jak nerwowo robi się przed każdą sesją. W młynie obowiązków, zazwyczaj tych mniej przyjemnych, łatwo było zatracić siebie, gubiąc cele i swoją ludzką naturalność. Jak tworzywo sztuczne próbowałem się dopasować do sytuacji i uniknąć niepotrzebnych naprężeń. Omijając wszelkie ciche niedogodności, zamknąłem swój język za zębami i starałem się przyjąć wszystko, czym los zechciał mnie obdarować. Zapomniałem tylko o jednym: na los ma się wpływ.
Ten sam wpływ miałem na to, kim wtedy byłem i co tak naprawdę chciałem zbudować, jeśli w ogóle wiedziałem, czego chcę. Zasada bycia "naturalnym" i stworzenia czegoś szczerego wydała się prosta. Prosta na pewno do zapamiętania, a czy do wprowadzenia w życie już gość mocno ugruntowane - to dopiero miało się okazać. Patrząc jednak z perspektywy czasu, wiem, że wiadomość napisana niebieskim atramentem i zamknięta w bardzo oryginalnej karcie była pewnym punktem zwrotnym w moich poczynaniach obciążonych jarzmem własnej niedoskonałości. Wyczarować ciągłego zachwytu się nie da - teraz to wiem - a budowanie prawdziwie naturalnego uczucia, które właśnie tylko wtedy jest piękne i mocne, choć niełatwe - warte swojej ceny.
Nie była to zima stulecia. Myślę, że gdyby ktoś pokusił się o takie stwierdzenie, musiałby raczej powiedzieć: zima stulecia, jeśli chodzi o minimalną ilość śniegu i wysokie temperatury. Rzeczywiście, śniegu było jak na lekarstwo, a mróz tylko przez parę dni utrudniał życie. Styczeń zaczął się nerwowo, jak nerwowo robi się przed każdą sesją. W młynie obowiązków, zazwyczaj tych mniej przyjemnych, łatwo było zatracić siebie, gubiąc cele i swoją ludzką naturalność. Jak tworzywo sztuczne próbowałem się dopasować do sytuacji i uniknąć niepotrzebnych naprężeń. Omijając wszelkie ciche niedogodności, zamknąłem swój język za zębami i starałem się przyjąć wszystko, czym los zechciał mnie obdarować. Zapomniałem tylko o jednym: na los ma się wpływ.
Ten sam wpływ miałem na to, kim wtedy byłem i co tak naprawdę chciałem zbudować, jeśli w ogóle wiedziałem, czego chcę. Zasada bycia "naturalnym" i stworzenia czegoś szczerego wydała się prosta. Prosta na pewno do zapamiętania, a czy do wprowadzenia w życie już gość mocno ugruntowane - to dopiero miało się okazać. Patrząc jednak z perspektywy czasu, wiem, że wiadomość napisana niebieskim atramentem i zamknięta w bardzo oryginalnej karcie była pewnym punktem zwrotnym w moich poczynaniach obciążonych jarzmem własnej niedoskonałości. Wyczarować ciągłego zachwytu się nie da - teraz to wiem - a budowanie prawdziwie naturalnego uczucia, które właśnie tylko wtedy jest piękne i mocne, choć niełatwe - warte swojej ceny.
środa, 26 marca 2014
Opowieść z widokiem na niebo, cz.1
Przebiegłem przez ulicę w stronę zszarzałej przez czas kamienicy. W jej licznych oknach nie widać było oznak życia i tylko w niektórych nieruchomo wisiały firanki. Przez ciemną bramę wbiegłem na podwórko, na którym oprócz kilku na wpół zniszczonych sprzętów domowych i zardzewiałego trzepaka nie było niczego, co mogłoby przyciągnąć uwagę. Wiatr tutaj w ogóle nie zaglądał, dlatego powietrze w tej olbrzymiej, ceglanej studni z oknami było przesiąknięte zapachem wilgoci i starego drewna. Ale właśnie w takim, wydawałoby się, martwym miejscu, przed paroma miesiącami odnalazłem siebie na nowo.
Przeglądałem wtedy wyniesione z piwnicy, spakowane do starego kartonu kartki i listy z czasów, gdy nie martwiłem się o to, kiedy wrócę do domu, gdy niewiele osób, może tylko jedna, pytało, czy żyję. Spakowane w stare gazety paczki zawierały posegregowane chronologicznie karty, najczęściej z życzeniami urodzinowymi czy imieninowymi. Po przeprowadzce, przez jakiś czas trzymałem wszystkie pudła w pokoju, ale sukcesywnie zacząłem je wynosić, żeby zrobić miejsce na inne rzeczy. Sądziłem, że kupię kiedyś jakiś regał, który pomieści te wszystkie "pamiątki", lecz przez długi, długi czas planu tego nie zrealizowałem. Gdy rozwiązałem sznurek trzymający zestaw kart, świeciło jasne, marcowe słońce, lekko ogrzewając ściany domu i mnie, siedzącego na wyniesionym chwilę wcześniej taborecie. Zanim otworzyłem pierwszą kartkę leżącą na niewielkiej kupce, dotknąłem lekko jej okładki, przesunąłem palce bliżej brzegów i już wiedziałem, co było w środku. Nie musiałem rozchylać stron i zaglądać do tekstu starannie pisanego niebieskim atramentem, żeby przypomnieć sobie autorkę treści, okazję i charakterystyczny krój pisma, w którym ogonki liter sięgały często następnej linijki, jakby chciały porwać znaki leżące poniżej. Podobnie i ja dawałem się nieraz porwać samej nadawczyni, wiedziony jej delikatnością i powabem. Natomiast same słowa ważone z gracją dawały odczuć, że jest ktoś, komu zależy. Ilekroć tylko wracałem myślami do treści wypełniającej te karty, w wyobraźni malowały się barwy, które upiększyłyby nawet najbardziej martwą i monochromatyczną scenerię. Wiadomość od niej, trzymana w moich dłoniach jak jej zmarznięte ręce, przyniosła ukojenie, którego tak bardzo od dawna poszukiwałem.
Przeglądałem wtedy wyniesione z piwnicy, spakowane do starego kartonu kartki i listy z czasów, gdy nie martwiłem się o to, kiedy wrócę do domu, gdy niewiele osób, może tylko jedna, pytało, czy żyję. Spakowane w stare gazety paczki zawierały posegregowane chronologicznie karty, najczęściej z życzeniami urodzinowymi czy imieninowymi. Po przeprowadzce, przez jakiś czas trzymałem wszystkie pudła w pokoju, ale sukcesywnie zacząłem je wynosić, żeby zrobić miejsce na inne rzeczy. Sądziłem, że kupię kiedyś jakiś regał, który pomieści te wszystkie "pamiątki", lecz przez długi, długi czas planu tego nie zrealizowałem. Gdy rozwiązałem sznurek trzymający zestaw kart, świeciło jasne, marcowe słońce, lekko ogrzewając ściany domu i mnie, siedzącego na wyniesionym chwilę wcześniej taborecie. Zanim otworzyłem pierwszą kartkę leżącą na niewielkiej kupce, dotknąłem lekko jej okładki, przesunąłem palce bliżej brzegów i już wiedziałem, co było w środku. Nie musiałem rozchylać stron i zaglądać do tekstu starannie pisanego niebieskim atramentem, żeby przypomnieć sobie autorkę treści, okazję i charakterystyczny krój pisma, w którym ogonki liter sięgały często następnej linijki, jakby chciały porwać znaki leżące poniżej. Podobnie i ja dawałem się nieraz porwać samej nadawczyni, wiedziony jej delikatnością i powabem. Natomiast same słowa ważone z gracją dawały odczuć, że jest ktoś, komu zależy. Ilekroć tylko wracałem myślami do treści wypełniającej te karty, w wyobraźni malowały się barwy, które upiększyłyby nawet najbardziej martwą i monochromatyczną scenerię. Wiadomość od niej, trzymana w moich dłoniach jak jej zmarznięte ręce, przyniosła ukojenie, którego tak bardzo od dawna poszukiwałem.
piątek, 21 marca 2014
Gdy wieczorem
zamykam oczy niepewnie
żeby się przenieść myślami
tam
chciałbym też i ciałem
choć pod koniec dnia
mało już fizyczności
ale tak do utulenia
wystarczy
chęci, cierpliwości, siły
i na zapas
mam ze sobą
nieco spokojnej ciszy
która nam nie zabierze
chwili
żeby się przenieść myślami
tam
chciałbym też i ciałem
choć pod koniec dnia
mało już fizyczności
ale tak do utulenia
wystarczy
chęci, cierpliwości, siły
i na zapas
mam ze sobą
nieco spokojnej ciszy
która nam nie zabierze
chwili
wtorek, 18 marca 2014
Dwie postacie
Zostawiłem martwą duszę bez grosza,
którego nie skąpiłem,
Jak tłumy idące w szeregu
zostawiały za sobą sens,
Jak dziecko, co na rękach żołnierza
zostawiło swe życie.
To jak stoczyć się po nierównym zboczu,
spojrzeć jeszcze raz na ten las,
zobaczyć tę drogę,
która dawała tyle zachwytu,
a później rzucić się
i zbyt późno obrócić głowę
w stronę niknących obrazów.
Ja i tak nie ucieknę
od nosicielki przyszłych wspomnień,
licząc na czas, co wybudzi z jałowego snu
dwie postacie.
którego nie skąpiłem,
Jak tłumy idące w szeregu
zostawiały za sobą sens,
Jak dziecko, co na rękach żołnierza
zostawiło swe życie.
To jak stoczyć się po nierównym zboczu,
spojrzeć jeszcze raz na ten las,
zobaczyć tę drogę,
która dawała tyle zachwytu,
a później rzucić się
i zbyt późno obrócić głowę
w stronę niknących obrazów.
Ja i tak nie ucieknę
od nosicielki przyszłych wspomnień,
licząc na czas, co wybudzi z jałowego snu
dwie postacie.
czwartek, 13 marca 2014
Ślad po herbacie
Ślad po herbacie odbił się wzorem na filiżance.
Na filiżance odbiły się różowe usta.
Pozostał smak.
I kształt zapamiętany od razu.
Gdy je układasz do pocałunku.
Gdy są miękkie.
Wilgotne.
Niech ciepło rozpłynie się po całym ciele.
I niech ogrzeje duszę.
Gdy dłonie chowasz do kieszeni.
Gdy nas brak.
I gdy w lekkim buncie nie patrzysz.
I gdy zapomnę powiedzieć.
Po raz kolejny, jak bardzo.
Smak niech przypomina słodycz.
I barwa niech ubarwi.
Gdy za oknem.
Gdy w myślach za mało kolorów.
Na filiżance odbiły się różowe usta.
Pozostał smak.
I kształt zapamiętany od razu.
Gdy je układasz do pocałunku.
Gdy są miękkie.
Wilgotne.
Niech ciepło rozpłynie się po całym ciele.
I niech ogrzeje duszę.
Gdy dłonie chowasz do kieszeni.
Gdy nas brak.
I gdy w lekkim buncie nie patrzysz.
I gdy zapomnę powiedzieć.
Po raz kolejny, jak bardzo.
Smak niech przypomina słodycz.
I barwa niech ubarwi.
Gdy za oknem.
Gdy w myślach za mało kolorów.
niedziela, 9 marca 2014
Daleko stąd
Zabiorę kiedyś mowę
która dzieli ponad ten dystans
niewskazany w chłodne wieczory
zabiorę kiedyś mowę
rzuconą między nas
jak zbyt głęboka rozpadlina
zabiorę kiedyś zimne noce
gdy okrywasz się nie kołdrą
lecz przyszłym zmartwieniem
zabiorę kiedyś niedopowiedzenia
niepotrzebną ciszę
i zbędne słowa
by je wyrzucić
by je spalić
po tym wszystkim
zabiorę i Ciebie
byś bez tego, co dzieli
mogła być szczęśliwa
która dzieli ponad ten dystans
niewskazany w chłodne wieczory
zabiorę kiedyś mowę
rzuconą między nas
jak zbyt głęboka rozpadlina
zabiorę kiedyś zimne noce
gdy okrywasz się nie kołdrą
lecz przyszłym zmartwieniem
zabiorę kiedyś niedopowiedzenia
niepotrzebną ciszę
i zbędne słowa
by je wyrzucić
by je spalić
po tym wszystkim
zabiorę i Ciebie
byś bez tego, co dzieli
mogła być szczęśliwa
poniedziałek, 3 marca 2014
W utuleniu
Złocistą wstęgą białą skórę złocisz,
z wyczuciem otulasz się płaszczem
ramion mych wiernie ciepłem obdarzonych
byś zimna nie zaznała trwogi.
Kulisz się lekko i niczym w powietrzu
uniesiona powtarzasz słowa,
od których rozpala się ogień mój wieczny
wzbudzony Twoim wołaniem.
Otwieram więc dłonie, rozkładam ramiona,
by zamknąć je znów z wielką siłą
i pustkę przestrzeni najczulej zagasić
blaskiem Twej lśniącej postaci.
z wyczuciem otulasz się płaszczem
ramion mych wiernie ciepłem obdarzonych
byś zimna nie zaznała trwogi.
Kulisz się lekko i niczym w powietrzu
uniesiona powtarzasz słowa,
od których rozpala się ogień mój wieczny
wzbudzony Twoim wołaniem.
Otwieram więc dłonie, rozkładam ramiona,
by zamknąć je znów z wielką siłą
i pustkę przestrzeni najczulej zagasić
blaskiem Twej lśniącej postaci.
Niedziela "pracująca"
Nie będę pisał w odniesieniu do pewnych pasujących do tematu słów, by nie zbliżyć się za bardzo do grona hipokrytów, choć bardzo chciałbym w tym miejscu je zacytować.
Tydzień pracujący, te dni od poniedziałku do piątku, kiedy dźwięki pędzącego miasta nie dają chwili spokoju. Ten czas, kiedy nie zawsze można wstać z dobrą myślą "dziś się wyspałem". Ten czas, kiedy czeka się nawet z pewną tęsknotą na weekend. I gdy wreszcie te dwa wolne dni przychodzą, często dość szybko okazuje się, że na odpoczynek czasu brak. Nie dlatego, że ktoś nam nie pozwala, jak w przypadku sąsiada i jego awanturującego się dziecka czy sąsiadki o betonowych butach, która swoje głośne chodzenie chce zagłuszyć muzyką, ale sami sobie na ten odpoczynek nie pozwalamy. I o ile sytuacja niektórych ludzi zmusza ich do podejmowania pracy w dni teoretycznie wolne, o tyle w przypadku wielu innych osób już tak nie jest. Może ktoś nie czuje się odpowiednio zmęczony pracą w tygodniu - w porządku, niech pracuje i w niedzielę. Ale jeśli wspomina się, że się jest zmęczonym, a słoneczną niedzielę przesiaduje się w domu nad kuchennym blatem, a ciszę zastępuje różnymi jazgoczącymi dźwiękami, to czy przypadkiem nie brakuje w takim postępowaniu logiki? Może niektórzy tego oderwania od hałasu codzienności nie potrzebują. Może wolą inhalować się przesiąkniętym radonem wielkomiejskim powietrzem.
Ja natomiast od tego wolę uciekać i jeśli tylko mogę, chcę się cieszyć każdą chwilą ciszy i spokoju, która jest mi dana. I szczególnie w weekend, kiedy możliwość stworzenia odpowiednich warunków powinna być nieco łatwiejsza. Niestety - tylko w teorii. Widocznie niedziela "pracująca" jest także "dnia świętego święceniem"...
Tydzień pracujący, te dni od poniedziałku do piątku, kiedy dźwięki pędzącego miasta nie dają chwili spokoju. Ten czas, kiedy nie zawsze można wstać z dobrą myślą "dziś się wyspałem". Ten czas, kiedy czeka się nawet z pewną tęsknotą na weekend. I gdy wreszcie te dwa wolne dni przychodzą, często dość szybko okazuje się, że na odpoczynek czasu brak. Nie dlatego, że ktoś nam nie pozwala, jak w przypadku sąsiada i jego awanturującego się dziecka czy sąsiadki o betonowych butach, która swoje głośne chodzenie chce zagłuszyć muzyką, ale sami sobie na ten odpoczynek nie pozwalamy. I o ile sytuacja niektórych ludzi zmusza ich do podejmowania pracy w dni teoretycznie wolne, o tyle w przypadku wielu innych osób już tak nie jest. Może ktoś nie czuje się odpowiednio zmęczony pracą w tygodniu - w porządku, niech pracuje i w niedzielę. Ale jeśli wspomina się, że się jest zmęczonym, a słoneczną niedzielę przesiaduje się w domu nad kuchennym blatem, a ciszę zastępuje różnymi jazgoczącymi dźwiękami, to czy przypadkiem nie brakuje w takim postępowaniu logiki? Może niektórzy tego oderwania od hałasu codzienności nie potrzebują. Może wolą inhalować się przesiąkniętym radonem wielkomiejskim powietrzem.
Ja natomiast od tego wolę uciekać i jeśli tylko mogę, chcę się cieszyć każdą chwilą ciszy i spokoju, która jest mi dana. I szczególnie w weekend, kiedy możliwość stworzenia odpowiednich warunków powinna być nieco łatwiejsza. Niestety - tylko w teorii. Widocznie niedziela "pracująca" jest także "dnia świętego święceniem"...
środa, 26 lutego 2014
Sen
Obraz zmęczonej myśli.
Snuje się bezwiednie, obudzony niespokojnym oddechem.
Gdy ciało się gubi w przepuszczalnej ścianie
i znika w niechcianym wrażeniu.
Obraz trwogi, od której uciekamy, przyciska nas do ściany.
Kontrast karmiony dniem.
Dobra myśl odrywa nasze nogi od ziemi,
a wyśnionym uczuciom bliżej do prawdy.
Gdy trzymamy się razem
pod cieplejszym sklepieniem kołdry.
Gdzie trzymamy swoje dobre sny.
Z innych zawsze możemy się wybudzić.
Snuje się bezwiednie, obudzony niespokojnym oddechem.
Gdy ciało się gubi w przepuszczalnej ścianie
i znika w niechcianym wrażeniu.
Obraz trwogi, od której uciekamy, przyciska nas do ściany.
Kontrast karmiony dniem.
Dobra myśl odrywa nasze nogi od ziemi,
a wyśnionym uczuciom bliżej do prawdy.
Gdy trzymamy się razem
pod cieplejszym sklepieniem kołdry.
Gdzie trzymamy swoje dobre sny.
Z innych zawsze możemy się wybudzić.
sobota, 22 lutego 2014
To pewnie od słońca
- No to ładnie... - powiedział z beznadzieją w głosie i spojrzał na bruk pod nogami. Świeciło ostre słońce, ale to nie ono było przyczyną, dla której wolał unikać kontaktu wzrokowego. Od rana chodził jakby nieco skołowany. Głowę miał ciężką, a ciśnienie wysokie. Rozbiegane myśli nie pomagały skupić się na rzeczach dookoła i zamykały usta przed mówieniem tego, co uczyniłoby ten dzień lepszym. Ale niezręczności nie dało się nie zauważyć. - Ogarnij się - rzekł do siebie w myślach i w tym momencie pożałował, że przed wyjściem z domu nie wypił kawy. Pewna dawka kofeiny byłaby tutaj nad wyraz potrzebna. Nie chciał wytrącać dziewczyny z równowagi, lecz im bardziej się starał, tym mniej mu wychodziło.
- Myśl, po prostu myśl - odezwała się po chwili, jakby wiedziała, co mu chodzi po głowie. I jak zwykle miała rację.
- Myśl, po prostu myśl - odezwała się po chwili, jakby wiedziała, co mu chodzi po głowie. I jak zwykle miała rację.
wtorek, 18 lutego 2014
W półprzygarbieniu
Z mojego męskiego jarzma
spoglądam w półprzygarbieniu
na myśli skąpane próżnością
wyzwalam się
jakby na okrętkę
powoli
znużony ciągłym wałęsaniem się
niby do przodu
a zawsze krok w tył
teraz chociaż wiem, że warto
próbować swoich sił
gdy myśli bezwiednie
przeradzają się w czyny
teraz chociaż wiem, że warto
próbować swoich sił dla kogoś
spoglądam w półprzygarbieniu
na myśli skąpane próżnością
wyzwalam się
jakby na okrętkę
powoli
znużony ciągłym wałęsaniem się
niby do przodu
a zawsze krok w tył
teraz chociaż wiem, że warto
próbować swoich sił
gdy myśli bezwiednie
przeradzają się w czyny
teraz chociaż wiem, że warto
próbować swoich sił dla kogoś
niedziela, 16 lutego 2014
[Gdy spoglądasz z nadzieją]
Gdy spoglądasz z nadzieją
i pewnie uniesioną głową wskazujesz kierunek
żeby coś znaczyć
i nie trwać w miejscu
niczym pachołek za głęboko wkopany w ziemię
Gdy wzrok napełniony szczęściem
a myśli - radością
okupowane, jak w te dni
kiedy bliżej do siebie
Gdy moje działanie wreszcie znaczy
naturalne piękno
którego pragniesz
a z którym się ociągam
jakbym szedł na stracenie
Gdy porządek wreszcie
lepszy od niepoukładania
- wiem, komu to zawdzięczam
i pewnie uniesioną głową wskazujesz kierunek
żeby coś znaczyć
i nie trwać w miejscu
niczym pachołek za głęboko wkopany w ziemię
Gdy wzrok napełniony szczęściem
a myśli - radością
okupowane, jak w te dni
kiedy bliżej do siebie
Gdy moje działanie wreszcie znaczy
naturalne piękno
którego pragniesz
a z którym się ociągam
jakbym szedł na stracenie
Gdy porządek wreszcie
lepszy od niepoukładania
- wiem, komu to zawdzięczam
czwartek, 13 lutego 2014
Dziewczyna, którą kocham
Wychylił się sponad pożółkłych traw. Omiótł wzrokiem okolicę i nie dostrzegł niczego, co wzbudziłoby jego zainteresowanie. Poranne łąki okryła delikatna mgła, z kominów oddalonych domów pionowo unosił się dym i wszędzie panowała jakby nazbyt wyeksponowana cisza. Ziemia była mokra i mimo że chłopak nie siedział na niej długo, całe ubranie miał już wilgotne. Znowu musiał wstać i niezauważony przebiec krótki dystans dzielący go od linii drzew pobliskiego zagajnika, w którym wchodził na wpół zarośniętą ścieżkę. Może dziś bardziej mu się poszczęści i po południu dotrze do miejsca, w którym go nie znają. Nie miał wiele czasu. Gdy głód ściskał go w środku, nie zastanawiał się nad tym, co go jeszcze spotka. Towarzyszyło mu jednak przekonanie, że w końcu wybrnie z tej sytuacji i los rozda lepsze karty.
Zniszczone buty zostawiały wyraźne ślady w rozmiękłym gruncie, ale chłopak nie oglądał się za siebie. Jeśli patrzył wstecz, widział tylko ogrom zmarnowanych szans, który wlókł się za nim i z każdym krokiem mocniej dawał o sobie znać. Wciąż myślał o dziewczynie. Przypominał sobie kolor jej włosów, kształt ust, smukłość dłoni. Biorąc głębszy oddech, czuł słodki zapach, który jej towarzyszył, a nade wszystko brakowało mu tego czasu, który zarówno w spokoju, w lekkiej beztrosce, jak i w nieco trudniejszych momentach mógł z nią dzielić. Nie był człowiekiem bez skaz, ale jeśli i tacy mają prawo kochać, to czuł, że kochał właśnie ją.
Zniszczone buty zostawiały wyraźne ślady w rozmiękłym gruncie, ale chłopak nie oglądał się za siebie. Jeśli patrzył wstecz, widział tylko ogrom zmarnowanych szans, który wlókł się za nim i z każdym krokiem mocniej dawał o sobie znać. Wciąż myślał o dziewczynie. Przypominał sobie kolor jej włosów, kształt ust, smukłość dłoni. Biorąc głębszy oddech, czuł słodki zapach, który jej towarzyszył, a nade wszystko brakowało mu tego czasu, który zarówno w spokoju, w lekkiej beztrosce, jak i w nieco trudniejszych momentach mógł z nią dzielić. Nie był człowiekiem bez skaz, ale jeśli i tacy mają prawo kochać, to czuł, że kochał właśnie ją.
wtorek, 11 lutego 2014
Pod wiosennym słońcem
- Coś świat zmalał od naszego ostatniego widzenia się. Specjalnie za wiele biegać nie muszę, co by cię spotykać, ale się za to nachodzę - odezwał się z lekkim zawodem w głosie chłopak. Siedział na skraju pola, a brudne nogi zsunął do suchego i zarośniętego wysoką trawą rowu.
- Miedzy to ty u nas wiele nie znajdziesz - odpowiedziała dziewczyna. Podpierając się rękami za plecami, skierowała swoją białą twarz ku niebu i łapała tak promienie późnowiosennego słońca. - A poza tym mógłbyś być nieco bardziej rozważny, bo głupoty robisz - nie patrząc w jego stronę poprawiła swoje długie, kasztanowe włosy. - Ludzie gadają.
- Co niby gadają? - przerwał jej chłopak.
- No, ludzie gadają... Co gadają, to gadają! Mówisz, że się nachodzisz za mną. To ja ci powiem, że jeszcze sporo się nalatasz! - zadarła swoją buzię jeszcze bardziej w stronę słońca.
Chłopak podrapał się po głowie, zerwał źdźbło suchej trawy i zaczął nim obracać w ustach. Patrzył to na dziewczynę, to na swoje brudne stopy, to na pole przed sobą, nad którym trzepotało stado głośnych skowronków. Po chwili wziął głębszy oddech.
- No ja i biegać mogę, ale jak cię złapię, to chciałbym, żebyś i ty mnie nie puściła.
- A ty nie puścisz? - spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Postaram się - odrzekł chłopak i popatrzył już nieco poważniej.
- To możemy spróbować - odpowiedziała dziewczyna i kąciki jej malinowych ust uniosły się delikatnie ku górze.
- Miedzy to ty u nas wiele nie znajdziesz - odpowiedziała dziewczyna. Podpierając się rękami za plecami, skierowała swoją białą twarz ku niebu i łapała tak promienie późnowiosennego słońca. - A poza tym mógłbyś być nieco bardziej rozważny, bo głupoty robisz - nie patrząc w jego stronę poprawiła swoje długie, kasztanowe włosy. - Ludzie gadają.
- Co niby gadają? - przerwał jej chłopak.
- No, ludzie gadają... Co gadają, to gadają! Mówisz, że się nachodzisz za mną. To ja ci powiem, że jeszcze sporo się nalatasz! - zadarła swoją buzię jeszcze bardziej w stronę słońca.
Chłopak podrapał się po głowie, zerwał źdźbło suchej trawy i zaczął nim obracać w ustach. Patrzył to na dziewczynę, to na swoje brudne stopy, to na pole przed sobą, nad którym trzepotało stado głośnych skowronków. Po chwili wziął głębszy oddech.
- No ja i biegać mogę, ale jak cię złapię, to chciałbym, żebyś i ty mnie nie puściła.
- A ty nie puścisz? - spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Postaram się - odrzekł chłopak i popatrzył już nieco poważniej.
- To możemy spróbować - odpowiedziała dziewczyna i kąciki jej malinowych ust uniosły się delikatnie ku górze.
niedziela, 9 lutego 2014
Nikt inny
Malinowe usta znów dały o sobie znać. Razem z jasną cerą owładnęły umysłem i jakby niechcący obudziły niedawne wspomnienia. Z cichutkim głosem tlącym się w pamięci obróciłem się na drugi bok, myśląc że leżysz tuż obok mnie. Ciepło miękkiego koca otuliło skórę i przywołało na myśl to ciepło, którego nie dostarczy żadna rzecz, ni ktoś inny. Taka niepowtarzalność, taka wyjątkowość są nie do zastąpienia. I właśnie w tym zdaniu się utwierdzam, gdy jesteś obok.
czwartek, 6 lutego 2014
Słowa, które wolę usłyszeć
Jak spod ciemnej kotary
uleciał zlepek słów
co zdaniem się tli
sensem przeniknięty
i przesłaniem
lecz bez ciepła wypowiedzi
człowiek marnieje
i w myśli
i w poczuciu
żeby żart był tylko żartem
a zamknięcie tylko tymczasowe
pewnie jeszcze nieraz sięgnę
po słowo niedoskonałe
po wyobcowanie
by się przekonać
czy naprawdę
czy na pewno
pewnie jeszcze nieraz
przyjdzie przeczytać słowa
które wolę usłyszeć
uleciał zlepek słów
co zdaniem się tli
sensem przeniknięty
i przesłaniem
lecz bez ciepła wypowiedzi
człowiek marnieje
i w myśli
i w poczuciu
żeby żart był tylko żartem
a zamknięcie tylko tymczasowe
pewnie jeszcze nieraz sięgnę
po słowo niedoskonałe
po wyobcowanie
by się przekonać
czy naprawdę
czy na pewno
pewnie jeszcze nieraz
przyjdzie przeczytać słowa
które wolę usłyszeć
poniedziałek, 3 lutego 2014
W bloku.
Mieszkam w bloku. Stos betonowych płyt, rdzą nadżarta stal, płatami odchodząca farba.
Mieszkam w bloku. Blokiem zamknięte podwórko, blokiem zablokowana ulica.
Mieszkam w bloku. Ściana grubości dłoni dzieli mnie od sąsiada.
Mieszkam w bloku. Sąsiadowi zaglądam do talerza.
Sąsiad zagląda do mnie. Przez szparę w drzwiach.
Przez szparę wszystkim daję się oglądać.
Oglądajcie, niech prywatność rozkwita w publikę.
Niech słowa i uczucia dotykają nieproszonych gości.
Niech hałas manipuluje myślami.
Co mi tam, przecież mieszkam w bloku.
Od urodzenia mieszkam w bloku. Nie polecam.
Mieszkam w bloku. Blokiem zamknięte podwórko, blokiem zablokowana ulica.
Mieszkam w bloku. Ściana grubości dłoni dzieli mnie od sąsiada.
Mieszkam w bloku. Sąsiadowi zaglądam do talerza.
Sąsiad zagląda do mnie. Przez szparę w drzwiach.
Przez szparę wszystkim daję się oglądać.
Oglądajcie, niech prywatność rozkwita w publikę.
Niech słowa i uczucia dotykają nieproszonych gości.
Niech hałas manipuluje myślami.
Co mi tam, przecież mieszkam w bloku.
Od urodzenia mieszkam w bloku. Nie polecam.
niedziela, 2 lutego 2014
[Schwytaj mnie dziś...]
Schwytaj mnie dziś swoim wzrokiem,
zwiąż mnie swym spojrzeniem,
bym mógł w tych słodkich trwać okowach.
Wyjdź poza mur swych twierdz uzbrojonych
z nieskończonym kwietnym rumieńcem,
bym znowu mógł dostrzec Twe światło
niegasnącego promienia,
co blaskiem porannego jest brzasku,
co ostatnim promykiem wieczoru.
Schwytaj mnie dziś swym ramieniem,
zwiąż mnie swą naturą,
bo pragnę tak trwać przy Twym boku.
zwiąż mnie swym spojrzeniem,
bym mógł w tych słodkich trwać okowach.
Wyjdź poza mur swych twierdz uzbrojonych
z nieskończonym kwietnym rumieńcem,
bym znowu mógł dostrzec Twe światło
niegasnącego promienia,
co blaskiem porannego jest brzasku,
co ostatnim promykiem wieczoru.
Schwytaj mnie dziś swym ramieniem,
zwiąż mnie swą naturą,
bo pragnę tak trwać przy Twym boku.
czwartek, 30 stycznia 2014
W pachnącym świetle
Nie zgaszę świecy, zanim nie położymy się spać.
W zmęczonym uścisku ręce wydają się cieplejsze.
Oddech jest spokojniejszy. I nie musimy nic mówić.
Przez krótki czas skóra nabiera smaku, włosy - zapachu, a palce uczą się mowy ciała.
Niech nasze ciała mówią więc za nas.
Przez tych parę chwil
łatwiej się odnaleźć,
łatwiej przekroczyć granicę,
łatwiej się poddać
i łatwiej wybaczyć.
W zmęczonym uścisku ręce wydają się cieplejsze.
Oddech jest spokojniejszy. I nie musimy nic mówić.
Przez krótki czas skóra nabiera smaku, włosy - zapachu, a palce uczą się mowy ciała.
Niech nasze ciała mówią więc za nas.
Przez tych parę chwil
łatwiej się odnaleźć,
łatwiej przekroczyć granicę,
łatwiej się poddać
i łatwiej wybaczyć.
poniedziałek, 27 stycznia 2014
na-co-dzień
Wiele bym dał
za poranki przy boku
ciepła
gdy wtulony nie-w-koc
lecz w ciepłe ramiona
Wiele bym dał
za wieczory przy świetle
świec
skomponowanych aksamitem smaku
gdy cień-z-cieniem
w lekkim uniesieniu trwają
Wiele bym dał
za błysk w oku
co pocałunkiem przebudzony
trwałby nieco dłużej
Wiele bym dał
za nie-odjazdy
by widzieć Twe oczy
- nie-blaknące światła
za poranki przy boku
ciepła
gdy wtulony nie-w-koc
lecz w ciepłe ramiona
Wiele bym dał
za wieczory przy świetle
świec
skomponowanych aksamitem smaku
gdy cień-z-cieniem
w lekkim uniesieniu trwają
Wiele bym dał
za błysk w oku
co pocałunkiem przebudzony
trwałby nieco dłużej
Wiele bym dał
za nie-odjazdy
by widzieć Twe oczy
- nie-blaknące światła
sobota, 25 stycznia 2014
Kilka znaczących dźwięków
Jest kilka takich piosenek, do których wracam z lekkim uśmiechem.
Kilka znaczących dźwięków.
Kilka pierwszych taktów.
Przywołują wspomnienie pierwszego wejrzenia.
I pocałunku.
I niezapomnianych chwil.
Niech te dźwięki trwają.
Gdy nasze dłonie w ich rytm wystukują rytm naszego tętna.
Rytm naszej amplitudy.
I wysokość schodków, po których musimy się wspinać.
Niech te piosenki nie dają nam zapomnieć.
Jest kilka znaczących dźwięków.
Kilka znaczących dźwięków.
Kilka pierwszych taktów.
Przywołują wspomnienie pierwszego wejrzenia.
I pocałunku.
I niezapomnianych chwil.
Niech te dźwięki trwają.
Gdy nasze dłonie w ich rytm wystukują rytm naszego tętna.
Rytm naszej amplitudy.
I wysokość schodków, po których musimy się wspinać.
Niech te piosenki nie dają nam zapomnieć.
Jest kilka znaczących dźwięków.
wtorek, 21 stycznia 2014
Ze zmęczonej dłoni
Ze zmęczonej dłoni ogrodnika
wypadł zerwany płatek
zakołysał się
i obrócił w locie
kilka razy
można się schylić nieco niżej
gdzieś na dole powinno być ich więcej
ze zmęczonej dłoni wypadł nożyk
ze złamaną końcówką
dziś pióro
czerwonym atramentem
znaczy ślad
w podniszczonym pamiętniku
z zimnej dłoni ogrodnika
wypadł list
spisany dla młodej dziewczyny
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Słowa pełne...
Słowa pełne... no właśnie - czego? Gdy ścierają się dwie racje, nie do końca uzasadnione, a wymiana szybko przybiera formę obrzucania się nic nie wnoszącymi zdaniami i zwrotami, kwestią sekund się staje, gdy któraś ze stron chwyci po słowa krytyki. Ich ostrze naznaczone prostotą trafia dość szybko w czuły punkt. Niemiłe słowa, niechby i nie były bezpodstawne, w swojej formie są ubogie, a zręcznie użyte wzbudzają szereg przemyśleń: dlaczego, po co, z czego wynikły. Najsilniej jednak skupia się człowiek na pytaniu: czy z ust drugiej strony dane słowa paść powinny?
Nie znam myśli, ni prawdziwych zamierzeń kryjących się w czyiś umysłach. Ni motywów, ni celów. Wiem jednak, że konstruktywna uwaga jest zdecydowanie bardziej trafna niż epitet służący naznaczeniu, że czyjeś zdanie jest mniej wartościowe. Czasami jednak warto zrzucić wąskie spojrzenie naznaczone subiektywizmem i otworzyć się na drugą stronę, bo to przecież na różnicy zdań buduje się porozumienie służące w efekcie obydwu stronom.
Słowa, na które czekasz, słowa, na które czekamy, nie pojawią się od razu. Chciałbym jednak, żeby w międzyczasie słowa nie były pełne niewdzięczności i złości, bo w ich towarzystwie niegdyś wypowiedziane miłe słowa tracą swój blask - tracą na znaczeniu.
Nie znam myśli, ni prawdziwych zamierzeń kryjących się w czyiś umysłach. Ni motywów, ni celów. Wiem jednak, że konstruktywna uwaga jest zdecydowanie bardziej trafna niż epitet służący naznaczeniu, że czyjeś zdanie jest mniej wartościowe. Czasami jednak warto zrzucić wąskie spojrzenie naznaczone subiektywizmem i otworzyć się na drugą stronę, bo to przecież na różnicy zdań buduje się porozumienie służące w efekcie obydwu stronom.
Słowa, na które czekasz, słowa, na które czekamy, nie pojawią się od razu. Chciałbym jednak, żeby w międzyczasie słowa nie były pełne niewdzięczności i złości, bo w ich towarzystwie niegdyś wypowiedziane miłe słowa tracą swój blask - tracą na znaczeniu.
piątek, 17 stycznia 2014
Versus
Jest jeszcze ciemno. Wstaję w pewnej sprzeczności z samym sobą. I w pewnej sprzeczności z samym sobą przyjdzie mi przeżyć dzień. Ten ranek był zimniejszy niż ostatnie, do których szybko przywykłem. No tak, ale wtedy nie budziłem się w nocy...
Snuję się w ciemnościach oślepiony snopami świateł wycelowanych wprost w moją twarz. Czuję się jak na przesłuchaniu. I tak samo, jak na przesłuchaniu, muszę się przyznać do winy. Może nie zawsze miło jest wstać przed wschodem słońca, ale jeszcze mniej miło jest znaleźć się między przechodniami, którzy jak przypadkowi świadkowie, stanowią dowód o naszym istnieniu.
Wybieram miejsca nieco na uboczu. Nie podchodzę do krawędzi jezdni. Nie ściskam się w zatłoczonym autobusie. Czuję na sobie wzrok innych, czuję na sobie ich oddech i mam ochotę się rozpłynąć. W porannej mgle nie byłoby to nawet takie trudne. Biorę głęboki wdech, chłodne, wilgotne powietrze łaskocze delikatnie gardło, a kaszel przychodzi leniwie - leniwie, ale z siłą gruźlika.
Stąpam w oderwaniu od tłumu. Stąpam po mokrym chodniku. Z którymś krokiem ciężar staje się nie do zniesienia. Świat w całym natłoku zbrodni szybko o nich zapomina, a o wielu nie ma pojęcia w ogóle. I tym razem zapewne nikt by nie zwrócił uwagi, przeszedłby obojętnie, najwyżej machnął ręką i powiedział "ot, tak to bywa".
Ale tej nocy zostałem wyrwany ze snu. Z lekkim kołataniem serca i wzrokiem wlepionym w czarny sufit. Dobrze wiem, że wciąż na mnie patrzą i chciwie wyciągają swoje nabrzmiałe palce.
Spróbuję się schować raz jeszcze. Uciec niezauważonym na bok i swoje kroki skierować do tej, która skrywa się za niewidoczną siecią. Może uda mi się przemknąć nie poruszywszy delikatnej nici...
Snuję się w ciemnościach oślepiony snopami świateł wycelowanych wprost w moją twarz. Czuję się jak na przesłuchaniu. I tak samo, jak na przesłuchaniu, muszę się przyznać do winy. Może nie zawsze miło jest wstać przed wschodem słońca, ale jeszcze mniej miło jest znaleźć się między przechodniami, którzy jak przypadkowi świadkowie, stanowią dowód o naszym istnieniu.
Wybieram miejsca nieco na uboczu. Nie podchodzę do krawędzi jezdni. Nie ściskam się w zatłoczonym autobusie. Czuję na sobie wzrok innych, czuję na sobie ich oddech i mam ochotę się rozpłynąć. W porannej mgle nie byłoby to nawet takie trudne. Biorę głęboki wdech, chłodne, wilgotne powietrze łaskocze delikatnie gardło, a kaszel przychodzi leniwie - leniwie, ale z siłą gruźlika.
Stąpam w oderwaniu od tłumu. Stąpam po mokrym chodniku. Z którymś krokiem ciężar staje się nie do zniesienia. Świat w całym natłoku zbrodni szybko o nich zapomina, a o wielu nie ma pojęcia w ogóle. I tym razem zapewne nikt by nie zwrócił uwagi, przeszedłby obojętnie, najwyżej machnął ręką i powiedział "ot, tak to bywa".
Ale tej nocy zostałem wyrwany ze snu. Z lekkim kołataniem serca i wzrokiem wlepionym w czarny sufit. Dobrze wiem, że wciąż na mnie patrzą i chciwie wyciągają swoje nabrzmiałe palce.
Spróbuję się schować raz jeszcze. Uciec niezauważonym na bok i swoje kroki skierować do tej, która skrywa się za niewidoczną siecią. Może uda mi się przemknąć nie poruszywszy delikatnej nici...
poniedziałek, 13 stycznia 2014
dopóki gwiazdy nad Tobą
choć dnia żadnego nie powtórzę
choć nieraz słowo uszczypnie
choć usta nie zawsze do pocałunku skore
choć dłoń nie taka ciepła
choć godziny tygodniami się zdają
choć nie zawsze jestem o czasie
choć warstwy delikatnie chronią
choć milknę nie wtedy, gdy trzeba
choć wybiegnę kilka metrów naprzód
choć ogon podkulę
chcę kochać
dopóki gwiazdy nad Tobą świecić będą
choć nieraz słowo uszczypnie
choć usta nie zawsze do pocałunku skore
choć dłoń nie taka ciepła
choć godziny tygodniami się zdają
choć nie zawsze jestem o czasie
choć warstwy delikatnie chronią
choć milknę nie wtedy, gdy trzeba
choć wybiegnę kilka metrów naprzód
choć ogon podkulę
chcę kochać
dopóki gwiazdy nad Tobą świecić będą
niedziela, 12 stycznia 2014
na zawsze będę widział
guziki przy koronce
we włosach schowane kolczyki
na ustach róż
niegdyś widziana z profilu
w świetle poranku
odsłoniłaś nieco więcej
by pięknem porwać duszę
wzniosłaś dłoń w geście powitania
wznosisz ją
żeby się pożegnać
oglądam się po raz kolejny
na złotą ścieżkę
czy nie zawracasz
bym mógł porwać
raz jeszcze
w powietrzu rozpływają się światła
w powietrzu
już na zawsze będę widział...
we włosach schowane kolczyki
na ustach róż
niegdyś widziana z profilu
w świetle poranku
odsłoniłaś nieco więcej
by pięknem porwać duszę
wzniosłaś dłoń w geście powitania
wznosisz ją
żeby się pożegnać
oglądam się po raz kolejny
na złotą ścieżkę
czy nie zawracasz
bym mógł porwać
raz jeszcze
w powietrzu rozpływają się światła
w powietrzu
już na zawsze będę widział...
sobota, 11 stycznia 2014
Najlepiej gdy jesteś obok
Mógłbym zastanowić się po raz któryś
wyjść
usiąść na zimnym kamieniu
i wpatrywać się w czerwoną lampkę
która zwykle nie zwiastuje pokoju
Mógłbym znów nawrzeszczeć na kundla
pałętającego się pod nogami
żeby dał mi spokój
a nie ujadał w rytm
biegu pełnego złości
Mógłbym znów usiąść w ciemnym pokoju
ze szklanką
wypełnioną po brzegi
a później zatopić się
w zaułku bez wyjścia
A może lepiej wreszcie stanąć
odetchnąć pełną piersią
i powiedzieć
że ideałem nie jestem
i na naszym kontuarze
błędy wciąż pojawiać się będą
Mógłbym wyjść, ale usiądę obok
bo tak mi najlepiej
wyjść
usiąść na zimnym kamieniu
i wpatrywać się w czerwoną lampkę
która zwykle nie zwiastuje pokoju
Mógłbym znów nawrzeszczeć na kundla
pałętającego się pod nogami
żeby dał mi spokój
a nie ujadał w rytm
biegu pełnego złości
Mógłbym znów usiąść w ciemnym pokoju
ze szklanką
wypełnioną po brzegi
a później zatopić się
w zaułku bez wyjścia
A może lepiej wreszcie stanąć
odetchnąć pełną piersią
i powiedzieć
że ideałem nie jestem
i na naszym kontuarze
błędy wciąż pojawiać się będą
Mógłbym wyjść, ale usiądę obok
bo tak mi najlepiej
wtorek, 7 stycznia 2014
W mglisty poranek
Kapitan popatrzył jeszcze raz na mapę leżącą na stole, położył na niej dłonie i westchnął.
- Kiedy nie można już wygrać wojny, trzeba się pogodzić z porażką - powiedział. - Połącz mnie ze sztabem - zwrócił się z rezygnacją w głosie do siedzącego w kącie namiotu chorążego.
Żołnierz uniósł lekko brwi i bez słowa zaczął manipulować przy radioodbiorniku. Po kilku próbach jego twarz przyjęła wyraz grymasu i z niezadowoleniem powiedział:
- Panie kapitanie, melduję brak możliwości połączenia ze sztabem. Sygnał jest zakłócany, a wszystkie częstotliwości zajęte. Będę próbował połączyć się dalej...
- Zostaw to - przerwał mu kapitan. - Sztab nie reaguje od godziny mimo naszych wezwań. Nawet posłanie gołębia z wiadomością niewiele by dało. Najprawdopodobniej spisali nas na straty. Zbieramy się. Szeregowy! - zawołał.
- Tak jest! - przed oficerem stanął żołnierz w zakurzonym mundurze polowym i otrzepując rękaw wyprężył się jak struna.
- Jak stoimy z paliwem? - zapytał kapitan.
- Na pięćdziesiąt kilometrów wystarczy, a po drodze nawet siedemdziesiąt powinniśmy dać radę.
- W porządku. Zapakuj te skrzynki - oficer wskazał na nie palcem, po czym krzyknął do chorążego - Koniec na dzisiaj z tym szmelcem! Zwijamy się z kompanią, póki nas jeszcze całkiem nie odcięli! Ruszaj się!
Chorąży wstał gwałtownie od radioodbiornika, założył hełm i wziął swoje oprzyrządowanie. Po chwili wszyscy wyszli z namiotu, zostawiając w środku bałagan zbędnych rzeczy. Wsiedli do jeepa i kierowca ruszył, zostawiając za sobą tumany brunatnego dymu. Przed samochodem dowódcy jechała kolumna transporterów opancerzonych, a wokół unosił się zapach niedawnej bitwy, który rozpływał się w porannej mgle.
Kapitan rozglądał się na boki, jakby czegoś wypatrywał. Był jednak pewny, że nikogo na tym pustkowiu już nie znajdzie. Plany, które zakładał, uwzględniały wsparcie. Ale wsparcie to nie dotarło. Po raz kolejny poczuł się upuszczony, choć w głębi duszy wiedział, że to on popełnił błąd.
- Nowe wytyczne, nowe założenia, nowe plany... byle się okazały dobre, byle się udało przetrwać... - powiedział bardziej do siebie, bo w panującym dokoła hałasie i tak nikt go nie mógł usłyszeć.
Tymczasem na opuszczony już obóz zaczęły spadać pierwsze pociski.
- Kiedy nie można już wygrać wojny, trzeba się pogodzić z porażką - powiedział. - Połącz mnie ze sztabem - zwrócił się z rezygnacją w głosie do siedzącego w kącie namiotu chorążego.
Żołnierz uniósł lekko brwi i bez słowa zaczął manipulować przy radioodbiorniku. Po kilku próbach jego twarz przyjęła wyraz grymasu i z niezadowoleniem powiedział:
- Panie kapitanie, melduję brak możliwości połączenia ze sztabem. Sygnał jest zakłócany, a wszystkie częstotliwości zajęte. Będę próbował połączyć się dalej...
- Zostaw to - przerwał mu kapitan. - Sztab nie reaguje od godziny mimo naszych wezwań. Nawet posłanie gołębia z wiadomością niewiele by dało. Najprawdopodobniej spisali nas na straty. Zbieramy się. Szeregowy! - zawołał.
- Tak jest! - przed oficerem stanął żołnierz w zakurzonym mundurze polowym i otrzepując rękaw wyprężył się jak struna.
- Jak stoimy z paliwem? - zapytał kapitan.
- Na pięćdziesiąt kilometrów wystarczy, a po drodze nawet siedemdziesiąt powinniśmy dać radę.
- W porządku. Zapakuj te skrzynki - oficer wskazał na nie palcem, po czym krzyknął do chorążego - Koniec na dzisiaj z tym szmelcem! Zwijamy się z kompanią, póki nas jeszcze całkiem nie odcięli! Ruszaj się!
Chorąży wstał gwałtownie od radioodbiornika, założył hełm i wziął swoje oprzyrządowanie. Po chwili wszyscy wyszli z namiotu, zostawiając w środku bałagan zbędnych rzeczy. Wsiedli do jeepa i kierowca ruszył, zostawiając za sobą tumany brunatnego dymu. Przed samochodem dowódcy jechała kolumna transporterów opancerzonych, a wokół unosił się zapach niedawnej bitwy, który rozpływał się w porannej mgle.
Kapitan rozglądał się na boki, jakby czegoś wypatrywał. Był jednak pewny, że nikogo na tym pustkowiu już nie znajdzie. Plany, które zakładał, uwzględniały wsparcie. Ale wsparcie to nie dotarło. Po raz kolejny poczuł się upuszczony, choć w głębi duszy wiedział, że to on popełnił błąd.
- Nowe wytyczne, nowe założenia, nowe plany... byle się okazały dobre, byle się udało przetrwać... - powiedział bardziej do siebie, bo w panującym dokoła hałasie i tak nikt go nie mógł usłyszeć.
Tymczasem na opuszczony już obóz zaczęły spadać pierwsze pociski.
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Rękawiczka
- Nie jest ci zimno? - zapytała z lekkim niedowierzaniem w oczach, widząc, jak szedł obok niej w rozpiętej bluzie.
- Nie, przecież wiesz, że mi zawsze ciepło... Znaczy nie zawsze, ale z reguły, na pewno z tobą - odpowiedział przekonany o swej racji.
- No nie wiem... Nie chcę, żebyś się przeziębił - powiedziała.
- Spokojnie, jest mi na tyle ciepło, że nawet mógłbym cię ogrzać - zapewnił.
Szli obok siebie leśną ścieżką, którą słońce, choć nisko nad horyzontem, dość mocno oświetlało jasnym światłem. Pogoda nie przypominała tej zimowej, a sceneria wokół nasuwała na myśl bardziej późną jesień - nagie drzewa ukazywały swoje bogate korony, a ziemia była przykryta nie śnieżnym puchem, lecz grubą warstwą, zdawało się, że jeszcze pachnących liści. Miękka ścieżka wzniosła się łagodnie w górę stoku, po czym zmieniła się w gęsto usianą dużymi i ostrymi kamieniami. Drzewa rosły nieco rzadziej, a wiatr dawał się bardziej we znaki. Po krótkiej wspinaczce na twarze obojga wypłynęły lekkie rumieńce, a ich tętna przyspieszyły.
- Nabrałaś ładnych kolorów na buzi - uśmiechnął się.
- Trochę było do podejścia, ale nie jest źle - odpowiedziała życzliwie.
Podeszli jeszcze kilka kroków i znów znaleźli się na dróżce wiodącej delikatnie w dół, ku rozległej polanie. Idąc nieco szybciej, rozgrzali się, ściągnęli rękawiczki i złapali się za dłonie.
- Wiesz, co najbardziej lubię, gdy idę z Tobą? - zapytał nagle.
- Nie - odrzekła.
- To - powiedział krótko, po czym ścisnął trochę mocniej jej lewą dłoń.
- Nie, przecież wiesz, że mi zawsze ciepło... Znaczy nie zawsze, ale z reguły, na pewno z tobą - odpowiedział przekonany o swej racji.
- No nie wiem... Nie chcę, żebyś się przeziębił - powiedziała.
- Spokojnie, jest mi na tyle ciepło, że nawet mógłbym cię ogrzać - zapewnił.
Szli obok siebie leśną ścieżką, którą słońce, choć nisko nad horyzontem, dość mocno oświetlało jasnym światłem. Pogoda nie przypominała tej zimowej, a sceneria wokół nasuwała na myśl bardziej późną jesień - nagie drzewa ukazywały swoje bogate korony, a ziemia była przykryta nie śnieżnym puchem, lecz grubą warstwą, zdawało się, że jeszcze pachnących liści. Miękka ścieżka wzniosła się łagodnie w górę stoku, po czym zmieniła się w gęsto usianą dużymi i ostrymi kamieniami. Drzewa rosły nieco rzadziej, a wiatr dawał się bardziej we znaki. Po krótkiej wspinaczce na twarze obojga wypłynęły lekkie rumieńce, a ich tętna przyspieszyły.
- Nabrałaś ładnych kolorów na buzi - uśmiechnął się.
- Trochę było do podejścia, ale nie jest źle - odpowiedziała życzliwie.
Podeszli jeszcze kilka kroków i znów znaleźli się na dróżce wiodącej delikatnie w dół, ku rozległej polanie. Idąc nieco szybciej, rozgrzali się, ściągnęli rękawiczki i złapali się za dłonie.
- Wiesz, co najbardziej lubię, gdy idę z Tobą? - zapytał nagle.
- Nie - odrzekła.
- To - powiedział krótko, po czym ścisnął trochę mocniej jej lewą dłoń.
czwartek, 2 stycznia 2014
W pierwszy dzień
gdy pierwszy dzień budzi do życia
nowy rok
ludzi wokół
i nasze spojrzenia
gdy pierwszy dzień
jest lepszy niż ostatni wieczór
a pierwszy pocałunek
lepszy od ostatniego objęcia
gdy w pierwszy dzień
witasz mnie rumieńcem
- chcę by ten poranek
był dobrą zapowiedzią naszego roku
nowy rok
ludzi wokół
i nasze spojrzenia
gdy pierwszy dzień
jest lepszy niż ostatni wieczór
a pierwszy pocałunek
lepszy od ostatniego objęcia
gdy w pierwszy dzień
witasz mnie rumieńcem
- chcę by ten poranek
był dobrą zapowiedzią naszego roku
Subskrybuj:
Posty (Atom)






.jpg)