W chuście utkanej z pajęczej sieci
nad brzegiem klęczy rusałka
i lekko zmartwiona wpatrzona w odbicie,
zmartwiona duma o świecie.
Jej długie palce włos odgarniają,
co jasne zasłania czoło,
i wraz z tym lekkością wypełnionym ruchem
muślinowe odsłania ucho.
To wiatr skądś zawieje i lekko się wzdrygnie
półprzezroczyste jej ciało
i złoty kolczyk zdobiony koralem
subtelnie muśnie znów szyję.
Cerę ma jasną i duszę tak czystą,
że słabe przenika ją światło
i nikt jej nie widział, by raz chociaż jeden
rumieńcem się krwawym oblała.
Lecz krew, acz błękitna, w tych żyłach wciąż krąży
i serca wyznacza pragnienie.
I nie wie rusałka, choć wpatrzona w siebie,
nie wie, co przyniosą dzieje.
czwartek, 25 października 2012
Z profilu
niedziela, 21 października 2012
Gołębie
Po raz kolejny spojrzał przez okno swojego pokoju.
- Wciąż nic się nie zmieniło - pomyślał.
Nadal siedział z założonymi rękami i pustym wzrokiem patrzył na blok po drugiej stronie wąskiej ulicy. Słychać było przejeżdżające samochody, odgłosy ludzi i jakiś bliżej nieokreślony szum, ale z okna nie było widać nic poza częścią wysokiego budynku z naprzeciwka, szczytów przyulicznych topoli i skrawka błękitnego nieba.
Przez cały czas istniał ten jeden, jakby z góry określony i niemogący się zmieniać obraz. Bez względu na porę roku blok stał na swoim miejscu, ponad nim rozpościerało się niebo, a przy podstawie kołysały się leniwie drzewa. W niektóre jesienne poranki blok roztapiał się we mgle, zimą stawał się nieprzeniknioną barierą dla promieni słonecznych, aby wiosną swoją szarzyzną wprowadzić ponury nastrój w kwitnącą dokoła przyrodę. Szaro-brązowe mury rzucały latem nieduży cień na dziurawą jezdnię. Ten sam cień przez cały rok skutecznie tłumił chcącą się obudzić do życia i deptaną każdego dnia przez ludzi trawę, pojawiającą się tu i ówdzie u podnóży budynku na skrawkach ziemi między betonem a asfaltem.
Blok z naprzeciwka, monumentalnie wznoszący się przy drodze wjazdowej do miasta i witający niemrawo swoim surowym wizerunkiem przyjezdnych, w ciągu dnia odzwierciedlał egzystencję mieszkających w nim ludzi. A czynił to za pomocą okien, w których zapalały się i gasły światła, oraz drzwi wejściowych do bramy, które raz po razie otwierały się i zamykały, wpuszczając lub wypuszczając lepiej lub mniej znane postacie. Oprócz tych prostych i bez końca powtarzanych czynności, zdawał się być martwym wytworem ludzkiej idei o dobrobycie i równości.
O dobrobycie i równości człowiek siedzący za oknem jednak nie rozmyślał. Choć akurat jego te zagadnienia po prostu nie interesowały, nie myślał wtedy o niczym. Był zbyt zmęczony ciągłym czekaniem. I gdy z każdą kolejną minutą pogrążał się coraz bardziej w otchłani wyrastającej za jego plecami, nagle swój niewyrażający niczego wzrok skierował na górną część bloku. Znad płaskiego, pokrytego papą dachu wzleciało stado gołębi. Pojawiły się znikąd i szybko poszybowały w dół, aby po chwili znów wzlecieć do góry i, zataczając lekki łuk, zniknąć z pola widzenia. W tym jednym momencie wprowadziły w monotonny obraz osiedla dynamikę zakłócającą wszechobecny spokój. Zakłóciły też jego wewnętrzny skrzętnie budowany od dłuższego czasu stan równowagi.
- Pora działać - rzekł cicho do siebie, wstał od biurka i wyszedł z pokoju.
- Wciąż nic się nie zmieniło - pomyślał.
Nadal siedział z założonymi rękami i pustym wzrokiem patrzył na blok po drugiej stronie wąskiej ulicy. Słychać było przejeżdżające samochody, odgłosy ludzi i jakiś bliżej nieokreślony szum, ale z okna nie było widać nic poza częścią wysokiego budynku z naprzeciwka, szczytów przyulicznych topoli i skrawka błękitnego nieba.
Przez cały czas istniał ten jeden, jakby z góry określony i niemogący się zmieniać obraz. Bez względu na porę roku blok stał na swoim miejscu, ponad nim rozpościerało się niebo, a przy podstawie kołysały się leniwie drzewa. W niektóre jesienne poranki blok roztapiał się we mgle, zimą stawał się nieprzeniknioną barierą dla promieni słonecznych, aby wiosną swoją szarzyzną wprowadzić ponury nastrój w kwitnącą dokoła przyrodę. Szaro-brązowe mury rzucały latem nieduży cień na dziurawą jezdnię. Ten sam cień przez cały rok skutecznie tłumił chcącą się obudzić do życia i deptaną każdego dnia przez ludzi trawę, pojawiającą się tu i ówdzie u podnóży budynku na skrawkach ziemi między betonem a asfaltem.
Blok z naprzeciwka, monumentalnie wznoszący się przy drodze wjazdowej do miasta i witający niemrawo swoim surowym wizerunkiem przyjezdnych, w ciągu dnia odzwierciedlał egzystencję mieszkających w nim ludzi. A czynił to za pomocą okien, w których zapalały się i gasły światła, oraz drzwi wejściowych do bramy, które raz po razie otwierały się i zamykały, wpuszczając lub wypuszczając lepiej lub mniej znane postacie. Oprócz tych prostych i bez końca powtarzanych czynności, zdawał się być martwym wytworem ludzkiej idei o dobrobycie i równości.
O dobrobycie i równości człowiek siedzący za oknem jednak nie rozmyślał. Choć akurat jego te zagadnienia po prostu nie interesowały, nie myślał wtedy o niczym. Był zbyt zmęczony ciągłym czekaniem. I gdy z każdą kolejną minutą pogrążał się coraz bardziej w otchłani wyrastającej za jego plecami, nagle swój niewyrażający niczego wzrok skierował na górną część bloku. Znad płaskiego, pokrytego papą dachu wzleciało stado gołębi. Pojawiły się znikąd i szybko poszybowały w dół, aby po chwili znów wzlecieć do góry i, zataczając lekki łuk, zniknąć z pola widzenia. W tym jednym momencie wprowadziły w monotonny obraz osiedla dynamikę zakłócającą wszechobecny spokój. Zakłóciły też jego wewnętrzny skrzętnie budowany od dłuższego czasu stan równowagi.
- Pora działać - rzekł cicho do siebie, wstał od biurka i wyszedł z pokoju.
poniedziałek, 8 października 2012
Ubi sunt
- Czwartek mi nie pasi, bo mam zajęcia, a później idę na AWF Party świeżynki wyrywać - odpowiedział znajomy na propozycję "czwartkowego" piwa.
W jednej chwili przed oczami pojawił się obraz bynajmniej nie wyrywania "świeżynek" czy trochę mniej "świeżych" studentek, ale krótki urywek z jednej z imprez, na której pojawiłem się mniej więcej pięć lat temu. Pięć lat temu. Pięć lat.
- Świeżynki... Ach te czasy - zakończyłem.
Chwilę wcześniej wypakowywałem z plecaka noszone przez cały dzień papiery i książki. Przysunąłem go bliżej siebie i zacząłem otwierać uszkodzony zamek. Któregoś razu część suwaka oderwała się od materiału, więc od tej pory nie zamykałem plecaka do końca, a tę niezasuniętą część spinałem agrafką. Dokładnej daty zepsucia zamka nie pamiętam, nie przypominam sobie także okoliczności, w których do tego doszło, ale było to w okolicach czerwca lub lipca. A plecak kupowałem najprawdopodobniej też pięć lat wcześniej we wrześniu. Pięć lat.
Ale nie o tę liczbę chodzi. Piątka nie jest dla mnie żadnym znaczącym symbolem albo szczęśliwą jak dla niektórych liczbą. Jest tu tylko i wyłącznie jakąś wskazówką. Wskazówką odmierzającą czas, który akurat w tym wypadku wynosi pięć lat, bo na czas chciałem tu zwrócić uwagę. Cóż złego w czasie, że się go czepiłem. A właśnie to jest złe, że mija. I to mija bezpowrotnie.
Nie chcę wołać za Franciszkiem Villonem "Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi!", ale słowa te same cisną się na usta. Gdy siedzę pośród ciemnego pokoju i z głośników dochodzą poruszające dźwięki długiego, lecz nienużącego intra do piosenki "April" zespołu Deep Purple, jedynymi przerażającymi myślami są te, które w okowach wewnętrznej pustki i niewykorzystanego czasu każą zamknąć się jeszcze szczelniej i brnąć w bezkresie bezsilności.
Była młodość. Były marzenia. Ale południe nie trwa wiecznie. Słońce w zenicie oświetlające każdy szczegół i wskazujące cel ześlizgnęło się niczym but z oblodzonego szlaku. Pozostało niespełnienie i milczenie ciszy wokół.
Wciąż widzę siebie na tamtym przyjęciu w któryś październikowy albo listopadowy wieczór gdzieś przy ulicy Jaskółczej. Twarze ludzi, których już nigdy nie spotkam, są twarzami bez wyrazu, ale tętniącymi życiem, tym życiem, którego we mnie brakuje i brakowało przez te pięć lat. Ciągle widzę kuchnię, puszki z piwem i kieliszki nalane po brzegi. Wciąż widzę pokój z drzwiami balkonowymi i twarz tamtej dziewczyny nieznanej nawet z imienia.
Zimne powietrze orzeźwiło twarze nocnych włóczęgów. Wszyscy zmierzali w stronę nocnego autobusu jadącego na południe. Wśród nich szedł także on. Nie przejmował się, że trzeba będzie rano wstać. Liczyła się właśnie ta jedna chwila. Niewykorzystane okazje miały dopiero nadejść.
Nadjechał autobus. Cała gromada wsiadła do środka. Wsiadł i ten z nowym plecakiem. Niedługo potem wszystkich ogarnęła noc. Nieprzejednana i wieczna, jedyna rzecz, która oparła się czasowi.
W jednej chwili przed oczami pojawił się obraz bynajmniej nie wyrywania "świeżynek" czy trochę mniej "świeżych" studentek, ale krótki urywek z jednej z imprez, na której pojawiłem się mniej więcej pięć lat temu. Pięć lat temu. Pięć lat.
- Świeżynki... Ach te czasy - zakończyłem.
Chwilę wcześniej wypakowywałem z plecaka noszone przez cały dzień papiery i książki. Przysunąłem go bliżej siebie i zacząłem otwierać uszkodzony zamek. Któregoś razu część suwaka oderwała się od materiału, więc od tej pory nie zamykałem plecaka do końca, a tę niezasuniętą część spinałem agrafką. Dokładnej daty zepsucia zamka nie pamiętam, nie przypominam sobie także okoliczności, w których do tego doszło, ale było to w okolicach czerwca lub lipca. A plecak kupowałem najprawdopodobniej też pięć lat wcześniej we wrześniu. Pięć lat.
Ale nie o tę liczbę chodzi. Piątka nie jest dla mnie żadnym znaczącym symbolem albo szczęśliwą jak dla niektórych liczbą. Jest tu tylko i wyłącznie jakąś wskazówką. Wskazówką odmierzającą czas, który akurat w tym wypadku wynosi pięć lat, bo na czas chciałem tu zwrócić uwagę. Cóż złego w czasie, że się go czepiłem. A właśnie to jest złe, że mija. I to mija bezpowrotnie.
Nie chcę wołać za Franciszkiem Villonem "Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi!", ale słowa te same cisną się na usta. Gdy siedzę pośród ciemnego pokoju i z głośników dochodzą poruszające dźwięki długiego, lecz nienużącego intra do piosenki "April" zespołu Deep Purple, jedynymi przerażającymi myślami są te, które w okowach wewnętrznej pustki i niewykorzystanego czasu każą zamknąć się jeszcze szczelniej i brnąć w bezkresie bezsilności.
Była młodość. Były marzenia. Ale południe nie trwa wiecznie. Słońce w zenicie oświetlające każdy szczegół i wskazujące cel ześlizgnęło się niczym but z oblodzonego szlaku. Pozostało niespełnienie i milczenie ciszy wokół.
Wciąż widzę siebie na tamtym przyjęciu w któryś październikowy albo listopadowy wieczór gdzieś przy ulicy Jaskółczej. Twarze ludzi, których już nigdy nie spotkam, są twarzami bez wyrazu, ale tętniącymi życiem, tym życiem, którego we mnie brakuje i brakowało przez te pięć lat. Ciągle widzę kuchnię, puszki z piwem i kieliszki nalane po brzegi. Wciąż widzę pokój z drzwiami balkonowymi i twarz tamtej dziewczyny nieznanej nawet z imienia.
Zimne powietrze orzeźwiło twarze nocnych włóczęgów. Wszyscy zmierzali w stronę nocnego autobusu jadącego na południe. Wśród nich szedł także on. Nie przejmował się, że trzeba będzie rano wstać. Liczyła się właśnie ta jedna chwila. Niewykorzystane okazje miały dopiero nadejść.
Nadjechał autobus. Cała gromada wsiadła do środka. Wsiadł i ten z nowym plecakiem. Niedługo potem wszystkich ogarnęła noc. Nieprzejednana i wieczna, jedyna rzecz, która oparła się czasowi.
środa, 3 października 2012
Biały policzek
Zeszli na twardy pas piachu obmywanego przez chłodną, morską wodę. Podmuchy wiatru zrobiły się silniejsze i dopiero teraz zdali sobie sprawę z tego, że jest przenikliwie zimny. Szli w milczeniu dobrych kilka minut, gdy nagle ona mocniej objęła jego dłoń swoimi długimi palcami i cichutko rzekła:
- Stój.
Zatrzymali się. Chwycił jej pobladłą rękę i skierował do drugiej kieszeni.
- Zaraz ci będzie cieplej - powiedział spokojnie, tylko trochę głośniej od szumiącego wkoło wiatru.
- Dlaczego mnie tu zabrałeś? - zapytała od razu, nie dając mu dokończyć. Zmarszczył lekko czoło i uniósł prawą brew.
- Chciałem urozmaicić nieco nasze nudne i dalekie życia. A nie podoba Ci się tu, czy co? - trochę się zmartwił.
- Nie, podoba, tylko że ja tu kiedyś byłam - odwróciła wzrok w stronę dalekiego horyzontu i przywarła lewym policzkiem do jego piersi. - Kiedyś, bardzo dawno temu. Obiecałam komuś, że kiedyś z nim tutaj wrócę - w tym momencie jej oczy się zeszkliły. Ale on dobrze wiedział, o kim mówiła.
- Wciąż o nim nie możesz zapomnieć, ale on już nie wróci. - zimna woda ochlapała ich buty i instynktownie przesunęli się ku stałemu lądowi. Wiedział, że nie powinien o tym przy niej wspominać. Sam źle zniósł śmierć przyjaciela, ale jej doświadczenia były znacznie silniejsze.
- Pocałuj mnie - rzekła, wpatrując się w niego swoim ufnym wzrokiem. Odgarnął z białego policzka jej rozwiane włosy, ujął mocniej ogrzewane w kieszeniach dłonie dziewczyny i bez słowa zbliżył swoje wargi do jej ust.
Podmuchy wiatru podrywały drobiny piasku, zimna woda wyrzucała morską pianę na brzeg, a dwie postacie, jakby odlane z metalu, nie bacząc na okoliczności jesiennej aury, zatopiły się w swoim bezgłośnym uczuciu.
- Stój.
Zatrzymali się. Chwycił jej pobladłą rękę i skierował do drugiej kieszeni.
- Zaraz ci będzie cieplej - powiedział spokojnie, tylko trochę głośniej od szumiącego wkoło wiatru.
- Dlaczego mnie tu zabrałeś? - zapytała od razu, nie dając mu dokończyć. Zmarszczył lekko czoło i uniósł prawą brew.
- Chciałem urozmaicić nieco nasze nudne i dalekie życia. A nie podoba Ci się tu, czy co? - trochę się zmartwił.
- Nie, podoba, tylko że ja tu kiedyś byłam - odwróciła wzrok w stronę dalekiego horyzontu i przywarła lewym policzkiem do jego piersi. - Kiedyś, bardzo dawno temu. Obiecałam komuś, że kiedyś z nim tutaj wrócę - w tym momencie jej oczy się zeszkliły. Ale on dobrze wiedział, o kim mówiła.
- Wciąż o nim nie możesz zapomnieć, ale on już nie wróci. - zimna woda ochlapała ich buty i instynktownie przesunęli się ku stałemu lądowi. Wiedział, że nie powinien o tym przy niej wspominać. Sam źle zniósł śmierć przyjaciela, ale jej doświadczenia były znacznie silniejsze.
- Pocałuj mnie - rzekła, wpatrując się w niego swoim ufnym wzrokiem. Odgarnął z białego policzka jej rozwiane włosy, ujął mocniej ogrzewane w kieszeniach dłonie dziewczyny i bez słowa zbliżył swoje wargi do jej ust.
Podmuchy wiatru podrywały drobiny piasku, zimna woda wyrzucała morską pianę na brzeg, a dwie postacie, jakby odlane z metalu, nie bacząc na okoliczności jesiennej aury, zatopiły się w swoim bezgłośnym uczuciu.
poniedziałek, 1 października 2012
Koniec września pod znakiem [...]
W oczekiwaniu następnego lata
żegnam się z wrześniem
na pół zawadiackim:
Serwus!
gdybym mógł, to przybiłbym z nim piątkę
prawą ręką
pewnie, lecz delikatnie
coś jak piątka pod Iglicą
która niczym stempel podbiła kilka następnych godzin
i choć znów spełnia się dewiza powtarzana przez "Stonesów"
maturzystce z P. winny jestem podziękowania
za pomyślne zamknięcie miesiąca
(tak rozstrojonego porą suchą)
gdy po deszczu jedną nogą stała na podeście
drugą delikatnie muskała taflę zbrudzonej wody
a oczami nie błądziła po szarych kamienicach
jesienny Wrocław nie nastraja pozytywnie
ale podobno październik
ma być ładny
oby
oby jej dorównał
wtedy stosunki na pewno się ocieplą
Subskrybuj:
Posty (Atom)