środa, 26 grudnia 2012

Kamykiem w czółko

Jaka jest cena naszego życia? Odpowiedzą liczni, że jest bezcenne. A ja twierdzę i z uporem będę powtarzał, że życie można kupić tak samo, jak można kupić śmierć. Jaka jest zatem cena życia, a jaka śmierci? Czy ceny te są podobne, czy współgrają ze sobą tak, jak i życie współgra ze śmiercią? Czy cena śmierci zależna jest od kursu życia? I wreszcie: jaką miarą mierzyć cenę śmierci? Czy cena ta jest taka sama dla wszystkich, czy zależy od życia, którego dotyka?
Któregoś dnia schowałem do kieszeni mały kamyk. Nie był szczególny. Dość ładnie wygładzony, szary, matowy. Gdy go trzymałem dłużej w dłoni, ta zostawiała na nim wilgotny ślad w postaci lekkiego zaciemnienia, które po chwili ustępowało. To tymczasowe znamię widziałem tylko ja, a dla martwego kamyka nie stanowiło zapewne różnicy - ot, taki wilgotny prążek.
Ludzie umierają pełni zdziwienia. Jeśli zdążą to zdziwienie wyrazić, otwierają usta, ale najczęściej zdążą otworzyć tylko oczy. Tak szeroko nie otwierają ich nigdy wcześniej. Potrzebują ostatniej sekundy, żeby móc zobaczyć wreszcie całe swoje życie. Stąd to zdziwienie. Może gdyby wcześniej się nad nim zastanawiali, umieraliby ze spokojnym spojrzeniem, a usta wykrzywiłyby się w lekkim uśmiechu.
Kamyk nie był szczególny jeszcze z jednego względu - znalazłem go leżącego vis a vis wysokiego parkanu oddzielającego ogród sąsiadów od ulicy. Najprawdopodobniej został wrzucony przypadkiem podczas remontu drogi. Nie wiem, czy ktoś wcześniej trzymał ten kamyk w dłoni. Jakby to miało jakieś znaczenie. Dla mnie ma. Jeśli to mój kamyk, wolałbym, żeby wcześniej nikt go nie dotykał, a już na pewno nie wkładał do kieszeni. Nie sądzę jednak, żeby był komuś potrzebny - to przecież nieszczególny kamyk.
Śmierć przychodzi przeważnie bez zaproszenia. Gdyby ludzie o tym wiedzieli, pewnie by się przygotowali. Może założyliby najlepsze ubranie. Dobrze jest umierać z klasą, pokazać, że śmierć to nic takiego. Jeśli przypadkowa koszula nie zmyli śmierci, a przyszykowana i wyprasowana też nie, to lepiej umierać byle jak. Ubranie się nie wygniecie, bo już jest takie, a człowiek będzie się czuł przynajmniej swobodnie.
Podrzuciłem kamyk kilka razy. Nie był zbyt lekki i dobrze leżał w dłoni. Przerzucałem go później z ręki prawej do lewej, z lewej do prawej, jakbym uczył się żonglować. Też mi coś - żonglowanie jednym kamykiem. Ale to był mój kamyk. Mój, znaleziony nieopodal wysokiego parkanu, mały, szary kamyk. Czułem, jakby sam przeskakiwał z jednej dłoni do drugiej i krzyczał: "Tak, ja chcę jeszcze!". Ale to był tylko kamyk. Martwy kamyk.
A później zapada cisza. Nic nie brzęczy w uszach, nic nie szeleści, przepływ krwi ustaje, a stukanie serca po niezliczonych już taktach urywa się jakby na zawołanie. Człowiek leży wtedy w mniej lub bardziej naturalnej pozycji, ręce wykrzywia w dziwnym geście, oczy ma otwarte, usta też, jakby chciał krzyknąć: "Nie, ja nie chcę!". Ale już za późno. Teraz to tylko martwy człowiek.

wtorek, 25 grudnia 2012

Co porabiasz w życiu?

Składam je z rozbitych kawałków
sumienia
wyborów
i lat
tak pięknie nicością przepełnionych
od nowa

Przegrywam kolejny wyścig
z zapasowym numerem na piersi
choć nie startowałem
bez celu

Ze zdziwieniem w oczach spoglądam
na pustą trybunę:
ktoś stał, ktoś popatrzył
nawet pochwalił
poszedł

Składam to życie
z potłuczonych kawałków szklanego szkieletu
wypełnionego światłem
lecz ta bryła formą zakończona
wciąż rzuca cień

poniedziałek, 24 grudnia 2012

[Po szybach]

Po szybach
w dół
wprost na parapet
płyną ciężkie krople nocy

(lekkim puchem sypnęło dwa dni wcześniej
okrył wtedy cieniutko każdy centymetr naszej drogi
i tak łatwo uległ butom wystukującym rytm powrotu)

Krople spadają na ocynkowaną blachę
dzwonią niedźwięcznie
opowiadając o czyimś smutku

(wciąż jednak dzwoni w uszach wdzięczny śmiech
taki sprzed dwóch dni
w wyobraźni sprzed kilku godzin)

Kropla goni za kroplą
spokojnie
przypadkowo
nieskładnie

do końca

po policzkach
w dół
wprost na poduszkę
płyną krople

czwartek, 13 grudnia 2012

Lauterbrunnental

szukałem czegoś na wyrażenie głębi barwy
i uczucia tlącego się na dnie tej rozpadliny

znalazłem Lauterbrunnental

dolina
nieskazitelnej
studni

Gdy J.R.R.T. pochylał się w dół
widział to samo
co ja

szukałem czegoś na określenie
Twoich oczu

znalazłem
Joseph Zelger, Lauterbrunnental

Zima

złapała nas pod baldachimem
ust
naszych ust

ale wcześniej był baldachim z wierzby
stała wtedy trochę z boku
i przyglądała się na wpół opadłymi liśćmi
a ścieżki zgrzytały

jak śnieg, który nieproszony wdarł się za kołnierz
pachnący i zawsze uniesiony trochę za wysoko

ale jest kosmyk włosów lekko okryty szronem
i wciąż miękki, i wciąż łaskocze
i policzek gładki jak tafla lodu
i oczy w kolorze L.

zimą podobno najpiękniejsze

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Album

Gdybym choć na jednym,
może nie tyle zniszczonym, co starym, bo co najmniej kilkuletnim
takim, sprzed paru lat, które ani się nie zacina, ani nie wyostrza
powolutku wczytując w te komórki
szarej pamięci

na takim właśnie zdjęciu
po prostu wyglądał
jak dziś

mam dwadzieścia cztery lata
przypominam
jak te stare zdjęcia przypominają o dziecięcej buzi
mam zniszczoną skórę
i dłonie
i stopom się dostało

wystarczy spojrzeć na zdjęcie
tutaj jestem młodziutki

nie
to tam byłem młodziutki
tutaj nie bardzo pasuje

jeszcze raz spojrzę na zdjęcie swoich oczu
jeszcze raz przywołam tamto uczucie

młodości

która tyle wycierpiała

teraz krzyczy spoza zmiętych fotografii
grymasem lustrując mnie z dołu
i wyciska jad
zastygły na kilku starych zdjęciach

środa, 5 grudnia 2012

wtorek, 4 grudnia 2012

O dźwiękach i orzechach

Nieustanny szum, jakby wydawała go mała suszarka, dobiegał do mojego lewego ucha. To samo ucho słyszało również dźwięki toczonych po nierównym asfalcie palet z zapasowymi elementami do serwisu sprzętu domowego. Prawe ucho słyszało przytłumione dźwięki uderzanego o talerz widelca. Był to jeden z tych nielubianych odgłosów, które w przeciwieństwie do jednostajnego szumu wentylatorów, zbyt intensywnie pobudzały układ nerwowy. Jednak nie denerwował tak bardzo, jak inny dźwięk, który na domiar złego także pobudzał stronę prawą - dźwięk łuskanych orzechów. Ojciec siedział jak zwykle po obiedzie w kuchni i dojadał niezapełniony brzuch orzechami czy to laskowymi, czy to włoskimi. Skąd je brał, nie wiem. Ilekroć bowiem miałem ochotę, żeby wziąć kilka orzechów na ząb, nie mogłem ich nigdzie znaleźć. Widocznie miał je gdzieś schowane i dbał o to, żeby nikt mu ich nie podbierał.
Ojciec był fanatykiem jedzenia orzechów. Od kiedy pamiętam zawsze zajadał się świeżymi orzechami włoskimi, które nie zdążyły wyschnąć i które trzeba było obrać z gorzkiej skórki, żeby w ogóle można powiedzieć o nich, że są smaczne. Dlatego ja za nimi nie przepadałem; czekałem aż wyschną, żeby bez zbędnych ceremonii móc wyjeść zawartość twardej skorupki. Jednak od dwóch lat stare i trochę młodsze orzechy, które rosną w ogrodzie, nie rodzą. Jednego roku zmarzły, a w tym... W tym miał być rok nieurodzaju, bo orzechy te mają taki kaprys, żeby jednego roku dawać owoce, a drugiego nie. Zatem skoro w zeszłym roku zmarzły i nie dały owoców, choć dać miały, w tym roku nie odwróciły swojej skrzętnie pielęgnowanej tradycji i też nie obrodziły. I ojciec został bez orzechów.
Ale jeśli orzechy, to nie tylko włoskie. Przed parunastu laty ojciec, będąc już fanatykiem orzechów (skądinąd myślę, że to jego uwielbienie ma głębokie podłoże psychologiczne i jest zakorzenione już w latach dzieciństwa lub we wczesnych latach młodzieńczych), zasadził kilka sadzonek leszczyny. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zasadził je w cieniu. W cieniu wielkiej lipy. Leszczyny uginające się pod ciężarem orzechów przycupnięte u stóp wielkiej lipy to obraz iście romantyczny, ale, niestety, nieprawdopodobny. Liście leszczyny, leszczynowe liście, gdy wiosną rozwijają swe delikatne pąki i pragną codziennie kąpać się w strugach coraz intensywniejszego światła, nie miały szans odwzajemnić się ojcu miłością i zamiast rodzić coraz to obfitsze owoce, pięły się ku górze, coraz wyżej i wyżej, zapominając chyba o tym, po co zostały zasadzone. Czasami tylko pojawia się gdzieniegdzie pojedynczy, nieśmiały orzech, który przypomina wyłącznie o przynależności rośliny do gatunku. Ojciec się nie poddaje. Co roku ogląda uważnie każdą gałąź i z nadzieją oczekuje orzechów, tak jak dziecko patrzące w niebo przed wigilijną kolacją oczekuje pierwszej gwiazdki.
To właśnie odgłos łuskanych orzechów laskowych drażnił moje prawe ucho. I tak szybko, jak się pojawił, tak szybko zniknął w postępującej agonii dźwięków, która zabiła także dźwięk widelca, talerza i dźwięk lawety. Zostało tylko barytonowe szumienie wiatraków.
Dopiłem ostatni łyk kawy, spojrzałem na szlaczki czarnych znaków wirtualnie zapisanych gdzieś poza moim światem i stwierdziłem, że tak, to by było na tyle.
Z prawej strony ukryta w cieniu lipy leszczyna, a w tle orzech włoski lekko smagany dymem z dogasającego ogniska.

środa, 28 listopada 2012

Ziarna słodkiego trunku

pijam kawę
na nocnym stoliku zawsze mam pełny kubek
i myśli
i od niechcenia zebranych
całkiem w przelocie
lekkich chwil uczulenia

mało sypiam
to pewnie przez tę kawę
którą spijam z jej niewidzialnych ust
ukrytych
i jakby ku przestrodze
nigdy w tej czarnej esencji niezanurzone

wciąż czekam
aż się rozbudzi
aż przepali
i lekko rozsypie
ziarna słodkiego trunku

poniedziałek, 26 listopada 2012

Wczoraj wieczorem

urodziło się z przypadku
tak pięknie dobranych słów
nieporozumienia

jak zwykle

i jak zwykle pod koniec miesiąca

pojawiło się
niczym czerwonka i te kolby walące w drzwi
i z podobnym impetem wybiegło na zewnątrz
żeby być jak najdalej
żeby wykrzyczeć

miało się zmęczyć
upaść, zginąć, przepaść
a jedynie zmęczyło

przukucnęło w kącie i czeka
na kolejny łyk
i na to, co będzie dalej

piątek, 23 listopada 2012

[coraz częściej]

coraz częściej wychodzisz po mnie
gdy wracam wieczorem z pracy
i witasz mnie
na ulicy obsypanej żółtymi lampami

nie od razu całujesz
najpierw
jakby z lekkim niedowierzaniem
patrzysz mi w oczy

wciąż krótko
ostrzyżony trawnik przed domem
pokazuje ilu co najmniej klientów
przywędrowało tu
w poszukiwaniu odpowiedzi

wtedy wyciągam ramiona
i zamykam w sobie
pod okryciem jesiennego płaszcza

i nie muszę pytać

małe są nasze granice
kilka pięter i jeden plac
coraz częściej zatracające swój kształt

poniedziałek, 19 listopada 2012

O.

znalazłem Cię przez przypadek
ten sam, kapryśny co
zawsze
pojawia się wtedy,
kiedy trzeba się podrapać po głowie

gdzieś utkwiło w pamięci,
że już nie pisze
o urwanej znajomości
a tu
utkwiłem wzrok
na jej kartach

może gdybyś zaczęła znowu
ja bym był bardzo wdzięczny
bo trochę się zagubiłem
między wierszami
spisanymi na brązowym tle

jesteś lekka
wiatr Cię znów porywa
gdzie tym razem
Cię znajdę

nie wiem

piątek, 16 listopada 2012

Wierzba

A jednak drzewa mają tę zdolność
kamuflażu
gdy w otoczce nocy próbują przypominać
parasol
klosz
baldachim
albo uschłą dłoń

...

Stoi samotnie w parku
płacząca
wierzba
chyli się ku upadłym liściom
i czeka

...

może odczarujemy ten czas
sponiewierany mokrą poduszką
i schowamy się pod ciepłą pierzyną

czwartek, 15 listopada 2012

wtorek, 6 listopada 2012

ciepło.

Skuliłaś się, szukając ciepła w murach zimnego domu.
Założyłaś ręce, jak wtedy, gdy siedziałaś wyprostowana na krześle,
a ja liczyłem minuty między kolejnymi westchnieniami.
Westchnieniami ciszy.

A teraz leżałaś w bezruchu pod kołdrą,
i zimny nos wystawał spod białej poszewki.
Gdzieś w oddali zaszczekał pies.
Gdzieś wiatr niemrawo zakołysał jałowcem.

Utkana z lekkiej sieci sama zaczęłaś odliczać czas
i przesypywać drobinki piasku do nowej klepsydry.
Powolutku, z wrodzoną łagodnością.
Okruchy przemijania kruszyły się pod opuszkami długich palców
i opadały starannie na przygotowany stosik, który zdawał się topnieć.

Otworzyłaś lśniące oczy. Wokół zimno dokuczało jakby mniej.
Tylko wiatr zdawał się jeszcze nie spać.
Rozluźniłaś uchwyt i usłyszałaś stukanie swojego serca.

Jednak nie jesteś taka zimna. Ja wyczuwam ciepło.

Brudnoziem

Nie raz zbiegałem z górki na złamanie karku,
gdy ktoś nagle podstawiał nogę.
- Pośpiech nie jest wskazany - mówił i groził palcem.
Wstawałem, otrzepywałem kurz z kolan i biegłem dalej.
Biegłem co tchu, aż zdyszany stawałem
pod ścianą
płaczu.

Wiele razy wmawiałem sobie lepszy los
od tego niechcianego
co pogardził wyciągniętą ręką
z honorarium za nadgorliwość

Ile razy byłem lepszy od innych
w sennie doskonałych opowieściach
by wyrwać kawałek dla siebie
i móc się szczycić
na nieodsłoniętych postumentach

trzeba się trzymać w garści
żeby się nie rozpaść
żeby z hukiem nie pękła donica
zabarwiając okolice brodnoziemem

czwartek, 25 października 2012

Z profilu

W chuście utkanej z pajęczej sieci
nad brzegiem klęczy rusałka
i lekko zmartwiona wpatrzona w odbicie,
zmartwiona duma o świecie.

Jej długie palce włos odgarniają,
co jasne zasłania czoło,
i wraz z tym lekkością wypełnionym ruchem
muślinowe odsłania ucho.

To wiatr skądś zawieje i lekko się wzdrygnie
półprzezroczyste jej ciało
i złoty kolczyk zdobiony koralem
subtelnie muśnie znów szyję.

Cerę ma jasną i duszę tak czystą,
że słabe przenika ją światło
i nikt jej nie widział, by raz chociaż jeden
rumieńcem się krwawym oblała.

Lecz krew, acz błękitna, w tych żyłach wciąż krąży
i serca wyznacza pragnienie.
I nie wie rusałka, choć wpatrzona w siebie,
nie wie, co przyniosą dzieje.

niedziela, 21 października 2012

Gołębie

Po raz kolejny spojrzał przez okno swojego pokoju.
- Wciąż nic się nie zmieniło - pomyślał.
Nadal siedział z założonymi rękami i pustym wzrokiem patrzył na blok po drugiej stronie wąskiej ulicy. Słychać było przejeżdżające samochody, odgłosy ludzi i jakiś bliżej nieokreślony szum, ale z okna nie było widać nic poza częścią wysokiego budynku z naprzeciwka, szczytów przyulicznych topoli i skrawka błękitnego nieba.
Przez cały czas istniał ten jeden, jakby z góry określony i niemogący się zmieniać obraz. Bez względu na porę roku blok stał na swoim miejscu, ponad nim rozpościerało się niebo, a przy podstawie kołysały się leniwie drzewa. W niektóre jesienne poranki blok roztapiał się we mgle, zimą stawał się nieprzeniknioną barierą dla promieni słonecznych, aby wiosną swoją szarzyzną wprowadzić ponury nastrój w kwitnącą dokoła przyrodę. Szaro-brązowe mury rzucały latem nieduży cień na dziurawą jezdnię. Ten sam cień przez cały rok skutecznie tłumił chcącą się obudzić do życia i deptaną każdego dnia przez ludzi trawę, pojawiającą się tu i ówdzie u podnóży budynku na skrawkach ziemi między betonem a asfaltem.
Blok z naprzeciwka, monumentalnie wznoszący się przy drodze wjazdowej do miasta i witający niemrawo swoim surowym wizerunkiem przyjezdnych, w ciągu dnia odzwierciedlał egzystencję mieszkających w nim ludzi. A czynił to za pomocą okien, w których zapalały się i gasły światła, oraz drzwi wejściowych do bramy, które raz po razie otwierały się i zamykały, wpuszczając lub wypuszczając lepiej lub mniej znane postacie. Oprócz tych prostych i bez końca powtarzanych czynności, zdawał się być martwym wytworem ludzkiej idei o dobrobycie i równości.
O dobrobycie i równości człowiek siedzący za oknem jednak nie rozmyślał. Choć akurat jego te zagadnienia po prostu nie interesowały, nie myślał wtedy o niczym. Był zbyt zmęczony ciągłym czekaniem. I gdy z każdą kolejną minutą pogrążał się coraz bardziej w otchłani wyrastającej za jego plecami, nagle swój niewyrażający niczego wzrok skierował na górną część bloku. Znad płaskiego, pokrytego papą dachu wzleciało stado gołębi. Pojawiły się znikąd i szybko poszybowały w dół, aby po chwili znów wzlecieć do góry i, zataczając lekki łuk, zniknąć z pola widzenia. W tym jednym momencie wprowadziły w monotonny obraz osiedla dynamikę zakłócającą wszechobecny spokój. Zakłóciły też jego wewnętrzny skrzętnie budowany od dłuższego czasu stan równowagi.
- Pora działać - rzekł cicho do siebie, wstał od biurka i wyszedł z pokoju.

poniedziałek, 8 października 2012

Ubi sunt

- Czwartek mi nie pasi, bo mam zajęcia, a później idę na AWF Party świeżynki wyrywać - odpowiedział znajomy na propozycję "czwartkowego" piwa.
W jednej chwili przed oczami pojawił się obraz bynajmniej nie wyrywania "świeżynek" czy trochę mniej "świeżych" studentek, ale krótki urywek z jednej z imprez, na której pojawiłem się mniej więcej pięć lat temu. Pięć lat temu. Pięć lat.
- Świeżynki... Ach te czasy - zakończyłem.
Chwilę wcześniej wypakowywałem z plecaka noszone przez cały dzień papiery i książki. Przysunąłem go bliżej siebie i zacząłem otwierać uszkodzony zamek. Któregoś razu część suwaka oderwała się od materiału, więc od tej pory nie zamykałem plecaka do końca, a tę niezasuniętą część spinałem agrafką. Dokładnej daty zepsucia zamka nie pamiętam, nie przypominam sobie także okoliczności, w których do tego doszło, ale było to w okolicach czerwca lub lipca. A plecak kupowałem najprawdopodobniej też pięć lat wcześniej we wrześniu. Pięć lat.
Ale nie o tę liczbę chodzi. Piątka nie jest dla mnie żadnym znaczącym symbolem albo szczęśliwą jak dla niektórych liczbą. Jest tu tylko i wyłącznie jakąś wskazówką. Wskazówką odmierzającą czas, który akurat w tym wypadku wynosi pięć lat, bo na czas chciałem tu zwrócić uwagę. Cóż złego w czasie, że się go czepiłem. A właśnie to jest złe, że mija. I to mija bezpowrotnie.
Nie chcę wołać za Franciszkiem Villonem "Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi!", ale słowa te same cisną się na usta. Gdy siedzę pośród ciemnego pokoju i z głośników dochodzą poruszające dźwięki długiego, lecz nienużącego intra do piosenki "April" zespołu Deep Purple, jedynymi przerażającymi myślami są te, które w okowach wewnętrznej pustki i niewykorzystanego czasu każą zamknąć się jeszcze szczelniej i brnąć w bezkresie bezsilności.
Była młodość. Były marzenia. Ale południe nie trwa wiecznie. Słońce w zenicie oświetlające każdy szczegół i wskazujące cel ześlizgnęło się niczym but z oblodzonego szlaku. Pozostało niespełnienie i milczenie ciszy wokół.
Wciąż widzę siebie na tamtym przyjęciu w któryś październikowy albo listopadowy wieczór gdzieś przy ulicy Jaskółczej. Twarze ludzi, których już nigdy nie spotkam, są twarzami bez wyrazu, ale tętniącymi życiem, tym życiem, którego we mnie brakuje i brakowało przez te pięć lat. Ciągle widzę kuchnię, puszki z piwem i kieliszki nalane po brzegi. Wciąż widzę pokój z drzwiami balkonowymi i twarz tamtej dziewczyny nieznanej nawet z imienia.
Zimne powietrze orzeźwiło twarze nocnych włóczęgów. Wszyscy zmierzali w stronę nocnego autobusu jadącego na południe. Wśród nich szedł także on. Nie przejmował się, że trzeba będzie rano wstać. Liczyła się właśnie ta jedna chwila. Niewykorzystane okazje miały dopiero nadejść.
Nadjechał autobus. Cała gromada wsiadła do środka. Wsiadł i ten z nowym plecakiem. Niedługo potem wszystkich ogarnęła noc. Nieprzejednana i wieczna, jedyna rzecz, która oparła się czasowi.

środa, 3 października 2012

Biały policzek

Zeszli na twardy pas piachu obmywanego przez chłodną, morską wodę. Podmuchy wiatru zrobiły się silniejsze i dopiero teraz zdali sobie sprawę z tego, że jest przenikliwie zimny. Szli w milczeniu dobrych kilka minut, gdy nagle ona mocniej objęła jego dłoń swoimi długimi palcami i cichutko rzekła:
- Stój.
Zatrzymali się. Chwycił jej pobladłą rękę i skierował do drugiej kieszeni.
- Zaraz ci będzie cieplej - powiedział spokojnie, tylko trochę głośniej od szumiącego wkoło wiatru.
- Dlaczego mnie tu zabrałeś? - zapytała od razu, nie dając mu dokończyć. Zmarszczył lekko czoło i uniósł prawą brew.
- Chciałem urozmaicić nieco nasze nudne i dalekie życia. A nie podoba Ci się tu, czy co? - trochę się zmartwił.
- Nie, podoba, tylko że ja tu kiedyś byłam - odwróciła wzrok w stronę dalekiego horyzontu i przywarła lewym policzkiem do jego piersi. - Kiedyś, bardzo dawno temu. Obiecałam komuś, że kiedyś z nim tutaj wrócę - w tym momencie jej oczy się zeszkliły. Ale on dobrze wiedział, o kim mówiła.
- Wciąż o nim nie możesz zapomnieć, ale on już nie wróci. - zimna woda ochlapała ich buty i instynktownie przesunęli się ku stałemu lądowi. Wiedział, że nie powinien o tym przy niej wspominać. Sam źle zniósł śmierć przyjaciela, ale jej doświadczenia były znacznie silniejsze.
- Pocałuj mnie - rzekła, wpatrując się w niego swoim ufnym wzrokiem. Odgarnął z białego policzka jej rozwiane włosy, ujął mocniej ogrzewane w kieszeniach dłonie dziewczyny i bez słowa zbliżył swoje wargi do jej ust.
Podmuchy wiatru podrywały drobiny piasku, zimna woda wyrzucała morską pianę na brzeg, a dwie postacie, jakby odlane z metalu, nie bacząc na okoliczności jesiennej aury, zatopiły się w swoim bezgłośnym uczuciu.

poniedziałek, 1 października 2012

Koniec września pod znakiem [...]

W oczekiwaniu następnego lata
żegnam się z wrześniem
na pół zawadiackim:
Serwus!

gdybym mógł, to przybiłbym z nim piątkę
prawą ręką
pewnie, lecz delikatnie
coś jak piątka pod Iglicą
która niczym stempel podbiła kilka następnych godzin

i choć znów spełnia się dewiza powtarzana przez "Stonesów"
maturzystce z P. winny jestem podziękowania
za pomyślne zamknięcie miesiąca
(tak rozstrojonego porą suchą)
gdy po deszczu jedną nogą stała na podeście
drugą delikatnie muskała taflę zbrudzonej wody
a oczami nie błądziła po szarych kamienicach

jesienny Wrocław nie nastraja pozytywnie
ale podobno październik
ma być ładny
oby

oby jej dorównał
wtedy stosunki na pewno się ocieplą

niedziela, 2 września 2012

Uczłowieczenie absolutne

Człowiek jest naprawdę niedoskonały. I to nie tylko w sferze fizycznej, która jako zespół współdziałających atomów kierowanych procesami biologicznymi może ulegać uszkodzeniom, ale właśnie w tej sferze, dzięki której ludźmi jesteśmy.
Gdy jakiś czas temu opisałem wpływ alkoholu na człowieka i o tym, że człowiek, pijąc go, świadomie decyduje się na możliwość odrzucenia przyjętych przez siebie praw i zasad, można było odnieść wrażenie, że ogólny wydźwięk tej krótkiej rozprawy jest następujący: człowiek podczas upojenia alkoholowego odczłowiecza się albo inaczej - zezwierzęca. Tym razem jednak odwróciłem role i pokażę, że jest to niewłaściwe spojrzenie na sprawę.
Na początek małe porównanie upojonych alkoholem organizmów żywych, które potrafią etanol metabolizować. Weźmy na przykład kota. W zasadzie jedyną oznaką mówiącą o jego stanie będzie sposób poruszania się, a raczej utrata równowagi. Nie wiem, czy udałoby się zestawić sposoby wydawania głosu przez koty z ludzkim odpowiednikiem, tj. mową, ale może ktoś już porównał miauczenie kotów pijanych z trzeźwymi. Niewątpliwie jednak takie elementy sfery życiowej jak poruszanie się czy wydawanie dźwięków to typowe zachowania dla zwierząt, a w tym przypadku - ssaków. Nie ulega też wątpliwości, że to właśnie te aspekty podczas upojenia alkoholowego zostają zaburzone, upośledzone. Do tego można dodać objawy zatrucia pokarmowego (wymioty), a w stanach silnego upojenia śpiączkę lub nawet śmierć. I cały czas mamy tu do czynienia ze sferą fizyczną organizmów żywych. Jest to ich reakcja na daną substancję chemiczną, która działa w ten a nie inny sposób. Tak samo organizmy zareagują np. na radiację albo na podanie stężonego roztworu chlorku potasu. Różnice są zauważalne dopiero w tej strefie, której zwierzęta nie mają (choć są o to spory) i która czyni nas właśnie ludźmi. Zatem można teraz zadać pytanie: jak się zachowują ludzie, gdy są pijani? Np. są bardziej otwarci - chętniej i łatwiej nawiązują kontakty z innymi. Są też pobudzeni emocjonalnie: nie boją się mówić o tym, co myślą, co przeżywają. Wreszcie - decydują się często na wyznawanie uczuć, czego po trzeźwemu by nie zrobili. Podejmują ryzykowne kroki tylko i wyłącznie dlatego, że działają pod wpływem alkoholu. A wyniki takich działań są często przykre.
Jak zatem doskonale widać, to właśnie te ludzkie czynniki ulegają wyostrzeniu, nie zwierzęce! Podczas upojenia alkoholem nie zezwierzęcamy się - my tę zwierzęcą naturę odrzucamy w imię bycia bardziej ludzkimi. To nie natura jest niedoskonała - ona ewoluowała od początku wszechświata. To ludzkość zaszczepiona któregoś dnia w tym doskonałym wszechświecie tej ewolucji po prostu nie dogoniła.
Myślę, że ten przykład dobrze obrazuje, jak wiele jeszcze o sobie, ludziach, nie wiemy i jak często błędnie interpretujemy proste przesłanki natury. Jednocześnie powinniśmy wiedzieć, że to dopiero wierzchołek góry lodowej w poznawaniu prawdziwej natury człowieka.

środa, 8 sierpnia 2012

[napisane przy Rossiya Laibacha]

kolejny zachód słońca
wyrywa uciekającymi promieniami
moje minuty
i twoje
nasze

zasnute niespodziewanie chmurami
kolejnego sierpnia
kolejnego lata
i dni po sobie depczących
jak ja
ty
po chodniku

ten sam kolor nieba
to samo odbicie
w oknie
naszej pętli czasowej

sobota, 28 lipca 2012

Flaga

Minęli róg budynku i zatrzymali się przy barierkach odgradzających ruch pieszych od remontowanej części drogi. Nareszcie mogli złapać trochę tchu.
- Wiesz co? - zapytał Tomek, łapczywie wdychając powietrze. - To było głupie - skwitował. Ale Stachu nie słuchał, tylko rozglądał się wokół siebie.
- Ty, schowamy to tutaj, o - wskazał na jakieś metalowe pojemniki - za tymi blachami. Jutro tu przyjdziemy i to stąd zabierzemy - powiedział, po czym sięgnął pod bluzę.
- Ej! - Tomek nadal się niepokoił. - A jeśli robotnicy tu jutro przyjdą i to znajdą?! Poza tym będzie jasno; jak to chcesz zabrać, gdy ludzie będą widzieli? - Po chwili przemyślał sprawę i, widząc stan robót, rzekł, bardziej do siebie, że chyba jednak nikt tu nie przyjdzie, a poza tym jutro sobota.
Ale Stachu, nie bacząc na uwagi, schował już wyciągnięty kawałek materiału za jakieś metalowe pudło i powiedział, żeby się nie martwić. Obydwoje rozejrzeli się jeszcze raz dookoła i pewni, że nikt niczego nie widział, ruszyli za resztą grupy.
Ten sam materiał, który przed paroma minutami kołysał się leniwie na delikatnym wietrze i w wątłym świetle latarni powiewał nad szerokim deptakiem, leżał teraz ściśnięty między blachą a przykurzonym murem gdzieś przy jednej z kamienic Gandawy i nabierał wilgoci od piachu wysypanego na nierozebraną część chodnika. Ani Tomek, ani Stachu nie zastanawiali się, po co ktoś wywiesił tę flagę, zresztą nie to ich interesowało. Chcieli pozostać niezauważeni i w tej pozornej niewidzialności dokonać czegoś, co świadczyłoby o ich męstwie, bohaterstwie, a także o ideałach, którym chcieli być wierni. A może był to tylko głupi czyn podyktowany chęcią przeżycia przygody dopingowany przez krążące w żyłach cząsteczki alkoholu? Później przyszły inne skojarzenia. Pojawiły się średniowieczne opowieści o rycerzach i rozgrywanych przez nich wielkich bitwach, na których zdobycie proporca świadczyło o zwycięstwie. Nawiązywano również do czasów Napoleona, mówiono o Legionach Polskich i ich sztandarze nieprzypominającym wcale o polskości walczących w nich Polaków. W końcu zdobycie flagi porównano z dywersyjnymi czynami Pokolenia Kolumbów, a samą flagę - z flagą Nazistów.
Ten dla wielu będącym tylko pozbawionym sensu aktem wandalizmu czyn, mimo kontrowersji, jakie wzbudził i wątpliwej trzeźwości sprawców, przeprowadzono niezwykle sprawnie. Gdy współtowarzysze Stacha i Tomka oddalili się nieco od miejsca ulokowania flagi, Tomek wspiął się po rusztowaniu na drugie piętro i, próbując już wtedy zerwać flagę, ocenił sytuację. Widząc, że jest bezsilny wobec sznurka wiążącego kij do metalowej rury, zszedł na dół, pożyczył od znajomego zapalniczkę i skonsultował działanie z kolegą.
- Będziesz stał tu na dole i ogarniał sytuację na ulicy - powiedział do Stacha. - Jakby co, daj cynk - skończył podekscytowany. Stachu potwierdził i zaproponował, aby flagę po zdobyciu zrzucić mu na dół. Było to sensowne rozwiązanie, więc Tomek bez dyskusji się zgodził. Rozejrzał się po raz ostatni i podbiegł w stronę barierek oddzielających rusztowanie od deptaku. Znów wszedł na metalową konstrukcję, zapalił zapalniczkę i wtedy zdał sobie sprawę, że w mieszkaniu, z którego najprawdopodobniej flagę wywieszono, nie ma zasłoniętych okien, zatem i płomień zapalniczki, i jego oświetloną teraz twarz będzie znakomicie widać z wnętrza. Ale na zmianę planu było już za późno. Płomień po kilku sekundach przepalił jeden ze sznurków i do pomyślnego zakończenia akcji pozostało naprawdę niewiele. Jednak przy drugim z nich wiatr pomyślności wiać przestał, za to wzmógł się ten prawdziwy. Zapalniczka za nic nie chciała się zapalić, a nawet gdy się to udawało, po chwili gasła. Drugi sznur jaki był, taki pozostać widocznie chciał. A czas nieubłaganie płynął i każda sekunda spędzona tam na drugim piętrze zdawała się trwać wieczność, tym bardziej, gdy ulicą przejeżdżała taksówka i Tomek musiał przytulić się do ściany budynku. Po którejś próbie zapalniczka zaskoczyła i udało się przepalić kilka zwojów. Na pozostałe nie było czasu. Tomek chwycił mocno kij i gdy nim szarpnął, usłyszał, a w rękach poczuł pękający sznurek - flaga była jego. Odwrócił się w stronę ulicy, zameldował Stachowi o wykonaniu zadania i zrzucił mu zdobyczny łup. Gdy schodził po rusztowaniu, Stachu podbiegł do pobliskiego stojaka na rowery i zerwał flagę z kijka, który zostawił pośród rowerów. Wtedy dołączył do niego Tomek i razem pobiegli za róg pobliskiej kamienicy.
Rozmiary flagi Tomek ze Stachem docenili jednak dopiero po powrocie do akademika. I nie następnego dnia, ale jeszcze tej samej nocy wrócili się po nią w miejsce jej ukrycia. Okazało się, że flaga jest pełnowymiarowym płótnem, a nie jakimś tam proporczykiem. I nie była tylko wielokolorowym skrawkiem materiału, ale zdobił ją napis, który mówił o czymś, za co kiedyś ginęły miliony ludzi, a teraz stał się pretekstem do szerzenia nienaturalnych idei. I właśnie dla świętego spokoju, z dala od rozkrzyczanych populistów flaga trafiła tam, skąd nie będzie raziła swoimi rozpalonymi kolorami - na dno szafy.
- Niech wielkie słowa oznaczają wielkie rzeczy, bo gdy stracą znaczenie, staniemy się obojętni zarówno na dobro, jak i zło. I wtedy nawet tęcza przestanie być kolorowa - powiedział Tomek sam do siebie, po czym starannie zamknął drzwi tkwiącej w rogu pokoju szafy.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Pieniążek

Kiedyś może bym wam pozwolił
dać się porwać

zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że się wam udało
kiedyś

patrzyłem z zachwytem w kolorowe okienka posklejane ołowiem
i sięgałem do kieszeni
mówiąc: wierzę

kiedyś
to nie dziś
bo dziś
nawet gdybym chciał
nie uwierzę

teraz siedzę wyżej
więcej widzę
i więcej wiem

i słyszę
choć siedzę za filarem
że za mało myślicie o sobie

zrobiliście bajzel
i ktoś ten burdel musi posprzątać

czwartek, 12 lipca 2012

Niepamięć

chciałbym zapomnieć,
pewnie, czemu nie?

ale pamięć jest na tyle złośliwa
że pamięta
zawsze
nie to, co powinna

nie bójcie się zatem, ja nie zapomnę
chyba, że Al na starość wyrok niepamięci wykrztusi
wtedy nawet o sobie
zapomnę

zapomnę o mojej filozofii
o mojej fizyczności
i o fizjologii też
zapomnę

wszystko się zrówna na pustej płaszczyźnie niepamięci
i idea goszcząca niegdyś w mojej głowie niczym się nie wyróżni
od mokrych prześcieradeł
pośród których tonąć
będę w niewiedzy otoczenia

chciałbym zapomnieć,
pewnie,
ale i trwać
w pamięci młodego piękna

środa, 11 lipca 2012

Pizdryki

gdzieś spod ławki
wylazły pizdryki

wyślizgnęły się niczym ślimaki
tak nisko upadłym językiem nazwane

małe, wychudzone
z podrasowanymi fryzurkami
kołyszą się na wietrze
niczym latawce
(o, to dobre określenie)
latawic szukający

pizdryki

nazbyt lojalne
wierne
sympatyczne
z rumianymi buziami

świat zszedł na psy,
przepraszam,
na pizdryki

Koleżanki

o koleżankach bez emocji
przyszło mi pisać
emocjonalnym wierszem
pełnym goryczy z jednej
i płonnymi nadziejami z drugiej
strony

zaczyna mnie nudzić ich krótkowzroczność
i tępy wzrok utkwiony w przykurzoną zasłonę
zaczynają mnie nudzić rozmowy na dawno wyczerpane tematy

czasami jednak się zdaje
że słuchają
i na ten jeden moment
stają się
...
przyjaciółkami

a może to ja przestaję ich słuchać?

cóż, stoimy w miejscu
zatem szkoda czasu

poniedziałek, 14 maja 2012

Książka

Jakże trudno niekiedy o wenę twórczą! Taką, dzięki której i słowa w potoku żywej mowy o kunszcie retora świadczą, i wyrazy przelewane na papier czytelnik później z łatwością i łapczywością niejaką wzrokiem połyka. Czasami chciałoby się sięgnąć słonecznych promieni i ślizgiem Ikarowym pod niebiosa pofrunąć, ale zasłona chmur nieprzeniknionych stanowczo ideę tę wielką porzucić każe. A spragnione i młode umysły ambitnych uczniów domagają się, niczym pisklęta pokarmu w gnieździe, wciąż to nowych i coraz doskonalszych dzieł, dzięki którym otworzą się szerzej na wiedzę i wyposażone w odpowiednie narzędzia swój warsztat pracy otworzą. Gdzież zatem szukać inspiracji, gdzież ambrozji życiodajnej i nektaru, co boskiego ducha w ciało i rozum tchnie? Jakimi podążać ścieżkami, by nie zawieść się srodze, by na wyżyny wzlecieć i nauczycielem godnym szacunku się móc nazywać?
Takie rozważania, siedząc pod rozłożystym dębem, snułem i chyba dość głośno a nieświadomie mówić w półświadomości musiałem, gdyż przysiadł się obok mnie nieznany mi i wcześniej niewidziany stary wędrowiec i rzekł:
‒ Mądrze myślisz, ale twe pytania pozostaną bez odpowiedzi, gdy ty sam ich szukać ponad wszystkie siły nie będziesz. Kiedyś i ja chciałem poznać całą prawdę o świecie. Chciałem zdobyć to, czego jeszcze nikt przede mną nie miał. Zebrałem wtedy niewielki swój dobytek, spakowałem do tego oto tobołka i ruszyłem przed siebie...
Starzec urwał zdanie. Sprawiał wrażenie zmęczonego, a gdy ręką wskazywał na płócienny worek leżący u jego stóp, wyraźnie widziałem drżenie palców i dłoni. Po jego twarzy przebiegł wyraz bólu, a nad dolnymi powiekami pojawiły się malutkie, słone jeziorka. Co było przyczyną tego wzruszenia, wtedy jeszcze nie wiedziałem. Nie śmiałem jednak pytać. Podciągnąłem tylko nogi bliżej siebie, łydki otrzepałem z czarnej ziemi, strzepnąłem mrówkę pewnie kroczącą nie tam, gdzie nie powinna i ponownie spojrzałem na starca. Zakręcił właśnie metalową, powgniataną menażkę i ocierał usta ledwo widoczne spoza siwej brody. Po chwili westchnął i niskim, pełnym żalu głosem powiedział:
‒ Teraz jestem stary, sam widzisz. Dalej wędruję, choć odpowiedzi poszukiwać już nie muszę. Znalazłem ją przed latami. Wiesz, to dziwne, co człowieka musi spotkać, przez co musi przejść, aby zrozumiał pewne siły rządzące światem.
Starzec wyraźnie odetchnął. Pomyślałem, że dawno z nikim nie rozmawiał, więc nie śmiałem mu przerywać, tylko przytakiwałem. Moje gesty musiały spotkać się z jego aprobatą, gdyż wyciągnął wskazujący palec prawej dłoni i, poruszając nim jakby nawijał na niego najdelikatniejszą nić, delikatnie się uśmiechnął.
‒ Gdy wyruszałem, byłem starszy od Ciebie, młody człowieku. I świat wyglądał inaczej, i ludzie byli inni. A ten dąb, pod którym teraz siedzimy… O, tych gałęzi tam, zobacz, tych na górze, nie było. Tak… Jakieś dwadzieścia lat temu… Dwadzieścia dwa, trzy… Tak, dwadzieścia trzy lata temu! – wyliczał starzec, marszcząc przy tym krzaczaste brwi. ‒ Dwadzieścia trzy lata temu usiadłem pod tym samym drzewem, tak, jak ty dzisiaj. I tak samo myślałem o wielkich ideach, mających zbawić ten świat. Chciałem być kimś w piramidzie społecznych zależności, stać na szczycie, mieć pod sobą tłum wiernych ludzi z ufnością czekających rozkazów, słuchających moich nauk, będących ucieleśnieniem ambitnych planów i założeń. Chciałem mieć w swoich rękach żywy, gotowy do uformowania materiał na kontynuatorów mojej osoby, a może, kto to wie, nie tylko kontynuatorów – ba, uczniów mnie przerastających!
Tutaj wędrowiec się załamał. Schylił głowę, a podbródek oparł na pomarszczonych dłoniach. Nie do końca wiedziałem, o czym opowiadał, nie sądziłem też, że jego historia będzie miała koniec, o morale nie wspominając. Gdy przez krótki czas starałem się poukładać to, co przed chwilą usłyszałem, połączyć spotkanego człowieka z jakimś ruchem oporu, ideologią, mężczyzna, nie podniósłszy głowy, powiedział, jakby przez zaciśnięte zęby:
‒ Wszystko stracone. Wszystko. Za późno zrozumiałem, za późno.
W tym momencie się rozpłakał. Rzewnie wylewane łzy kapały na przechodzoną kurtkę i znaczyły własne ścieżki między bawełnianymi szlakami. Wąskie strużki łączyły się w szersze, te robiły się coraz bardziej niekształtne, aż osiągnęły rozmiary pokaźnych plam. Stary poczuł, że kurtka robi się wilgotna, bo podniósł głowę, siwe włosy odrzucił na bok i nos otarł rękawem. Chcąc ukryć swoje wzruszenie, zaczął grzebać przy tobołku. Nie widziałem, co było w środku, bo położył go obok siebie, w taki sposób, że większą część przysłonił, ale po chwili wyciągnął z niego jakiś pakunek wyglądem przypominający pudełko, jednak owinięty w cienką skórę i przewiązany grubym sznurkiem. Ujął go w taki sposób, jakby trzymał najcenniejszy skarb. Drżenie rąk ustało, a uchwyt wydał się silny i pewny. Podniósł pakunek i przycisnął go do piersi. Widziałem, że w tym momencie się uspokoił. Jeszcze raz pociągnął nosem i łamiącym się co nieco głosem powiedział:
‒ Byli ludzie. Miałem i uczniów, i wielbicielki. I naśladowcy się znaleźli. Ale to wszystko na nic, bo gdy przestałem być im potrzebny, po prostu odeszli. Zostawili mnie. Nawet cichego „dziękuję” nie usłyszałem, żadnej wdzięczności. A dałem im więcej, niż mogli oczekiwać. Pokazałem rzeczy, o których nie śnili. I jak mi się odwdzięczyli? Po tylu latach, po tylu latach przeżytych razem z tyloma wspaniałymi ludźmi znów byłem sam. Ja jeden. Ja i mój marny tobołek. Zostały ideały. Zostały wielkie czyny. Ale zabrakło siły i energii, żeby zaczynać od nowa. Minęły lata, kiedy uświadomiłem sobie, że ludzie, w których pokładałem moje nadzieje bycia szczęśliwym, nie są mnie warci. Gdy jesteś im potrzebny, wtedy cię szanują. Wystarczy, że odkryją drzemiący w sobie potencjał i już ich nie ma obok ciebie. W jednym momencie twój świat może się zmienić nie do poznania i co wtedy zrobisz? Nie sądziłem, że może mi się to kiedyś przydarzyć. Ale stało się.
Starzec zrobił krótką przerwę. Złapał oddech i zaczął gładzić róg zawiniątka jedną dłonią, a palcami drugiej delikatnie muskał węzeł na sznurku.
‒ Ona jedna sprawiła, że przetrwałem. Ona jedna się nie wyłamała. Została ze mną do końca. Zawsze mogłem do niej wrócić i na nowo zacząć poznawać jej tajemnice. W moich objęciach należała tylko do mnie. Ona i ja tworzyliśmy jeden doskonały twór. Tylko ona była warta miłości. Uczciwa, niezmienna. Szkoda, że na ludzki sposób pozbawiona duszy.
W tym momencie zrozumiałem, co starzec trzymał w swoich rękach. W kilku warstwach bydlęcej skóry, mocno pociemniałej, miejscami przetartej i silnie związanej sznurkiem mieściła się ostoja spokoju, nadziei i sensu istnienia tego człowieka. Jedynie ten mały przedmiot, który od zawsze towarzyszył mu w podróży i na każdym kroku, stanowił dla niego istotę życia i wyznaczał kierunek marszu. Starzec w swoich dłoniach trzymał książkę.
‒ Proszę pana, słyszy mnie pan? – usłyszałem miły, kobiecy głos i poczułem dłoń na moim ramieniu. Otworzyłem oczy i bezwiednie kiwnąłem głową. ‒ Proszę zapiąć pas, przygotowujemy się do lądowania ‒ oznajmiła stewardesa.
Spojrzałem przez małe okienko. Właśnie zataczaliśmy koło nad miastem i wyraźnie obniżaliśmy pułap. Pospiesznie chwyciłem za torbę, która walała się między nogami i zajrzałem do środka. Odetchnąłem z ulgą. Leżała tam nadal, nienaruszona, taka sama, gdy wkładałem ją do środka. Książka. W podniszczonej okładce z dębem.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Łby obrócone na lewą stronę

Jakby ktoś nie dość, że w łeb wbił coś wreszcie,
to jeszcze światłem, takim co się zowie jasnym,
oświecił
nieogolone lica, pysk niewyparzony i myśli
bezmyślne
wulgarne i tępe
a najgorsze, że powracające jak wiosenny katar.

Może się w końcu przeciśnie ten dogmat piękna przez wąskie gardło głupoty.
(Aż dziw bierze, że tak długo trzeba było czekać.)

Mizeroty niepodobne do natury
i wyolbrzymione oczekiwania

sprzedawczyki
i opalone sukinsyny
otuleni jękami rozdartych kurew

świat w rzygowinach
okolica w śmieciach
a smród i hołota po ulicach jak zbłąkane kundle łażą

Zachciało się
jest szybko, tanio
zapragnęło się łatwego
i jest erotyczny fast-food
przekładany obłudą na wynos

A wszystko i tak zgnije.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Bezwartościowe amulety

W erze skomercjalizowanego świata, w którym religia została zepchnięta na margines życia, jako niepotrzebny czy wręcz komplikujący egzystencję element, mam wątpliwości, jakoby wszelkiego rodzaju amulety miały jakikolwiek sens istnienia. W czasach, gdy piętnuje się symbole religii chrześcijańskiej, byłoby nieporozumieniem wynoszenie na piedestał znaków innych wyznań czy wierzeń. Bo przynajmniej mi z wierzeniami amulety się kojarzą. Z plemiennymi szamanami niedawno odkrytych zakątków Afryki, Ameryki lub którejś z wysp Oceanii. Będące symbolami potęgi, nadprzyrodzonych mocy i magicznej siły. Nierzadko wykonane ze skalpów wroga, szczątków ludzkich i zwierzęcych albo odlane z metalu wytopionego w prowizorycznych dymarkach czy ulepione z gliny i wypalone następnie w ognisku. Wśród tubylczych ludów słabo znanych rejonów świata takie amulety były czy są także symbolem wiary. Oznaczają przynależność do danej grupy etnicznej, określają tożsamość. Przy okazji mogą pełnić rolę ozdobną, ale to nie ich główne zadanie. A zdaje się, że dzisiaj ludzie trochę o tym zapomnieli i w bałaganie myśli obwieszają się różnymi znaczkami wyrabianymi masowo w Chinach, myśląc, że ochronią się przed czarami i zapewnią sobie szczęście. Przerzucają tym samym jakąś odpowiedzialność na te zawieszki, szukając namiastki wiary, którą i tak dawno już utracili.
Jak dla mnie amulety są bezwartościowe. Być może gdzieś mają jakąś moc, ale wiążą się nierozerwalnie z wiarą tych, którzy je stworzyli, a podróbki noszone na szyjach ludzi do kości przeżartych ateizmem nie mają żadnych właściwości. Jeśli chcemy być szczęśliwi, nie pomoże nam w tym żaden talizman czy zabobon. Nasze życie kreujemy my sami i jeśli chcemy, aby było pełnowartościowe, nie możemy opierać go na wierze w metalowe lub drewniane amulety, bo gdy rdza zje metal, a drewno zbutwieje, wraz z nimi rozpadnie się nasz światopogląd, a wtedy zostaniemy sami.

środa, 14 marca 2012

Tajemnica

Będziesz tajemnicą
zrównaną z tajemniczym kolorem oczu
w których każdy widzi inna odmianę
nieprzejednanej szarości
obsypanej platynowym brokatem
i delikatnymi strugami agatowych potoków

a gdzieś z otchłani źrenic wypływa blask
rozświetlający granice widzialności
i tłumi ową tajemniczą rozkosz
patrzenia

smutek? żal? niespełnienie?
podkreślane równą kreską czarnego tuszu

i tajemnica lekko opuszczonych kącików czerwono-różanych ust
tak elegancko obrysowanych
a przecież nieraz rozłożyście rozkołysanych
wesołym uśmiechem
wciąż jednak szczerze tajemniczym
jak jego właścicielka

Kilka złotych

Zatem nie rozliczamy się do końca
zawsze zostaje jakaś złotówka
i słowo niewypowiedziane na pożegnanie

A później uciekasz przede mną
wskakując w otwarte drzwi tramwaju
i znowu jesteśmy sami
nieomylni, piękni
coraz bardziej zmęczeni
choć godzina jeszcze młoda

Nie rozliczamy się ze spojrzeń
gdy przerywasz zmieszana
a ja wciąż nie znam odpowiedzi
porwany długością rzęs
w głębinę między powiekami

Nie rozliczamy się z tematów
barwnie niespotykanych
utkanych srebrną nicią
pośród ciemnych zakątków naszego miasta
i tych zdeptanych chodników
naszych historii i tożsamości

Nie rozliczamy się
choć wiem, że kiedyś
trzeba będzie zapłacić
i tego się boję

czwartek, 8 marca 2012

Zimą w tramwaju

Gdzieś zza szklanej tafli widzę starą babcię kuśtykającą na przystanek.
I pana w wielkiej futrzanej czapie.
Wywiało ich spod starej szafy.
Jaki ten zimowy wiatr wredny. Mógł im pozwolić po cichu zginąć w kurzu.

Ale zaraz obieram inny kierunek.
Tam w kącie stoi młoda dama.
I ma zgrabną łydkę.
Bardzo.
I długie rozwiane włosy. To pewnie przez ten wiatr.

Wszedł relikt dzisiejszego wina.
Taniego.
Bardzo.
A może to nie było wino.
A może to nie jest człowiek.
Cuchnie.
Trzeba otworzyć okno. Gdzie wiatr.

Już wolę patrzeć w kąt.
Tak.
Dobrze, że jest ten wiatr. Zimowy.

czwartek, 1 marca 2012

Używam

W przestrzeni z trzema kierunkami
potykam się
o używek niestrawności
i czas, który niestrudzenie przywraca naturalność
trzeźwości i patrzenia w codziennych barwach
przynajmniej większości

potykam się o puste
metalicznie brzmiące opakowania
walcowatych kształtów
a wypite źródło paruje
ze skóry skropionej zimnym potem

potykam się o puste opakowania
proszkowatej materii
co krąży w żyłach
i pewnie głębiej

dziś już nie wstanę
nie mam sił
gdy gorąc rozrywa pierś
i łza wymuszona ostrym oddechem spływa po wysuszonym policzku

bez przesady i bez milczenia
wsłuchuję się w mętlik dźwięków

wzrok oszukiwał
i pamięć
i ludzie też oszukują
siebie samego też oszukam
używkami

wtorek, 28 lutego 2012

Plecak

Usiedli przy stole. Z pokoju obok zaczął dochodzić dźwięk przemówienia Churchilla otwierającego utwór Aces High Ironów. Tomek przysunął krzesło do stołu tak, jak czynił to zawsze, a Kuba zaproponował kanapkę, po czym otworzył lodówkę. Gdy spostrzegł, że nic w niej nie ma, zamknął drzwiczki i powiedział, że lipa, oprócz kilku parówek jest tylko krem czekoladowy i że jutro dopiero coś kupi.
– Spokojnie – odrzekł Tomek. – Przyniosłem coś, co zastąpi każdy posiłek – kontynuował. Otworzył swój plecak i postawił na blacie czteropak Żubrów.
Kuba zmarszczył czoło i zapytał:
– Czemu tylko jeden? Trzeba było wziąć dwa, a tak będziemy musieli znowu łazić na stację.
Wychodzenie w nocy po kolejne piwa było niejaką tradycją w cotygodniowych spotkaniach. Towarzyszyło temu zawsze palenie papierosa w windzie, tak że Tomek, który unikał dymu, musiał odwracać głowę od obłoku lecącego w stronę szpary między jadącą kabiną a mijanymi metalowymi drzwiami. Czasami szli piechotą, ale wysokość do pokonania łatwo zniechęcała. Robili to tylko wtedy, gdy schodząc ze strychu widzieli, że winda wjeżdża na ostatnie piętro.
– To pewnie ta suka spod piętnastki – rzucał Kuba i szybko zbiegał z zapalonym papierosem na półpiętro.
A stamtąd zostawało do pokonania już tylko osiem poziomów. Kiedyś zdarzyło się, że Tomek wyszedł przez okno między parterem a pierwszym piętrem na daszek i zeskoczył na trawnik, ale to było dawno i poza tym był pijany.
Kuba rozciął nożyczkami polietylenową otoczkę czterech aluminiowych puszek, dwie z nich schował do lodówki, jedną postawił przed sobą, drugą przesunął bliżej Tomka.
– Na trzy – rzucił hasło Kuba.
– Raz! – Powiedzieli obydwaj i w tym samym momencie spod zawleczek uleciał znany im dobrze syk, a żółty napój lekko się spienił. – Zdrówko! – dokończyli tradycyjny toast stuknięciem puszek i piwo zaczęło delikatnie płynąć po języku wprost do gardła.
Kiedyś Kuba stwierdził, pewnie po powrocie z Norwegii, że gdy się wznosi toast i stuka naczyniem, z którego się pije, trzeba patrzeć sobie w oczy, bo jeśli nie, to nieszczęście się zdarzy, więc nie ma co ryzykować. I od tamtej pory zwyczaj ten wrósł do, i tak już nieco rozbudowanej, tradycji picia piwa.
– O co chodzi z tym twoim plecakiem? – Zapytał Tomek. – Mówiłeś, że potrzebujesz nowej kostki – powiedział, połykając kolejny łyk piwa.
– Po to do ciebie dzwoniłem cztery razy, a ty, kurwa, nie odbierałeś – odpowiedział trochę zirytowany Kuba i od razu napił się z puszki. – W końcu na gadulcu napisałem, bo sprawa pilna – skończył.
– Wiesz, jak ze mną jest, nie zawsze odbieram – odpowiedział, chcąc się usprawiedliwić, Tomek. – Zabiegany byłem, dużo obowiązków.
– Dobra, nieważne, ale załatwiłeś, tak? – zapytał ostatecznie Kuba.
– Tak. Forsę przelałem. Kostkę będziesz miał za dwa dni – odpowiedział Tomek wyraźnie dumny ze swej inicjatywy, przez chwilę wsłuchując się w Ironów.
Plecak Kuby. Kostka. To temat zażartych bojów między Kubą a jego rodzicami czy babcią. Bo jak to być może, że młody chłopak idący do gimnazjum w małej gminie kupuje plecak rodem z Ludowego Wojska Polskiego i w czarnych glanach próbuje zaaklimatyzować się wśród dresów i „szlugów” młodzieży wiejskiej. Taki plan egzystencji pośród wyrostków popegeerowskich wsi Województwa Dolnośląskiego z góry można było określić jako zbyt ambitny i niemożliwy do spełnienia. Niemniej jednak Kuba nacechowany ideami pokojowego życia spróbował zaistnieć i w taki czy inny sposób integrować się z niedoskonałą społecznością małomiasteczkową. Szkoda, że bez skutków. W trzeciej klasie gimnazjum powrócił do Wrocławia, na osiedle, z którego się wywodził i na którym wraz z Tomkiem nieraz próbował zaspokoić swoją dziecięcą ciekawość w sferach piromanii, piłki nożnej i budowania pozycji społecznej. Wojskowy plecak Kuby to wreszcie znak wkraczania w dorosłe życie, gdy wraz ze starszym bratem poznawał tajniki życia gwardii czternastego LO. To także pierwsze piwka noszone w plecaku, żeby spotkać się ze znajomym, Sarną. W kostce, pod jedną ze wszywek znajduje się z resztą do dziś włos pierwszej kobiety Kuby, a klapę zdobią niezliczone kondensatory, oporniki i układy scalone wyniesione z laboratoriów Wydziału Elektronicznego Politechniki Wrocławskiej. Jednak najciekawsze historie wiążą się z podróżami Kuby i jego wypadami za miasto. Popijawy pod Wrocławiem nierzadko kończyły się snem na kostce gdzieś wśród krzaków. Tomek przypominał niejednokrotnie o tym, gdy wracając z którejś nocy świętojańskiej Kuba położył się na stoku Ślęży i głowę wsparł na zniszczonym plecaku. Drzemał tak, dopóki Tomek go nie szturchnął i powiedział, że nie ma co, trzeba wstawać, bo pizga. Plecak Kuby to także atrybut wyjazdu do Norwegii w celu znalezienia pracy na wakacje. I gdy w swoim plecaku turystycznym zmieścił rzeczy potrzebne do przetrwania na obczyźnie, kostka z chęcią pomieściła wtedy znoszone glany i kilka wagonów fajek, w końcu w Norwegii fajki drogie.
Tak przez lata wraz z Kubą starzała się jego kostka. Gdy na spodniach Kuby pojawiało się więcej otarć, plecak zdawał się być tylko lekko draśnięty przez przemijający czas. Do momentu, gdy dno plecaka przetarło się na wylot. Bynajmniej nie od książek. Kuba nigdy nie należał do tych, którzy przygotowani do zajęć taszczyli na zajęcia tuzin książek, z których jedna prześcigała drugą w tonażu. I bardzo dobrze. W przeciwnym wypadku plecak nie przetrwałby nawet roku. Dziura na wylot powstała zapewne przez otarcia ze strony metalowych puszek, szklanych flaszek różnych kształtów i innych nieforemnych opakowań. Bo plecak zaczął pełnić nie tylko rolę transportera alkoholu, ale również siatki na zakupy z pobliskiej Biedronki i Carrefoura. No i dziury trzeba było łatać.
Z czasem pierwotnego ciemnozielonego materiału było coraz mniej. Plecak tracił swój kolor wraz z nitkami. A wraz z urywanym materiałem Kuba tracił swoją dziecięcą naturę i przeobrażał się w zbiór zdarzeń, doświadczeń i interakcji z innymi ludźmi, w których stara kostka towarzyszyła mu niestrudzenie. Plecak musiał być zawsze – nawet wówczas, gdy nic się w nim nie nosiło. Ten nierozłączny atrybut wolności, niezależności i otwarcia na przygodę wyznaczał styl bycia Kuby. Nieraz aż nazbyt wyraźnie. Bywało też, że Kuba integrował się z kostką całkowicie. Tak jak ona był poniewierany przez przeciwności losu i niedbalstwo. Nawet jego spodnie bywały tak samo obszarpane jak plecak. Mało tego, ze starych spodni robił łaty i wszywał je dla wzmocnienia konstrukcji kostki. Zabieg ten spowodował utworzenie kolejnych przegródek, których zawartość znał tylko Kuba. Gdy Tomek proszony o włożenie do środka jakiś zakupów zaczynał mieć wątpliwości, czy robi dobrze, Kuba jakby na siłę ściągał ten przyrośnięty do niego sztuczny garb, komentował nieudolność i niewyuczalność kompana, po czym sam pakował rzeczy i zaraz znów tworzył z plecakiem jedność.
Po przylocie Kuby z Nowej Zelandii kostka zestarzała się jeszcze bardziej. Tak, jak jej właściciel miała za sobą tysiące kilometrów podróży i była świadkiem przeróżnych zdarzeń, które wyraźnie nadszarpnęły jej kondycję fizyczną. Była równie wyczerpana i zużyta jak Kuba, który ewidentnie miał już dość światowej tułaczki. Z kostką pojechał później jeszcze raz do Norwegii, ale po powrocie obwieścił, że to koniec. Plecak z jednym uchwytem trzymającym się na grubych sznurkach tracił swoją przydatność. Dżinsowe wstawki przewyższały procentowy udział oryginalnego materiału, a starte wszywki trzepotały na okaleczonych nitkach. Teraz kostka dogorywała rzucona jak zwykle na amerykankę i czekała na swoją następczynię. Ale nie miało to być odrodzenie feniksa. Z odejściem tej kostki odchodziła niewątpliwie pewna epoka w życiu Kuby. I nic już nie miało wyglądać tak, jak do tej pory.
Ale oni jeszcze o tym nie wiedzieli. Jak zwykle siedzieli w ustalonej konfiguracji przy stole i szykowali myśli do kolejnej batalii o zwycięstwo w skomplikowanym świecie damsko-męskich stosunków, w którym układ sił zmieniał się zbyt szybko i zbyt nieprzewidywalnie. Kuba podniósł puszkę do ust, napił się piwa i wstał.
– Bo ta moja kostka cała się już rozjebała – rzucił od niechcenia, postawił puszkę na stole i poszedł do pokoju.
Po chwili za nim wszedł Tomek. Rozejrzał się. Spojrzał na leżący plecak i próbował przywołać w myśli zdjęcie tego, który dziś kupił w Internecie.
– Wiesz co, ten plecak, do którego przesłałeś mi link, wyglądał trochę inaczej. – powiedział Tomek z lekkim żalem w głosie.
– Wiem, ale co panie zrobisz? Nic panie nie zrobisz. – odparł Kuba.
Odsunął się od biurka, zapalił dopiero co skręconego papierosa, podszedł do okna i otworzył je. Przez otwarte okno wpłynęło zimne powietrze i zatoczyło okrąg po pokoju, porywając za sobą kurz i owiewając każdy centymetr powierzchni. Z głośników dochodziły ostatnie akordy Aces High. Wiatr delikatnie musnął leżącą kostkę, wzbił się z powrotem do okna i poszybował w nieznane razem z papierosowym dymem.

piątek, 24 lutego 2012

Wkoło

Kiedyś wszyscy wrócimy do punktu wyjścia
i znów staniemy w miejscu,
z którego przed latami wyruszyliśmy
w podróż
aby szukać szczęścia

Kiedyś znów będziemy zasypiali w zimnej pościeli,
a para z ust uniesie się w pustym pokoju

Kiedyś znowu podamy komuś dłoń,
aby pomógł nam wstać
gdy nie będzie już tej ciepłej
tak czule roznoszącej niegdyś w nas gorąc

Zatoczymy koło pośród naszych marginesów
czasami chętnie obrywając coś z zewnątrz
jak liście zza okna pociągu

Kiedyś wrócimy i znów staniemy przed wyborem
Kiedyś.
Będziemy starzy, samotni i zmęczeni
i na wybór będzie za późno

czwartek, 23 lutego 2012

Ostatni zapisek

Mógł coś znaczyć
był kimś
a jeśli ktoś już tak powiedział, to nie dla żartów
obrócił się na pięcie i wyszeptał jakieś słowo

odchodzę, to za mało
rzekłby może z większym namaszczeniem
naciskiem na przedostatnią sylabę

i tak zrobił
widzieli go jeszcze co poniektórzy
coraz bardziej zgarbieni i zgorzkniali
ale tylko wyciągali rękę w geście powitania
nie wypowiadając żadnych słów

miał w sobie to coś
i właśnie przez to coś odszedł
sprzeczali się i pokazywali palcem
ale on już nie widział
szedł z podniesioną głową
może nawet gdzieś w chmurach

raz usiadł w przedostatnim rzędzie
i zapisał coś na kartce
a później wstał i wyszedł
i nie widział go już nikt
i nikt o nim nie słyszał

był kimś
ale nikt za nim nie tęsknił

środa, 22 lutego 2012

Popielec

Przypomnieli sobie
tak jak w sobotę
z wielce uświęconym pokarmem
ciastkiem, kiełbasą i jajkiem

przypomnieli sobie o środzie
przepasanej fioletem
bez zapomnianej Glorii
ale z szarzyzną na głowach
pochylonych i bogobojnych

przypomnieli o postanowieniach
tak samo zapomnianych
jak nieodmawiane Credo
i niegdyś składane przysięgi

a za rok znów trzeba będzie przypominać
bo pamięć krótka
taka do umycia głowy

Zdziwienie

Z czasem przyszło zwątpienie
i zaczęło się rozlewać, jak kipiące mleko
ale on nie spostrzegł

z czasem doszła samotność
pojawiła się jak stara babka pod kościołem
znikąd

z czasem odeszli ci, na których mu zależało
i ojczyzna zdawała się kurczyć
a wraz z nią jego ideały

z czasem wyszły na jaw ukryte ambicje
ich, jego, co za różnica
trzeba było wybierać

i znów zaczął się dziwić
nad nieładem tego układu
gdzie świat w pełni umeblowany
jest tylko gąbką
nasączoną ludzkimi istnieniami

poniedziałek, 20 lutego 2012

Młode lata

Zmarnowane
minuty
źle spożytkowane
godziny
i tygodnie, i lata
a wystarczyłoby po prostu przestać
psuć i wymyślać

człowiek nie uczy się na własnych błędach
a Polak nie jest mądry po szkodzie
i gdy się uda czmychnąć między pociskami
coraz chętniej wbiegamy na pole bitwy
pyszni i wniebowzięci

nasze ręce nie pamiętają pracy
stopy zmęczenia
głowa sama się nie chyli
kolana nie uginają

wciąż za dużo czasu
i za mało chwil
i nas w tym wszystkim brakuje
dla siebie
zmarnowanych młodymi latami
bezdzietności
beznadziei
bezsensu

a wystarczyłoby po prostu wstać
i ruszyć się z miejsca

wtorek, 14 lutego 2012

Niespodzianka o zapachu chleba

i chrupiącej skórce
jak świeży bochen
z pobliskiej piekarni

gdy zapukałem z pakunkiem w ręku
i obudziłaś sennymi powiekami
swoje zaspane myśli

przyniosłem coś dla ciała
- zagadnąłem od niechcenia
i patrzyłaś bez słowa
a ja wszedłem do rozświetlonej kuchni

niespodzianka o zapachu chleba
i mokre usta
po których spływała kropla
budzącej kawy
i pobudzającej miłości

obok promienie słońca tańczyły na parapecie
łyżeczka spadła ze stolika
czajnik wygwizdał i wodę, i nas
a pakunek leżał nadal nierozpakowany

Małe dłonie skrzyżowane na piersiach

Zamknięty w skorupce.
Jak orzech w łupinie.
Ale to tylko dwie małe dłonie skrzyżowane na piersiach.
Żeby je otworzyć.
Nie ma siły.
Na cały dzień i pół nocy.
W objęciach.

Teraz się chowam. Kurczę. Jak ślimak w muszli.
Żeby zawiązać oddech z przybyciem zimy.
Bardziej śnieżnej.
Nie widziano już dawno.
Zapomniano.
I ja zapominam.

Otworzyć drzwi.
Rozejrzeć się.
Rozsuwam kotary. Jak baldachim.
Lekko drży od podniecenia.
I jej głos. Już nie taki słodki.
Delikatnie charczy spełnieniem.

Wszystko.

Nie słuchać rad mamy.
I nie słuchać ojca.
Iść na przełaj. Brodzić po kolana w błocie.
Wybierać. Cieszyć się wyborem.
Mieć cel. Nawet za pagórkiem.
Wejść na górę.
Zejść w dolinę. Na przełęcz.
Zerwać polny kwiat.
Stanąć na krawędzi. I zrobić krok do przodu.

Nie uciekać.
Zmierzyć się. Spróbować.
Odpuścić.
Przebić piątkę.
Spojrzeć w nurt rzeki. Na zachodzące słońce.
Pójść nocą do lasu.
Ubrać schodzone buty. I starą kurtkę.
Otworzyć usta. Krzyknąć.

Niewiele. Zobaczyć świat, który mija.
Mało. Zobaczyć siebie w nim.
Zobaczyć piękno. Wszystko.

niedziela, 12 lutego 2012

Na walentynki

Mam pomysł.
Co byś powiedziała na walentynki w Murmańsku?
Zwiedzimy port i napijemy się wódki.
Zobaczysz fiordy. Jest co podziwiać.
To co, że zimno.
Nasze uczucie też jest takie.

Nie ma się co szarpać na Paryż.
Jest przereklamowany.
Tak, jak nasze relacje.
I jak te niekończące się spacery.

Chciałabyś się ogrzać w słońcu Riwiery Tureckiej?
Mają tam dobrą kawę. I jest kilka świetnych dyskotek.
Pewnie byś się odnalazła.
Ale nawet w tym upale nie będzie nam gorąco.

Dobijamy do brzegu zgruchotanym lodołamaczem,
a świeży przesmyk znów się szkli lodem.
Krople gorącej miłości płyną po naszych ciałach,
a zimny wiatr je znów osusza.
Na drzwiach od lodówki wiszą kolejne fiszki,
a z naszych ust pada coraz mniej słów.

I na nic się zda Murmańsk, Paryż czy Riwiera.
Czasami trzeba zacząć od środka.

sobota, 11 lutego 2012

Dopóki mnie nie trafią

Nigdy się nie wzniosę wyżej
niż ponad pułap
ograniczony świstem kul przeszywających powietrze
i kawałków szrapneli
mknących w kierunku moich trzewi

Nie wychylę się zza okopu ustalonych granic
żeby pocisk wymierzony ze snajperskiej broni
nie trafił celnie
w sam środek sprawy

A gdy się zbiorę do biegu
poganiany przez krzyk
rozwścieczonego kaprala
znów utknę w leju
niespełnionych założeń
i straconego czasu

Wtedy kolejny raz wyjrzę ponad krawędź
wybrudzony nowym błotem doświadczenia
i będę się podnosił
dopóki mnie nie trafią

Panienki

nietknięte przez czas
palcem
starości i zbyt wygórowanych ambicji
ufnie świecące
zaangażowanym uśmiechem

Panienki młode do bólu
który oddzieli je od dzieciństwa

To cezura nieobowiązkowa
ale wnosi coś na miarę dorosłości
w miękkość skóry
i delikatne spojrzenie
znosząc uśmiech w nienazwaną gorycz

Ta niekorzystna eliminacja
zabija tworzywo
z którego ulepiono pierwiastek młodości
panienek
od zawsze przeznaczonych do uwielbienia

środa, 8 lutego 2012

Do pary

Idąc dalszym tokiem myślenia skierowanym na kwestie miłości, doszedłem ostatnimi czasy do pewnego wyniku, który skrystalizował się w dość kontrowersyjnej, zapewne co dla niektórych, formie.
Zadałem sobie nieskomplikowane pytanie. Czy człowiek musi szukać kogoś do pary? Zamiast tego mógłbym zapytać o drugą połówkę, miłość życia, itd. Mniejsza o to. Wiemy, o co chodzi.
Odpowiedzi mogą być dwie. Odpowiem na łatwiejsze czyli przeczące. Owszem, ludzie nie muszą szukać swoich "drugich połówek", a potwierdzenie, z resztą nie do końca prawdziwe, bo mające wiele odstępstw od reguł, znajdziemy na przykład wśród osób duchownych. Żyją według jakiś zasad; załóżmy, że nie muszą zaspokajać potrzeb seksualnych bądź reprodukcyjnych. Dobrym przykładem będą tu ludzie aseksualni. Moim zdaniem jest to niezgodne z naturą istoty żywej, której celem nadrzędnym jest rozmnażanie. Człowiek widocznie zaczyna odstawać od tego modelu, szukając na siłę, działającej w gruncie rzeczy destrukcyjnie, pewnej ascezy. I tym właśnie stwierdzeniem uzasadniłem, że naturalnym zatem byłoby szukanie kogoś do pary, choćby ze względu na przedłużenie życia gatunku, co w ludzkiej przestrzeni może się ograniczać do przedłużenia istnienia rodu czy nazwiska. To dobry powód do znalezienia kogoś, z kim razem wychowa się swoje potomstwo. Ale czy konieczny? I tutaj pojawiają się wątpliwości. Bo jeśli dobrze jest mieć dzieci, to posiadanie partnera życiowego nie musi się z tym wiązać, czego dowodzą kobiety i mężczyźni samotnie wychowujący swoje pociechy. Owszem, na sam moment poczęcia potrzebne jest czasowe zespolenie (w dobie zapłodnień in vitro już nawet nie), ale na tym rola partnerstwa może się skończyć. Mało tego. Doszedłem do wniosku, kontynuując niejako nurt podjęty wraz z wierszem Niemiłość, że to, co może spoić młodych ludzi, jest, jak już wcześniej pisałem, tylko fascynacja fizycznością. Wszystko, co później zostaje to albo przyzwyczajenie, albo wygoda, albo dzieci.
Miłość jako coś nierzeczywistego, transcendentalnego nie istnieje między ludźmi w czystej postaci. Nie istnieje sama z siebie - niezależnie. A tak właśnie próbujemy ją sobie tłumaczyć - kocham kogoś, bo po prostu kocham. To nie jest uzasadnienie. I choć niektórzy się nie zgodzą, i powiedzą, że miłości nie trzeba uzasadniać, to w gruncie rzeczy wiemy, że to uzasadnienie zawsze istnieje. Budując wokół siebie otoczkę szczęśliwości chcemy to szczęście zwabić na siłę, zapominając, że radość powinna wypływać z nas samych. Nieważne, czy kogoś mamy, czy nie.
Nie chcę potępiać instytucji rodziny albo małżeństwa. Chciałbym tylko wskazać na nieuzasadnione ograniczanie w jakimś stopniu swojej niezależności jako jednostki. Bo ta sama jednostka, człowiek, która do pewnego czasu w istocie jest podległa wychowawcy, rodzicowi, w pewnym momencie może rozwinąć skrzydła i stać się samym w sobie elementem świata zmierzającym do ideału w ponadwymiarowości czasu i przestrzeni, gdy nagle pojawia się myśl oddania części swojej niezawisłości komuś. Komuś jeszcze równie niedoskonałemu. Bo dopóki będziemy ulegać ludzkim żądzom wypływających z naszego człowieczeństwa, z naszej cielesności, dopóty nie uzyskamy pełni. W związku z tym, jeśli inny człowiek nie może mi pomóc w dążeniu do doskonałości, bo sam jest niedoskonały (choć pod ułudą miłości często się twierdzi, że jest idealny), po co zatem z kimś się wiązać?
Wiem, że mało kto zgodzi się z moją kontrowersyjną ideą. Chciałem jedynie wskazać na pewne aspekty związków międzyludzkich, nad którymi zastanawiamy się chyba zbyt rzadko i wolimy brnąć w naszej rzeczywistości po omacku.

wtorek, 7 lutego 2012

To wieczne czekanie

A nasze kręgi stają się coraz szersze
jak te na wodzie, gdy w jej toń wrzucimy kamień
i pytamy się sami siebie
ile jeszcze dni
ile tygodni
lat
zabraknie nam do szczęścia
a pomalowane mrozem szyby po południu stracą swój urok

tak uciekamy
i z niedowierzaniem patrzymy na dzień
gdy z pełną kieszenią udamy się na spacer
po rozrzuconych chwilach
wdeptując je głęboko w grunt zapomnienia

a przecież mieliśmy je przy sobie
na wysokości wzroku
i jak świeże owoce mogliśmy je rwać
sycąc siebie i innych

dziś w przyciasnych podkoszulkach siedzimy przy stole
udajemy uśmiechy
rozdając odpowiedzi
tlące się jak wygasająca świeczka

patrzymy na nią
i się zastanawiamy, kiedy sami zgaśniemy

poniedziałek, 6 lutego 2012

Zabawy

A Ty nie kiwniesz palcem
gdy mój wzrok z Twych oczu
spełznie niżej jak wąż nasycony
choć
tak naprawdę
zawsze głodny

I zaczniemy się bawić w chowanego
na Twoich centymetrach
kwadratowych

Palce rozpoczną marsz
od ramion do pępka
a jeśli muzyka poniesie
dalej
gdzieś na południe

Taka nowa ciuciubabka
gdy nie muszę już latać od ściany do ściany
i nikogo nie dręczę spojrzeniem
by coś zdobyć

I nikt się nie obraża
nikt nie skarży
choć bawimy się na granicy
dnia i nocy
bólu i rozkoszy
ryzyka

I to coś wciąż nam przypomina, że jesteśmy dziećmi

niedziela, 5 lutego 2012

Dobranoc

Na dobranoc położę moją rękę z drugiej strony
tak, żeby nie wadziła
o kant sennych marzeń
odsuniętych od spraw sprzed pięciu minut

na dobry sen obrócę się plecami
nie tylko do ściany
i będę uważał, żeby nie zasnąć
z podkulonymi nogami
pod jej pierzyną

gdzie prawo weta przegrało
na samym wstępie ustaleń
między goryczą a słodkim powitaniem

teraz trzeba uważać, aby za głośno nie oddychać
bo ktoś usłyszy szelest zamiast euforii
a puch obudzi sąsiadów
gdy westchnienie zrzuci go z poduszki

nasze sny umarły
zanim pojawił się ich zwiastun
a dźwięk skrzypiących drzwi
zabił nasz spokój

Dziś na dobranoc i na dobry sen nie rozkładam łóżka
- dzisiaj wystarczy jedna połowa

sobota, 4 lutego 2012

Eufemizm

zaczyna przybierać pełną formę
nie od razu
zdałoby się po kilku głębszych wdechach
po pierwszym upojeniu
albo trochę przed

gdy zaczyna zależeć
właściwie nie wiem, czy naprawdę
i gdy "niedobre" staje się "w porządku"
a ten kolor sukienki nagle bardzo twarzowy

gdzieś się kryją i prawda
i szczerze niewypowiedziane intencje
a przecież tydzień to za mało
na zmiany
w nas
i między nami

Asertywnie odpowiem Ci jutro
kiedy mi się znudzi to przyrzekanie
i planowanie zmarnowanej młodości

nakarmimy się
obydwoje
będziemy jeść sobie z dłoni
i nie zauważymy
jak brudne są nasze palce
umoczone w soku
fałszerstwa

Jeszcze dziś
jeszcze przez moment
mówię, że kocham
przez ładne okrągłe "O"

Bo to brzmi lepiej niż
"nigdy Cię nie kochałem"

czwartek, 2 lutego 2012

Wyobraźnia

Wyobraź sobie, że mnie kochasz
na ten jeden moment
kiedy stoję u progu
a Ty otwierasz drzwi

Wyobraź sobie, że go nie ma
ani dziś
ani wczoraj
tak, jakby nigdy go nie było

To przecież takie łatwe
z Twoimi zdolnościami
ze zręcznością i zwinnością
wyobrazić sobie

na tę jedną chwilę
zdającą się trwać wiecznie
od ósmej do ósmej
zanim na skrzyżowaniu obok znowu będą korki
zanim znów ubiorę płaszcz
zanim on wróci
zanim znowu wyobrazimy sobie naszą miłość

środa, 1 lutego 2012

Zetknięty

Mógłbym rozciągnąć się
na dwóch zapałkach połączonych pod kątem prostym

Stanąłbym wtedy pod sobą
i zastygł w bezruchu
bezsilności

Cała nagość przysłoniłaby
część nieboskłonu
zakrytego zdziwieniem niedowiarków

Niech patrzą
oto człowiek bez poparcia tłumu
taki, jak każdy
zabłąkany w sztucznych uśmiechach

Sam
stworzony dla siebie
i na swoje podobieństwo
by stąpać po marnym prochu ziemi

Oto wszystko w jego rękach
przedziurawionych na wylot kulami szaleństwa,
z których szkarłatne krople spadają cicho
jak kurz po dawnej bitwie

Widziałbym swoje oblicze
od zawsze przysłonięte cieniem
wyraźniej

A później narodziłbym się
już tylko na nowo
i po kilku dniach najzwyczajniej powstał

niedziela, 29 stycznia 2012

Naturalność procesu

Naturalność procesu to tylko część tytułu, którym objąłem poniższy tekst. Cały powinien brzmieć mniej więcej tak: Naturalność procesu przenikania stosunków koleżeńskich do silnego zespolenia kobieco-męskiego. Myślę, że teraz nabrał pełnego kształtu, niczym owoc agrestu, który, napełniając się lekko kwaśnym sokiem, ugina gałązkę krzewu i zwiastuje gotowość do zbioru. Nie inaczej pewnym uczuciem wypełniają się też często związki kobiet i mężczyzn, którzy spotykają się i nawiązują koleżeńskie stosunki. O jakim procesie zatem będzie mowa poniżej, przekonacie się już za chwilę.
Byłoby nadużyciem, gdybym napisał, że każda znajomość kobiety i mężczyzny prowadzi do miłości lub jakiegoś jej przejawu, na przykład romansu. Wynika to z tego, że, poznając kogoś, nie zawsze chcemy zawiązywać głębszych relacji. Zazwyczaj naszą znajomość ograniczamy do niezbędnego minimum. Kontakty przyjacielskie, koleżeńskie, wreszcie powierzchowne znajomości stanowią nieodłączny element życia każdego z nas. Częstym, jeśli nie podstawowym czynnikiem doboru takiego partnera jest jakieś wspólne zainteresowanie, umiejętność prowadzenia spontanicznej rozmowy na dowolny temat. Umożliwia to przetrwanie i rozwój takiej znajomości. Zatem zazwyczaj związki rodzą się w kręgach osób o podobnych zainteresowaniach, w określonych grupach społecznych, do których wnikając, możemy mieć pewność spotkania ludzi, z którymi łatwo nam będzie zbudować więź. Do tego częstym kryterium jest płeć drugiej osoby, potencjalnego celu naszej znajomości. Przeciętny mężczyzna lepiej się porozumie z mężczyzną, rozmawiając o tematach, dajmy na to, związanych z wojskowością czy nowinkami technicznymi. Z kobietami jest to samo, ale tematy rozmów i zainteresowania są zgoła odmienne. Nie można jednocześnie udowodnić, że związki koleżeńskie lub przyjacielskie zarezerwowane są jedynie dla osób o tej samej płci. Bo nie są. Jednak zawsze w przypadku rozmyślań na ten temat pojawia się sztandarowe "ale". W czym zatem tkwi problem?
Zanim odpowiem na to pytanie, nie omieszkam się nie przytoczyć jeszcze jednego faktu, który przyjacielskie relacje damsko-męskie postawi w trochę gorszej sytuacji. Jeśli uznamy, że miłość fizyczna jest poniekąd ukoronowaniem miłości wyłącznie między kobietą a mężczyzną, "przyjacielskość" zatem i "koleżeńskość" w relacjach między przedstawicielami tej samej płci w stosunku do związków międzypłciowych otrzymują priorytet. Bo jeśli kobiety między sobą nie zawiązują, z różnych pobudek, relacji na poziomie fascynacji erotycznej, naturalnym się staje, że szukają tego spełnienia w relacjach z mężczyznami, i na odwrót. Dlaczego więc teoretycznie kobiety i mężczyźni nie mogą się przyjaźnić?
Załóżmy, że kobieta i mężczyzna znajdują i mają jakieś zainteresowanie, hobby. To się zdarza bardzo często, więc nie można tutaj niczego zarzucić. Do tego, aby taka przyjacielska relacja przetrwała, potrzebna jest zgoda na pewnych płaszczyznach życiowych, wreszcie umiejętność swobodnej wymiany zdań, wzajemne zrozumienie. To także znajduje odzwierciedlenie w relacjach między ludźmi tej samej płci. Zatem gdzie pojawia się problem? Cały problem w utrzymaniu związku na określonym "pułapie" tkwi w fascynacji fizycznością drugiej osoby. Jeśli mężczyzna poznaje kobietę, która go fizycznie nie pociąga, a świetnie się z nią dogaduje, to nie ma logicznych przesłanek do tego, aby wejść w bliższe relacje z tą kobietą, gdzie seks będący nierozłącznym elementem miłości jest wynikiem pociągu seksualnego. I to jeden z powodów, dla którego przyjaźń nie przerodzi się w coś silniejszego. Innym powodem może być wcześniejsze zaangażowanie którejś ze stron w poważny związek, ale ta sprawa nie jest już tak oczywista, bo przecież zdrada to nie coś, co znamy tylko z baśni.
Tym krótkim wywodem starałem się wykazać, że budowanie relacji koleżeńskich i przyjacielskich między kobietą a mężczyzną jest możliwe, ale w wielu wypadkach kończy się większym zaangażowaniem którejś ze stron. A to z kolei skutkuje popsuciem takiego związku. Czy można jakoś temu przeciwdziałać? Myślę, że tak. To konieczność wprowadzenia ograniczeń w kontaktach z osobami, które potencjalnie mogłyby być dla nas kimś więcej lub, jeśli widzimy większe zaangażowanie z drugiej strony, powinniśmy ustalić granice. Po co bowiem tracić dobre relacje z kimś, kogo lubimy? Inna kwestia to umiejętność sterowania umysłem naszymi uczuciami; ale co do tej metody - nie jestem do końca przekonany o jej skuteczności.

Obchodząc prawdę

Czy aby klęski czasu nie wyznacza to poddaństwo,
przed którym tak skrzętnie broniłem się miesiącami?
A szedłem w zaparte, odrzucając pogróżki,
gdy pięściami wygrażano mi przed nosem.

Ten punkt,
w którym pewność przestaje coś znaczyć,
a rozum zamiera w okowach serca,
jest do obejścia.

Potęga umysłu.
Nie może upaść ot tak, pod ostrzałem prawdy.

niedziela, 22 stycznia 2012

KR

Jako niemowlak wstąpiłem do tej
krainy radości
malowanej na jasne kolory
wśród zawsze uśmiechniętych rówieśników
i matek afiszujących o nieskazitelnych
czystych jak bielutkie szaty
pociechach

Zawsze zadowoleni
kierownicy
czerwonymi twarzami obwieszczali o przyjściu i szczęściu
a służebnice
im wtórowały
niektóre aż nazbyt
klaskały przy tym w dłonie

Elegancko przystrzyżony
z wybielonymi pannami po bokach
i z uśmiechem spoglądającym w obiektyw
wyraziłem chęć
jak inni
jak ci, których oglądać dziś mogę w policyjnych kartotekach
no cóż
niektórym się nie udało

Nie udało się też i następnym
którzy z cudzą ręką na ramieniu
przysięgali
za to mężnie się oddalili
zamiast wyznawać

Wrosłem głęboko w nieżyzny grunt
pośród kamieni i zagłuszających cierni
a kraina radości
zaczęła przybierać formę
robaczywą
jak pewne niesławne jabłko

Zarobaczyło się
pozostały tylko fundamenty
a budynek przegnił do ostatniej drzazgi
drzewa niegdyś wyniesionego na górę

Pora zeskoczyć
upewnić się, że coś pozostało pod skałą
niech ci, co łowią, nie przerywają swej pracy
ja obejdę jezioro naokoło

sobota, 21 stycznia 2012

Do normalności

Unormowaliśmy
teraz jestem pewien sukcesu
sprawy

lataliśmy obłąkani jak ptak schwytany do klatki
obijaliśmy się jak pijany o framugę
czasami ze szczęścia
czasami z rozpaczy

czasami można zbiec z górki i nie patrzeć pod nogi
dziś czuję znów twardy grunt
chyba dobiegłem do końca polany

choć zapach minionego lasu pozostał
i wspomnienie czasów
nie tak silne, nie tak
odurzające
zwalające z nóg
raczej delikatne
- nie powoduje uzależnień

to taka kolej
rzeczy
transdoświadczalna
nawet bardziej umowna

coś jak umówić się, że nikt dzisiaj nie sprząta
niech przyschnie
samo się skruszy

Mediacja

Świadomy praw i obowiązków
nie jestem jedyny, który wątpi
że dwa kraje rozprute niecnoty prawością
zawiążą znów stosunki
dyplomatyczne

Nie ujmując im stanowczości
i ton papierów dyplomatycznych kopii
nakazów i broszur
śmiem prawić komplementy w innej formie
niż te zbliżone do konwencji genewskich

Niech się upiją swoją wolnością
jak za dobrych czasów
polska szlachta
zadumana nad samotnymi sukcesami Kisiela

Kiedyś może znów powstaną
by krzepić swoich ościennych kompanów
relacją zbliżoną do przyjacielskiej
może trochę powyżej tego pułapu niekochania

A tymczasem niech minie jeszcze dekada
nieprzespanych nocy
nieokreślonych godzin
i wyolbrzymionych słów
lepiących się do ust i słodkich
jak kawałki waty cukrowej
na festynie

Może świat znowu powita dwa niezwaśnione narody
niebędące w przyjacielskich stosunkach
połączone unią personalną
gdzieś na wysokości kolan

Pseudosłabość, czyli mentalność katolika

Wiele razy spotykałem się teorią, która miałaby wytłumaczyć skłonność ludzi do pokus albo, jak to wygląda w przypadku wyznawców chrześcijaństwa, do grzechu. Niejednokrotnie mówiono wtedy o tak zwanej ludzkiej "słabości". Często księża na kazaniach czy podczas spowiedzi przypominają o naszej naturze, o tym że my, ludzie, jesteśmy słabi, przez co ulegamy grzechom. Ostatnimi czasy analizowałem nie tylko swoją naturę, ale i zachowanie znajomych, ludzi, których kiedyś spotkałem, i doszedłem do wniosku, że ta nasza "słabość" to tak naprawdę pseudoułomność, którą chcielibyśmy wszystko usprawiedliwić.
Dla zobrazowania sytuacji przedstawię przykład. Jeśli trzymać się konwencji nauczania Kościoła Katolickiego, to grzech jest "świadomym i dobrowolnym przekroczeniem przykazań". Już nie wnikam, jakich przykazań. Zatem istnieją jakieś przykazania, czyli nakazy, procedury, których należy przestrzegać, aby nie grzeszyć. Jeśli świadomie lub dobrowolnie, to znaczy z premedytacją i wyrażając chęć, dokonam czegoś, co kłóci się z tymi przykazaniami, grzeszę. No dobrze. To czy istnieje coś takiego, jak wykroczenie przez przypadek? Według nauczania Kościoła, jeśli zrobię coś nieświadomie i niedobrowolnie, na przykład gdy ktoś mnie do czegoś zmusi, nie grzeszę - względem prawa jestem uczciwy. A żeby zrobić coś nieświadomie, należałoby się albo odurzyć, albo być niepoczytalnym umysłowo. Przypadek choroby odrzucam, bo to osobna kategoria i nie zależy od nas samych. Załóżmy zatem, że ktoś się upije i zrobi coś, o czym nie pamięta, ale jest to "grzech". Pijąc alkohol, dokonał wyborów. Mógł nie pić, wiedząc, że nic złego się stać nie może, bo stale czuwa nad swoimi emocjami i zachowaniami, ale mógł też pić, mając przecież świadomość, co się dzieje podczas odurzenia alkoholem. Zawsze jest wybór. Zatem, idąc dalej tym tokiem myślenia, jeśli ktoś decyduje się na coś, co może wpłynąć na utratę świadomości, a w konsekwencji do "nieświadomego" przekroczenia tych przykazań, grzeszy tak naprawdę świadomie, zasłaniając się później "utratą świadomości".
Słabość. Każdy człowiek ma jakąś słabość. Tak to sobie tłumaczymy, bo to wygodne. Ale wystarczy chwilę się zastanowić, przypomnieć sobie swoje "przewinienia" i słabość, z której wywodzą się nasze moralne niepowodzenia, to po prostu chęć do grzechu. A słabość to brak jakiejś umiejętności, brak siły - tutaj byłby to brak siły do wali z grzechem. Ale to, że grzeszymy nie wynika z tego, że nie umiemy nie grzeszyć, ale z tego, że grzeszyć chcemy. Bo zawsze mamy wybór. A wybór grzechu jest łatwiejszy, przyjemniejszy, więc często lepszy. Posiadamy rozum, którym możemy sterować swoimi emocjami. To czynnik, który wpływa na nasze poczynania. I równie dobrze możemy wybierać życie w zgodzie z przykazaniami, tak, jak wybieramy grzech. Ale nie robimy tego, bo nam się nie chce, bo wolimy grzeszyć. Zatem gdy ktoś twierdzi, już nie wnikam, czy jest to ksiądz czy ktoś inny, że jesteśmy grzeszni, bo jesteśmy słabi, to nie mówi prawdy - jesteśmy grzeszni, bo nie wykazujemy chęci bycia dobrymi.
Jeśli mam mówić, że wierzę w Boga, że jestem katolikiem, i jednocześnie grzeszyć, zasłaniając się słabością natury ludzkiej, to wolę milczeć. Bo żadną trudnością jest być hipokrytą, wybierać sobie wartości, które akurat w danej chwili nam pasują, które są wygodniejsze. Nie jesteśmy słabi - kiedy nie chcemy, to nie grzeszymy, umiemy mądrze wybierać. Sęk w tym, że zbyt często w pełni świadomi wybieramy grzech.
Ktoś kiedyś powiedział, że "życie to ciągłe dokonywanie wyborów". I miał rację. Nie jesteśmy słabi - my tę słabość wybieramy.

środa, 18 stycznia 2012

Cały ja

Brakuje mi zarodka krystalizacji
w przejściu z niebytu do istnienia
brakuje mi iskry z roziskrzonego ogniska
niestandardowych wizji
brakuje mi jednostki spajającej
brakuje formy i wypełnienia
brakuje wiary
brakuje zwątpienia
brakuje humoru
i podłego nastroju
brakuje marzeń
i racjonalności
brakuje powagi
brakuje zabawy
brakuje śmiałości
brakuje podrzędności
brakuje kobiet
i pełnego barku
i forsy też brakuje

dobrze, że ja jestem cały

Szkoda

Możesz wziąć zamach
kamieniem
na moje życie

to nic nie kosztuje

jeśli myślisz, że lepiej wiesz
ode mnie
co mi chodzi po głowie

Możesz
bo samego siebie
zniszczyć nie umiałem
więc czekam na dłoń pomocnie oddaną
by wskazała palcem
i wybrała mnie
na ukamienowanie

Bo przecież to nic nie kosztuje
tak odważnie deptać komuś po palcach
i uważnie śledzić każde jego potknięcie

Widać
nie żyje się dla siebie

Szkoda

piątek, 13 stycznia 2012

Perła

Którą to perły toń złotawą sączę
nie wiem

Zimna z zewnątrz
a w środku chłodniejsza
niż zimowe dni w Kirgistanie
albo na przełęczy
pewnie gdzieś bliżej
O, na wyciągnięcie ręki

Zwilża język
lekko drażni podniebienie
swoją nieregularną strukturą
łaskocze
jakby zza Wisły
Tak, teraz czuję wyraźniej

Perła utulona w miękkich dłoniach kobiecych
przeniknięta wonią niestrudzonej pielgrzymki
do źródła lekkości
orzeźwienia
spokoju
błogiego spokoju

Wreszcie moja perła
perła tej chwili
której nie określę
ja
daleko odsunięty poza kanon obumarłej granicy
niezniszczalnej
niewzruszonej
nudnej

ja
w perłowej krainie zanurzony po uszy

wtorek, 10 stycznia 2012

Kolorowanki na słupach

Atakują nas kolorowankami na słupach
z prawej
z lewej
od góry (od dołu rzadziej)
naniesione miotełką z klejem
wyniesione do rangi monstrancji na Boże Ciało
a może nawet wyżej

jakiś pan z piwem w dłoni
(zapewne bezalkoholowym)
jakaś młoda dama w samej bieliźnie
(zapomnieli domalować lewej ręki)
jakiś chory
(litościwie spoglądający)
wszyscy ustawieni w kolejności malejących zysków
na trasie północ-południe
przy obwodnicy
na podwórku
i ceglanej mogile

Las betonowych słupów z koronami jak tarcze
rzuca na nas cień
nieuczciwej współpracy
biedy i strachu

A my zapominamy o kolorze zakrytego nieba

Filtr

Przefiltrować
i odcedzić
tylko istotę sprawy
wyłowić i ustanowić nadrzędną

A wszystko inne może zostać gdzieś na drugim brzegu
nieuchwytne

Wypunktować
i opisać
zalety
kolor oczu
włosy
pracowitość
wymienić
wady
brak intencji
zła wola
nieszczere ambicje

Wyidealizowany obraz jakże pięknie się prezentuje
w ramie
naszych nieidealnych percepcji

Zamiast utrwalić kolory
zaczynamy prześwietlać papier
a barwy łączymy w spłowiałą czerń
bieląc dokoła zaciszne niedoskonałości

To pewnie złe oczy
naszego sumienia
i głupiej pożądliwości
i niewłaściwe światło
zawiniły

Filtr nie zadziałał

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Święconka

Bylebym się mylił
że coś się święci
jak jajo na Wielkanoc
jak kadzidło
poleciały nieraz jakieś zgubione myśli
do nieba
i tam spotkały się z aplauzem świętych

A było to dobre
więc stało się
słowo ciałem
albo raczej czyn

To była tylko mowa
silnie zależna
od nastroju
i od opinii biegłych

To było tylko działanie
podyktowane środowiskiem lekko kwaśnym
i hormonalnym koktajlem
o stężeniu jedenastu procent

A jeśli wzgórze kojarzone z pięknem
Golgotą młodości się staje
a na nim krzyż
z wyciągniętych rąk
wcześniej tak silnie złączonych

A może znowu podniosę rękę
w geście zwycięstwa
i judaszowym głosem powiem
że znowu się udało

Butelka

Jakże rzadko trzeźwi jesteśmy
Za to ciągle uwikłani
w sieci
transportu
komunikacji
internetowej
pajęczyny niezrozumienia

i prześcigamy się
w pomysłach
byle uniknąć zbutwienia
a nogi wciąż same
pozbawione gumowej podeszwy
już nas nie poniosą

Jakże dziś rzadko musimy wybierać
bo wszystko na tacy
przyprawione według schematu
i formularzy wypełnianych na kolanie

zaniknęła sama idea
sami nie umiemy już wybierać
ani przedstawić się należycie
też nie

została nam ostatnia butelka
to ostatni akord życia
w nietrzeźwości
w ogóle

Modlitwa

O młode dłonie.
Miękką skórę.
Delikatne usta.
Jędrne ciało.
Wilgotne wargi.
Kobiece.
Niech ich nigdy nie brakuje.
Amen.

niedziela, 8 stycznia 2012

Czasami

Czasami chciałbym zamknąć szczelnie moje oczy.
Tak, żeby nie pojawił się w nich żaden obraz.
Tak, żeby nikt niczego w nich nie mógł odczytać.

Czasami chciałbym wyciągnąć rękę i złapać coś.
I mieć to.
I już tego nie puścić.

Czasami chciałbym zasnąć głębokim snem.
Tak, żeby nic mi się nie śniło.
I żeby nic nie mnie obudziło.

Czasami chciałbym być szczęśliwy.
Tak, jak małe dziecko.
I tak jak ono się zaśmiać.

Czasami chciałbym.
Chciałbym.

Czasami chciałbym zamknąć szczelnie moje oczy.
Tak, żeby nie wypłynęła z nich ani jedna łza.

piątek, 6 stycznia 2012

Niepodzielny

Nie podzielę się
Światem
Życiem
Sobą

Gdy tyle głodnych paszcz zwierzęcych czyha
na potknięcie się
na upadek
aż twarz zmiesza się z błotem
i będzie można kąsać do woli
do obrzydzenia
do niestrawności

Nie oddam w niczyje ręce
i w żadne posiadanie
siebie

swojej małej doliny
co zieleni się każdej wiosny
pośród stromych zboczy
ludzkiej pychy
i próżności

to jest mój świat
z daleka oglądany przez pionierów
przez zwiadowców
wysłanych tu z listami polecającymi

ale ja nie otwieram drzwi
a ja tylko zamykam okiennice
gdy wiatr chyli ku ziemi drzewa

mam tu siebie
niepodzielnego
swój świat i swoje życie
równie niepodzielne
jak ja

czwartek, 5 stycznia 2012

Słów kilka

Miłość między ludźmi to fascynacja drugą osobą, to moda, która mija.
Tym, wydawałoby się, dość odważnym stwierdzeniem chciałbym rozpocząć moje krótkie rozważania na temat już wszystkim dobrze znany i nie raz omawiany - na temat miłości.
Często się słyszy, często sami powtarzamy, że miłość jest piękna. Któregoś razu poruszyłem ten temat w rozmowie ze znajomą i nasunęła mi się pewna myśl. Jeśli miłość jest jakimś tworem mniej określonym, bo miłości jako takiej nie da się jednoznacznie opisać i scharakteryzować, ale pięknym, to w myśl tego powinna dostarczać wyłącznie pozytywnych uczuć, miłych wspomnień, radości. Trzeba jednak zauważyć, że miłość jest często powodem do płaczu, cierpienia i smutku. Złamane serca, rozstania, wreszcie śmierć ukochanej osoby nie są na pewno źródłem pozytywnych emocji. Zatem, jeśli coś skutkuje czymś złym, brzydkim, to nawet najbardziej liberalne podejście do kwestii estetyki nie pozwala tego czynnika utożsamiać z pięknem. Dobrze, że miłość to także przyjemności, które dodają jej tego piękna.
I tak doszedłem do drugiego punktu, w którym miłość ograniczymy do przyjemności płynącej z bycia z drugą osobą. Jeśli przebywanie z tym kimś daje nam dużo radości, dzięki wspólnie spędzanym chwilom napełniamy się chęcią do działania, a życie nabiera przysłowiowych kolorów, to takie oblicze miłości jest najbardziej poszukiwane. I tak właśnie miłość powinna wyglądać. A jeśli bliskość z drugą osobą, bliskość fizyczna dostarcza samych pozytywnych wrażeń, to nie powinno się tego czynnika pomijać czy unikać. Jak zatem podchodzić do aspektu fizyczności?
To z pewnością sprawa indywidualna. Nie mógłbym wszystkich związków umieszczać w jednej szufladzie. Mogę natomiast stwierdzić, że kontakt fizyczny jest w każdym związku swego rodzaju apogeum, kumulacją wzbierających emocji i uczuć. Wydaje się więc oczywistym, że ktoś, kto decyduje się na taki krok, gloryfikuje w ten sposób drugą osobę, utwierdza ją w przekonaniu, że na niej jej właśnie zależy.
Idąc dalej tą drogą można dojść do punktu, z którego powrót do statusu guo może być trudny. Dlaczego? Otóż dwoje ludzi może chcieć (na pewno jedna z nich pragnie tego bardziej) ślubować sobie tę rozwijającą się miłość. Tak im na sobie zależy (widocznie obydwoje z pełną premedytacją nie kwestionowali bliskości fizycznej jako czynnika spajającego), że nie wyobrażają sobie dnia bez siebie. Spotykają się więc na ślubnym kobiercu i ślubują sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Bardzo dobrze, że tak robią, nie krytykuję tego. Zastanawiam się tylko nad sensem tego ślubowania. Obrońcy tego obrzędu na pewno stwierdzą, że takie ślubowanie przez Bogiem, w obecności świadków to ugruntowanie miłości i odważne przypieczętowanie chęci wspólnego życia. Świetnie. Ale ja na to spojrzę znowu z drugiej strony. Jeśli jestem przekonany, że kogoś kocham, to po co mam to jeszcze ślubować. Kocham i już. Nie potrzebuję żadnych podpisów, weryfikacji i deklaracji. I tu wyłania się element niepewności. Czy ja naprawdę kocham? A może mi się wydaje? No dobrze, w takim razie, jeśli nie jestem pewny, to zaślubuję i nie będę miał odwrotu. Widać zatem, że ślubowanie miłości nie jest tylko potwierdzeniem, ale może być elementem dopełniającym w pewnym zwątpieniu. Ale czy kocha się prawdziwie, mając wątpliwości?
Nie mają za to wątpliwości ludzie, którzy oddają się drugiemu bez żadnych ślubowań, przyrzeczeń czy deklaracji. Ktoś potrzebuje pomocy - ja mu jej udzielę. Bez zobowiązań, bez seksu, bez zapatrywań na przyszłość. Zrobię to, bo uważam to za słuszne. Z kimś dobrze mi się spędza czas - mogę to robić bez żadnych wyznań miłości. W końcu chęć przebywania z kimś, to jak nadmieniłem na początku, też przejaw tego uczucia. To są właśnie te praktyczne odsłony miłości, które na pewno zbliżają do siebie ludzi - nie trzeba żadnych gestów, kwiatów czy wierszy. To właśnie okazywanie miłości każdemu w postaci dobra i bliskości jest jej największym przejawem.
A gdy chcę z kimś być, to z kimś, kto mnie intryguje, ciekawi zarówno w sferze osobowości, jak i (a nawet przede wszystkim) w sferze fizycznej. Tak działamy wszyscy. Krystyna Janda powiedziała kiedyś w wywiadzie dla "Twojego Stylu", że młodzi ludzie zakochują się w ciele. I nie mogę się z nią nie zgodzić. Osobowość i cechy charakteru są na drugim miejscu. Aby je poznać potrzebujemy czasu, a na początku związku zawsze jest go za mało.
Czy każdy kiedyś znajdzie kogoś, kto będzie odpowiadał mu we wszystkim? Na pewno nie. Mogę natomiast stwierdzić z całą pewnością, że w poszukiwaniu miłości nie można się spieszyć, a znajdzie ją ten, kto nie żałuje jej dla tych, których spotyka na swojej drodze. Nawet, jeśli będzie to tylko nieudana fascynacja drugą osobą.

środa, 4 stycznia 2012

Brak wytłumaczenia

Zatem chciałem przeprosić za brak wytłumaczenia.
Za brak zdania scalającego.
Za brak sensownych słów mówiących o przyczynie.

I tak każdy nie będzie zadowolony.
Zawsze komuś drgnie brew, a kącik ust lekko się poruszy.
I będzie szukał prawdy w tym jednym oknie.
Ale to nie tutaj.

Zawsze nie tutaj zbliżamy się do siebie.
Nie w tym mieście.
Nie w tym czasie.
To jest zły czas na spotkanie.

Musisz przynajmniej uwierzyć.
Tylko wiara nam zostaje.
Tylko odkryć siebie znowu nie umiemy.

I to pewnie przez to nieskładne zdanie.
Gdybym złote głoski ustawił na półce z marmuru, pewnie byłoby w sam raz.
Może innym razem się uda.
Może nie.
Nie będzie innego razu.
Zatem chciałem przeprosić.