Odejdź ode mnie
zmoro dnia wczorajszego
co zwieńczyć chciałaś me dzieło przed czasem
odejdź ode mnie
zmoro środowa
co obudzić we mnie chciałaś dawne tkliwości
odejdź ode mnie
zmoro wtorkowa
co narodziłaś się z Jej niepewności
i rozlałaś wraz ze strumieniem muzyki Vivaldiego
wypełniłaś mnie po brzegi
nie pozwoliłaś mi spać
skrępowałaś moje myśli
zasłoniłaś moje uszy
zaczęłaś się mną bawić jak marionetką
i rzuciłaś w kąt
i leżałem tak długi czas
Nagle zadzwonił budzik
zerwałem więzy i oto jestem
uwikłany w bezkontaktowy szlak minionych dni
gdy miałem Cię na wyciągnięcie ręki
gdy patrzyłem na Twój blady obraz
gdy chciałem Cię dotknąć
gdy chciałem Cię ogrzać
gdy chciałem zburzyć ten mur
Odejdźcie więc ode mnie zmory przeokrutne!
Nie potrzebuję was w tym teatrze!
Potrzebuję Jej
puenty i odpowiedzi
piątek, 25 listopada 2011
Zaklinanie
czwartek, 24 listopada 2011
Poukładanie
Poukładam książki na półce,
poukładam ubrania gdzieś w szafie,
porozglądam się po mym pokoju,
porozglądam się w moim nieładzie.
I zobaczę siebie gdzieś w kącie
siedzącego, skupionego na pracy.
Widzę, jak się męczy,
jak umiera,
a po zapadniętych policzkach
spływa niejedna
przekonana o słuszności swego postępowania
łza
Gdyby on postępował tak zdecydowanie i działał
niewzruszenie
pewnie by go nie dopadło
to, co siedzi teraz za nim
i patrzy na niego
Mógł wybrać życie
niejednokrotnie
mijane znaki dawały mu to do zrozumienia
Wybrał niepoukładanie
w każdej chwili
stara się więc teraz poukładać
to, czego nie można
ani na półce
ani w szafce
Chciałbym krzyknąć:
zapomniałeś poukładać swoje układanie!
Ale milczę.
I tak mnie nie usłyszy swoimi umarłymi uszami.
Więc znowu będę układał
książki, a w szefie ubrania.
Rozglądnę się po mym pokoju,
nie zobaczę w nim już nikogo.
wtorek, 22 listopada 2011
Byłbym
Smak krwi w ustach przypomina mi, że żyję.
Nieustannie.
Pot na mojej skórze też.
Choć niekiedy wolałbym zamilknąć.
Nie czujesz już krwi spływającej po gardle?
Gdzie są te słone krople z Twoich ramion? -
pytaliby mnie ludzie.
A ja bym im nie odpowiedział.
Widziałbym tylko ten koniec,
na który czeka każdy.
I bym się uśmiechnął.
Jak Ona.
I nikt by już nie pytał, czy pamiętam o życiu.
Sam bym o nim zapomniał.
A krew skrzepnie w przełyku,
pot wsiąknie w ubranie.
I zamilknę.
niedziela, 20 listopada 2011
Do Ciebie
Kiedy byłem mały, śpiewałem rodzicom.
I głośny rozbrzmiewał śpiew ze słabych gardeł dzieciaków:
Dziękuję wam za radość, za miłość, za ciepło rąk!
Kiedy byłem mały, tak śpiewałem.
Teraz jest inaczej.
Nie jestem mały.
I nie śpiewam rodzicom.
I gardło jest silne.
Ale nadal mogę recytować
śpiewać
wymawiać
szeptać Tobie do ucha:
Dziękuję Ci za
Twoją radość.
Twoją miłość.
Ciepło Twoich rąk.
I nie mówię tego z wtórującym mi chórem.
Mówię sam.
To są moje słowa
do Ciebie.
piątek, 18 listopada 2011
To już zostanie
Wyszedłem od Ciebie, dajmy na to, dwie godziny temu.
Było zimno. Zapiąłem swój płaszcz.
Zapiąłem płaszcz i zamknąłem w nim Ciebie.
A z Tobą cały Twój świat.
Teraz gdziekolwiek jestem, nie jestem sam.
Bo wiem, że ze mną jesteś Ty.
Jeszcze rozgrzana niedawnym snem.
Ciepła i pachnąca.
I widzę Twój wzrok.
Coraz mniej obojętny.
Coraz bardziej ufający.
I pogodny.
I uśmiech dziewczęcy. Szczery.
Niech to trwa. Niech już tak będzie.
Gdy wychodzę od Ciebie, chcę zabierać Cię z sobą.
I pod płaszczem zamykać Twój zapach.
Bo to wszystko już ze mną
to już zostanie.
środa, 16 listopada 2011
Zawody
Odliczanie czas zacząć!
Organizator zawodów ogłosił.
Wszyscy odliczają
i ja odliczam.
Sekunda po sekundzie czas niechybnie mija.
Co? To już teraz?
Tętno mi przyspiesza,
ruszam
i zwalniam tak skrzętnie zajmowane miejsce.
Niech je zajmie ktoś inny.
Myślę krótko.
Biegnę.
Po co biegnę?
Po złoto, po medal i nagrodę?
Jeśli nie, to po co?
Po wynik. I po czas.
Do mety.
Krok za krokiem.
Do przodu. Byle dalej.
Biegnę.
Jaki dystans minąłem,
ile jeszcze przede mną?
Nie wiem, nie chcę myśleć.
Bo biegnę.
I w oddali dostrzegam cel wyścigu.
To meta.
Więc przyspieszam,
choć nogi już nie mają nic sił.
I się męczę, i dyszę,
płuca palą, lecz biegnę.
Widzę napis, transparent,
spiker krzyczy, są ludzie,
doping, wrzawa,
emocje - tak, to po to tu biegłem.
Nagle wszystko zamiera.
Pyłem, dymem się staje.
Gdzie są ci, co krzyczeli,
ze mną czas też liczyli?
Nikt już obok nie biegnie.
Nikt już nie wiwatuje.
Meta pustką się staje,
a w tej pustce ja
Jestem sam.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Ślad
Szlachetne bursztyny
w malborskich monstrancjach
swym blaskiem
świadczą o Bogu
i ciepłem swej barwy
ceglano-brązowej
cel modłów
ludziom wskazują.
Te same bursztyny
z przeszłością związane
wyrwano
z morskich otchłani
i szlakiem szczególnym
przez kraj ten ruszyły
by sławić
piękno tej ziemi.
Niektóre przepadły
bez wieści, bez słowa
na szlaku
wśród zdeptanych pól
i wieki tak całe,
i tak zapomniane
w tej ziemi
leżały. Aż dziś
swój kwiat wypuściły
i panną się stały,
i sławią
nie Boga, lecz ją.
Bo w słonecznym blasku
porannego słońca
wskazują
nie modlitwy cel
a lśnią zatopione
nie gdzieś w morskiej pianie,
lecz w falach
jej złotych pukli
i skóra tak pięknie
na co dzień olśniona
bursztynem
zdradza jej imię.
Nieszczerość
Z ukrycia mówimy do siebie,
z ukrycia - bo wiecznie niejawnie.
I znowu kryjemy się za zasłoną,
za czarną kotarą nieprawdy.
Mów do mnie szczerze, otwarcie,
tak, bym zrozumieć Cię mógł.
Gdy mnie zapraszasz,
mów po co,
gdy mnie polubisz,
mów za co.
A czuję się jak partyzant,
jak pisarz spod ziemi,
jak szpieg.
Choć słucham codziennie,
choć wciąż poznaję,
to ciągle za mało wiem.
A jestem tak samo śmiertelny jak Ty.
Tak samo mówię i słyszę.
Więc mów do mnie szeptem
tak ludzko nieczystym,
bym w końcu zrozumiał Cię.
poniedziałek, 7 listopada 2011
Dwa II
Jak ogień i woda?
To jest zbyt łatwe.
Jak lawa i lód?
A to zbyt czytelne.
Jak armie po dwóch stronach frontu.
To jest prawdziwe.
Zatem prawdy tej trzymać się będę.
Wyrosłem na gruncie zdeptanym przez armie.
Przez armie potężne i straszne.
Gdzie gwałt i zniszczenie ze sobą wciąż niosły
i wszystko waliło się w gruzy.
Dwie siły przeciwne, gdy kiedyś się starły
do końca uparcie walczyły.
Aż w końcu jedna poległa dość marnie,
a druga stała się karłem.
Wyrosłem na barkach tego wielkiego karła,
którego wróg uniósł do góry.
Zmieszała się krew rodziny akowca
z bezsilnym żołnierzem führera.
Dziś nie ma już wojny
na strzały, pociski,
lecz ciągle żywa jest rana.
I ciągle gdzieś walka odbywa się sroga,
i wszystko to trwa znów od nowa.
Krew w żyłach mych płynie
gorąca i zimna,
powoli, to znów przyspiesza.
Jedną rękę wyciągam,
a drugą gdzieś chowam
pod płaszczem szarzyzny wojennej.
Ponoć zmienne są losy wojny niejednej,
podobno i ja jestem zmienny.
Skąd to wynika, tego nie zgłębię,
lecz będę próbował od nowa...
Kolor żółty
Póki nie zapomnę
póki nie zapomnę Twojego obrazu
usiądę i napiszę
pochylony nad maszyną
nad czarną maszyną
żółty zatriumfował
bo żółci się w mej głowie
na tych kilka wspomnień
wspomnień z dzisiaj
gdy niesiona ożywionym wiatrem
jesieni hołd oddałaś
swym żółtym kolorem
liści
piasku
złota
Przede wszystkim
Złota
wyrzec się nie możesz
piękna, którym jesienną aurę
rozpogadzasz
niech więc Twoje złote dłonie
złote włosy wyswobodzą
i niech ten wiatr
jesieni zwierzchnik
maluje nimi
w geście zwycięstwa
aż wszyscy zżółkną
z zazdrości
piątek, 4 listopada 2011
Bajka o Alicji, co wszystek psowała
W małym, białym domeczku nieopodal górki,
gdzie słońce ciągle świeci i brak jednej chmurki,
mieszka malutka Ala lubiąca wybryki,
codziennie psuje pralki, lodówki, imbryki...
Wciąż mówią jej rodzice i radzą sąsiedzi,
pytają jaki diabeł w jej duszyczce siedzi.
Już brat się denerwuje i sięga po fajki,
już siostra recytuje Krasickiego bajki.
Lecz Alicja nie widzi, nie patrzy i nie słucha,
psuje wszelakie sprzęty, na skargi jest głucha.
Codziennie, gdy rodzice do pracy ruszają,
Alicja chwyta młotek, włosy dęba stają.
I rusza rozjuszona i pełna ferworu,
jakby karmiona była ambrozją odoru.
Uderza siłą wielką, w proch wszystko obraca,
co widzi, to dotyka, co może, to maca.
I wióry metalowe i drzazgi drewniane,
latają koło Ali sprzęty połamane.
Obrazy już zniszczone, szafki rozwalone,
a w głowie małej Ali wciąż mysli szalone.
Na chwileczkę stanęła, powietrze połyka,
zmęczona swoim dziełem o gwóźdź się potyka.
Zachwiana równowaga - Alicja upada,
wielce zdenerwowana na podłodze siada.
Usiadła jak dziecina, która świat ogląda,
na zniszczone przyrządy zdziwiona zagląda.
Cóż ja głupia zrobiłam - zwraca sie do siebie -
chyba trafię do piekła, nie myślę o niebie!
Ileż rzeczy napsułam, jakiż tu bałagan!
Winiaczem się upiję, mam go cały sagan!
Albo zacznę tu sprzątać - tak, to pomysł lepszy,
nie chcę dłużej już słuchać, że Ala coś spieprzy!
Tak, jak rzekła, zrobiła, szufelkę chwyciła,
zmiotła brudy wszelakie, podłogi umyła.
Siedzi teraz wesoła i czeka radosna,
aż przyjdą jej rodzice - w sercu kwitnie wiosna.
Niepewni rodziciele do domu wracają,
ogromnie zatrwożeni oczy otwierają.
Patrzą wielce zdziwieni i oczom nie wierzą,
dookoła się kręcą, wszystko wzrokiem mierzą.
Ojciec zdumiony milczy, lecz zaraz przemawia,
na początku się krztusi, kaszle, puszcza pawia.
W końcu nie wytrzymuje i głaszcze swą córkę,
nazywa pieszczotliwie, niczym małą kurkę.
Mówi wreszcie do Ali znamienite słowa:
Wielkieś pustki nam dała, ty i twoja głowa
z tak dziwnymi myślami niszczącemi wszystek.
Lecz widzimy, ja z mamą, nie potrzeba czystek -
ni etnicznych, ni w domu, boś po rozum poszła -
skończyłaś głupi nałóg, do mądrości doszła.
Jakże często błądzimy, moje miłe dzieci,
jak też rzadko patrzymy na nasz czas, co leci.
Usiądźmy nieraz sami, zobaczmy, osądźmy,
nie róbmy nic pochopnie i dłużej nie błądźmy...
czwartek, 3 listopada 2011
Opis
Nie umiem
opisać
tych
błogich
chwil
Nie umiem
opisać
tego
co czułem
Nie umiem
opisać
bo nawet najlepszy
opis
nie odda
tej potęgi uczucia
i tej namiętności
Subskrybuj:
Posty (Atom)