środa, 26 grudnia 2012

Kamykiem w czółko

Jaka jest cena naszego życia? Odpowiedzą liczni, że jest bezcenne. A ja twierdzę i z uporem będę powtarzał, że życie można kupić tak samo, jak można kupić śmierć. Jaka jest zatem cena życia, a jaka śmierci? Czy ceny te są podobne, czy współgrają ze sobą tak, jak i życie współgra ze śmiercią? Czy cena śmierci zależna jest od kursu życia? I wreszcie: jaką miarą mierzyć cenę śmierci? Czy cena ta jest taka sama dla wszystkich, czy zależy od życia, którego dotyka?
Któregoś dnia schowałem do kieszeni mały kamyk. Nie był szczególny. Dość ładnie wygładzony, szary, matowy. Gdy go trzymałem dłużej w dłoni, ta zostawiała na nim wilgotny ślad w postaci lekkiego zaciemnienia, które po chwili ustępowało. To tymczasowe znamię widziałem tylko ja, a dla martwego kamyka nie stanowiło zapewne różnicy - ot, taki wilgotny prążek.
Ludzie umierają pełni zdziwienia. Jeśli zdążą to zdziwienie wyrazić, otwierają usta, ale najczęściej zdążą otworzyć tylko oczy. Tak szeroko nie otwierają ich nigdy wcześniej. Potrzebują ostatniej sekundy, żeby móc zobaczyć wreszcie całe swoje życie. Stąd to zdziwienie. Może gdyby wcześniej się nad nim zastanawiali, umieraliby ze spokojnym spojrzeniem, a usta wykrzywiłyby się w lekkim uśmiechu.
Kamyk nie był szczególny jeszcze z jednego względu - znalazłem go leżącego vis a vis wysokiego parkanu oddzielającego ogród sąsiadów od ulicy. Najprawdopodobniej został wrzucony przypadkiem podczas remontu drogi. Nie wiem, czy ktoś wcześniej trzymał ten kamyk w dłoni. Jakby to miało jakieś znaczenie. Dla mnie ma. Jeśli to mój kamyk, wolałbym, żeby wcześniej nikt go nie dotykał, a już na pewno nie wkładał do kieszeni. Nie sądzę jednak, żeby był komuś potrzebny - to przecież nieszczególny kamyk.
Śmierć przychodzi przeważnie bez zaproszenia. Gdyby ludzie o tym wiedzieli, pewnie by się przygotowali. Może założyliby najlepsze ubranie. Dobrze jest umierać z klasą, pokazać, że śmierć to nic takiego. Jeśli przypadkowa koszula nie zmyli śmierci, a przyszykowana i wyprasowana też nie, to lepiej umierać byle jak. Ubranie się nie wygniecie, bo już jest takie, a człowiek będzie się czuł przynajmniej swobodnie.
Podrzuciłem kamyk kilka razy. Nie był zbyt lekki i dobrze leżał w dłoni. Przerzucałem go później z ręki prawej do lewej, z lewej do prawej, jakbym uczył się żonglować. Też mi coś - żonglowanie jednym kamykiem. Ale to był mój kamyk. Mój, znaleziony nieopodal wysokiego parkanu, mały, szary kamyk. Czułem, jakby sam przeskakiwał z jednej dłoni do drugiej i krzyczał: "Tak, ja chcę jeszcze!". Ale to był tylko kamyk. Martwy kamyk.
A później zapada cisza. Nic nie brzęczy w uszach, nic nie szeleści, przepływ krwi ustaje, a stukanie serca po niezliczonych już taktach urywa się jakby na zawołanie. Człowiek leży wtedy w mniej lub bardziej naturalnej pozycji, ręce wykrzywia w dziwnym geście, oczy ma otwarte, usta też, jakby chciał krzyknąć: "Nie, ja nie chcę!". Ale już za późno. Teraz to tylko martwy człowiek.

wtorek, 25 grudnia 2012

Co porabiasz w życiu?

Składam je z rozbitych kawałków
sumienia
wyborów
i lat
tak pięknie nicością przepełnionych
od nowa

Przegrywam kolejny wyścig
z zapasowym numerem na piersi
choć nie startowałem
bez celu

Ze zdziwieniem w oczach spoglądam
na pustą trybunę:
ktoś stał, ktoś popatrzył
nawet pochwalił
poszedł

Składam to życie
z potłuczonych kawałków szklanego szkieletu
wypełnionego światłem
lecz ta bryła formą zakończona
wciąż rzuca cień

poniedziałek, 24 grudnia 2012

[Po szybach]

Po szybach
w dół
wprost na parapet
płyną ciężkie krople nocy

(lekkim puchem sypnęło dwa dni wcześniej
okrył wtedy cieniutko każdy centymetr naszej drogi
i tak łatwo uległ butom wystukującym rytm powrotu)

Krople spadają na ocynkowaną blachę
dzwonią niedźwięcznie
opowiadając o czyimś smutku

(wciąż jednak dzwoni w uszach wdzięczny śmiech
taki sprzed dwóch dni
w wyobraźni sprzed kilku godzin)

Kropla goni za kroplą
spokojnie
przypadkowo
nieskładnie

do końca

po policzkach
w dół
wprost na poduszkę
płyną krople

czwartek, 13 grudnia 2012

Lauterbrunnental

szukałem czegoś na wyrażenie głębi barwy
i uczucia tlącego się na dnie tej rozpadliny

znalazłem Lauterbrunnental

dolina
nieskazitelnej
studni

Gdy J.R.R.T. pochylał się w dół
widział to samo
co ja

szukałem czegoś na określenie
Twoich oczu

znalazłem
Joseph Zelger, Lauterbrunnental

Zima

złapała nas pod baldachimem
ust
naszych ust

ale wcześniej był baldachim z wierzby
stała wtedy trochę z boku
i przyglądała się na wpół opadłymi liśćmi
a ścieżki zgrzytały

jak śnieg, który nieproszony wdarł się za kołnierz
pachnący i zawsze uniesiony trochę za wysoko

ale jest kosmyk włosów lekko okryty szronem
i wciąż miękki, i wciąż łaskocze
i policzek gładki jak tafla lodu
i oczy w kolorze L.

zimą podobno najpiękniejsze

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Album

Gdybym choć na jednym,
może nie tyle zniszczonym, co starym, bo co najmniej kilkuletnim
takim, sprzed paru lat, które ani się nie zacina, ani nie wyostrza
powolutku wczytując w te komórki
szarej pamięci

na takim właśnie zdjęciu
po prostu wyglądał
jak dziś

mam dwadzieścia cztery lata
przypominam
jak te stare zdjęcia przypominają o dziecięcej buzi
mam zniszczoną skórę
i dłonie
i stopom się dostało

wystarczy spojrzeć na zdjęcie
tutaj jestem młodziutki

nie
to tam byłem młodziutki
tutaj nie bardzo pasuje

jeszcze raz spojrzę na zdjęcie swoich oczu
jeszcze raz przywołam tamto uczucie

młodości

która tyle wycierpiała

teraz krzyczy spoza zmiętych fotografii
grymasem lustrując mnie z dołu
i wyciska jad
zastygły na kilku starych zdjęciach

środa, 5 grudnia 2012

wtorek, 4 grudnia 2012

O dźwiękach i orzechach

Nieustanny szum, jakby wydawała go mała suszarka, dobiegał do mojego lewego ucha. To samo ucho słyszało również dźwięki toczonych po nierównym asfalcie palet z zapasowymi elementami do serwisu sprzętu domowego. Prawe ucho słyszało przytłumione dźwięki uderzanego o talerz widelca. Był to jeden z tych nielubianych odgłosów, które w przeciwieństwie do jednostajnego szumu wentylatorów, zbyt intensywnie pobudzały układ nerwowy. Jednak nie denerwował tak bardzo, jak inny dźwięk, który na domiar złego także pobudzał stronę prawą - dźwięk łuskanych orzechów. Ojciec siedział jak zwykle po obiedzie w kuchni i dojadał niezapełniony brzuch orzechami czy to laskowymi, czy to włoskimi. Skąd je brał, nie wiem. Ilekroć bowiem miałem ochotę, żeby wziąć kilka orzechów na ząb, nie mogłem ich nigdzie znaleźć. Widocznie miał je gdzieś schowane i dbał o to, żeby nikt mu ich nie podbierał.
Ojciec był fanatykiem jedzenia orzechów. Od kiedy pamiętam zawsze zajadał się świeżymi orzechami włoskimi, które nie zdążyły wyschnąć i które trzeba było obrać z gorzkiej skórki, żeby w ogóle można powiedzieć o nich, że są smaczne. Dlatego ja za nimi nie przepadałem; czekałem aż wyschną, żeby bez zbędnych ceremonii móc wyjeść zawartość twardej skorupki. Jednak od dwóch lat stare i trochę młodsze orzechy, które rosną w ogrodzie, nie rodzą. Jednego roku zmarzły, a w tym... W tym miał być rok nieurodzaju, bo orzechy te mają taki kaprys, żeby jednego roku dawać owoce, a drugiego nie. Zatem skoro w zeszłym roku zmarzły i nie dały owoców, choć dać miały, w tym roku nie odwróciły swojej skrzętnie pielęgnowanej tradycji i też nie obrodziły. I ojciec został bez orzechów.
Ale jeśli orzechy, to nie tylko włoskie. Przed parunastu laty ojciec, będąc już fanatykiem orzechów (skądinąd myślę, że to jego uwielbienie ma głębokie podłoże psychologiczne i jest zakorzenione już w latach dzieciństwa lub we wczesnych latach młodzieńczych), zasadził kilka sadzonek leszczyny. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zasadził je w cieniu. W cieniu wielkiej lipy. Leszczyny uginające się pod ciężarem orzechów przycupnięte u stóp wielkiej lipy to obraz iście romantyczny, ale, niestety, nieprawdopodobny. Liście leszczyny, leszczynowe liście, gdy wiosną rozwijają swe delikatne pąki i pragną codziennie kąpać się w strugach coraz intensywniejszego światła, nie miały szans odwzajemnić się ojcu miłością i zamiast rodzić coraz to obfitsze owoce, pięły się ku górze, coraz wyżej i wyżej, zapominając chyba o tym, po co zostały zasadzone. Czasami tylko pojawia się gdzieniegdzie pojedynczy, nieśmiały orzech, który przypomina wyłącznie o przynależności rośliny do gatunku. Ojciec się nie poddaje. Co roku ogląda uważnie każdą gałąź i z nadzieją oczekuje orzechów, tak jak dziecko patrzące w niebo przed wigilijną kolacją oczekuje pierwszej gwiazdki.
To właśnie odgłos łuskanych orzechów laskowych drażnił moje prawe ucho. I tak szybko, jak się pojawił, tak szybko zniknął w postępującej agonii dźwięków, która zabiła także dźwięk widelca, talerza i dźwięk lawety. Zostało tylko barytonowe szumienie wiatraków.
Dopiłem ostatni łyk kawy, spojrzałem na szlaczki czarnych znaków wirtualnie zapisanych gdzieś poza moim światem i stwierdziłem, że tak, to by było na tyle.
Z prawej strony ukryta w cieniu lipy leszczyna, a w tle orzech włoski lekko smagany dymem z dogasającego ogniska.