Czekam wciąż na poranki
przypieczętowane krótkim
wyjeżdżam
gdy z wypiekami na twarzy
próbuje być człowiek lepszy
i nieco przyjaźniejszą wokół siebie
stworzyć atmosferę
gdy nieoficjalność
skropiona prostą obecnością
przewyższa stylizacje
i zabieganie o wyrafinowanie
tak słucham
milczącego pokoju
na wpół zakurzonych kątów
i półek
które z przyzwyczajenia
ukradkiem zerkają trochę niżej
czekam wpatrzony w sekundnik
który wyznacza
coraz pewniejszy siebie
granice
skromnego czasu
i młodości
poniedziałek, 31 marca 2014
niedziela, 30 marca 2014
Opowieść z widokiem na niebo, cz.2
Jej słowa utkwiły we mnie niczym wołanie o pomoc. Nie zawsze słuchałem, choć twierdziłem i byłem przekonany, że słucham. Do błędów wracałem niczym bumerang, który rzucony gdzieś na australijskim stepie, wraca do aborygeńskiego myśliwego. Czytając, siedziałem w promieniach wczesnowiosennego słońca i po ostatnim wyrazie kilka razy wracałem do pierwszego. Niczym zacięta płyta na starym gramofonie czytałem wciąż te same słowa, próbując wykrystalizować w swojej pamięci kilka chwil otaczających moment napisania tej kartki. Data umieszczona na rogu przeniosła mnie na chwilę do tamtego roku.
Nie była to zima stulecia. Myślę, że gdyby ktoś pokusił się o takie stwierdzenie, musiałby raczej powiedzieć: zima stulecia, jeśli chodzi o minimalną ilość śniegu i wysokie temperatury. Rzeczywiście, śniegu było jak na lekarstwo, a mróz tylko przez parę dni utrudniał życie. Styczeń zaczął się nerwowo, jak nerwowo robi się przed każdą sesją. W młynie obowiązków, zazwyczaj tych mniej przyjemnych, łatwo było zatracić siebie, gubiąc cele i swoją ludzką naturalność. Jak tworzywo sztuczne próbowałem się dopasować do sytuacji i uniknąć niepotrzebnych naprężeń. Omijając wszelkie ciche niedogodności, zamknąłem swój język za zębami i starałem się przyjąć wszystko, czym los zechciał mnie obdarować. Zapomniałem tylko o jednym: na los ma się wpływ.
Ten sam wpływ miałem na to, kim wtedy byłem i co tak naprawdę chciałem zbudować, jeśli w ogóle wiedziałem, czego chcę. Zasada bycia "naturalnym" i stworzenia czegoś szczerego wydała się prosta. Prosta na pewno do zapamiętania, a czy do wprowadzenia w życie już gość mocno ugruntowane - to dopiero miało się okazać. Patrząc jednak z perspektywy czasu, wiem, że wiadomość napisana niebieskim atramentem i zamknięta w bardzo oryginalnej karcie była pewnym punktem zwrotnym w moich poczynaniach obciążonych jarzmem własnej niedoskonałości. Wyczarować ciągłego zachwytu się nie da - teraz to wiem - a budowanie prawdziwie naturalnego uczucia, które właśnie tylko wtedy jest piękne i mocne, choć niełatwe - warte swojej ceny.
Nie była to zima stulecia. Myślę, że gdyby ktoś pokusił się o takie stwierdzenie, musiałby raczej powiedzieć: zima stulecia, jeśli chodzi o minimalną ilość śniegu i wysokie temperatury. Rzeczywiście, śniegu było jak na lekarstwo, a mróz tylko przez parę dni utrudniał życie. Styczeń zaczął się nerwowo, jak nerwowo robi się przed każdą sesją. W młynie obowiązków, zazwyczaj tych mniej przyjemnych, łatwo było zatracić siebie, gubiąc cele i swoją ludzką naturalność. Jak tworzywo sztuczne próbowałem się dopasować do sytuacji i uniknąć niepotrzebnych naprężeń. Omijając wszelkie ciche niedogodności, zamknąłem swój język za zębami i starałem się przyjąć wszystko, czym los zechciał mnie obdarować. Zapomniałem tylko o jednym: na los ma się wpływ.
Ten sam wpływ miałem na to, kim wtedy byłem i co tak naprawdę chciałem zbudować, jeśli w ogóle wiedziałem, czego chcę. Zasada bycia "naturalnym" i stworzenia czegoś szczerego wydała się prosta. Prosta na pewno do zapamiętania, a czy do wprowadzenia w życie już gość mocno ugruntowane - to dopiero miało się okazać. Patrząc jednak z perspektywy czasu, wiem, że wiadomość napisana niebieskim atramentem i zamknięta w bardzo oryginalnej karcie była pewnym punktem zwrotnym w moich poczynaniach obciążonych jarzmem własnej niedoskonałości. Wyczarować ciągłego zachwytu się nie da - teraz to wiem - a budowanie prawdziwie naturalnego uczucia, które właśnie tylko wtedy jest piękne i mocne, choć niełatwe - warte swojej ceny.
środa, 26 marca 2014
Opowieść z widokiem na niebo, cz.1
Przebiegłem przez ulicę w stronę zszarzałej przez czas kamienicy. W jej licznych oknach nie widać było oznak życia i tylko w niektórych nieruchomo wisiały firanki. Przez ciemną bramę wbiegłem na podwórko, na którym oprócz kilku na wpół zniszczonych sprzętów domowych i zardzewiałego trzepaka nie było niczego, co mogłoby przyciągnąć uwagę. Wiatr tutaj w ogóle nie zaglądał, dlatego powietrze w tej olbrzymiej, ceglanej studni z oknami było przesiąknięte zapachem wilgoci i starego drewna. Ale właśnie w takim, wydawałoby się, martwym miejscu, przed paroma miesiącami odnalazłem siebie na nowo.
Przeglądałem wtedy wyniesione z piwnicy, spakowane do starego kartonu kartki i listy z czasów, gdy nie martwiłem się o to, kiedy wrócę do domu, gdy niewiele osób, może tylko jedna, pytało, czy żyję. Spakowane w stare gazety paczki zawierały posegregowane chronologicznie karty, najczęściej z życzeniami urodzinowymi czy imieninowymi. Po przeprowadzce, przez jakiś czas trzymałem wszystkie pudła w pokoju, ale sukcesywnie zacząłem je wynosić, żeby zrobić miejsce na inne rzeczy. Sądziłem, że kupię kiedyś jakiś regał, który pomieści te wszystkie "pamiątki", lecz przez długi, długi czas planu tego nie zrealizowałem. Gdy rozwiązałem sznurek trzymający zestaw kart, świeciło jasne, marcowe słońce, lekko ogrzewając ściany domu i mnie, siedzącego na wyniesionym chwilę wcześniej taborecie. Zanim otworzyłem pierwszą kartkę leżącą na niewielkiej kupce, dotknąłem lekko jej okładki, przesunąłem palce bliżej brzegów i już wiedziałem, co było w środku. Nie musiałem rozchylać stron i zaglądać do tekstu starannie pisanego niebieskim atramentem, żeby przypomnieć sobie autorkę treści, okazję i charakterystyczny krój pisma, w którym ogonki liter sięgały często następnej linijki, jakby chciały porwać znaki leżące poniżej. Podobnie i ja dawałem się nieraz porwać samej nadawczyni, wiedziony jej delikatnością i powabem. Natomiast same słowa ważone z gracją dawały odczuć, że jest ktoś, komu zależy. Ilekroć tylko wracałem myślami do treści wypełniającej te karty, w wyobraźni malowały się barwy, które upiększyłyby nawet najbardziej martwą i monochromatyczną scenerię. Wiadomość od niej, trzymana w moich dłoniach jak jej zmarznięte ręce, przyniosła ukojenie, którego tak bardzo od dawna poszukiwałem.
Przeglądałem wtedy wyniesione z piwnicy, spakowane do starego kartonu kartki i listy z czasów, gdy nie martwiłem się o to, kiedy wrócę do domu, gdy niewiele osób, może tylko jedna, pytało, czy żyję. Spakowane w stare gazety paczki zawierały posegregowane chronologicznie karty, najczęściej z życzeniami urodzinowymi czy imieninowymi. Po przeprowadzce, przez jakiś czas trzymałem wszystkie pudła w pokoju, ale sukcesywnie zacząłem je wynosić, żeby zrobić miejsce na inne rzeczy. Sądziłem, że kupię kiedyś jakiś regał, który pomieści te wszystkie "pamiątki", lecz przez długi, długi czas planu tego nie zrealizowałem. Gdy rozwiązałem sznurek trzymający zestaw kart, świeciło jasne, marcowe słońce, lekko ogrzewając ściany domu i mnie, siedzącego na wyniesionym chwilę wcześniej taborecie. Zanim otworzyłem pierwszą kartkę leżącą na niewielkiej kupce, dotknąłem lekko jej okładki, przesunąłem palce bliżej brzegów i już wiedziałem, co było w środku. Nie musiałem rozchylać stron i zaglądać do tekstu starannie pisanego niebieskim atramentem, żeby przypomnieć sobie autorkę treści, okazję i charakterystyczny krój pisma, w którym ogonki liter sięgały często następnej linijki, jakby chciały porwać znaki leżące poniżej. Podobnie i ja dawałem się nieraz porwać samej nadawczyni, wiedziony jej delikatnością i powabem. Natomiast same słowa ważone z gracją dawały odczuć, że jest ktoś, komu zależy. Ilekroć tylko wracałem myślami do treści wypełniającej te karty, w wyobraźni malowały się barwy, które upiększyłyby nawet najbardziej martwą i monochromatyczną scenerię. Wiadomość od niej, trzymana w moich dłoniach jak jej zmarznięte ręce, przyniosła ukojenie, którego tak bardzo od dawna poszukiwałem.
piątek, 21 marca 2014
Gdy wieczorem
zamykam oczy niepewnie
żeby się przenieść myślami
tam
chciałbym też i ciałem
choć pod koniec dnia
mało już fizyczności
ale tak do utulenia
wystarczy
chęci, cierpliwości, siły
i na zapas
mam ze sobą
nieco spokojnej ciszy
która nam nie zabierze
chwili
żeby się przenieść myślami
tam
chciałbym też i ciałem
choć pod koniec dnia
mało już fizyczności
ale tak do utulenia
wystarczy
chęci, cierpliwości, siły
i na zapas
mam ze sobą
nieco spokojnej ciszy
która nam nie zabierze
chwili
wtorek, 18 marca 2014
Dwie postacie
Zostawiłem martwą duszę bez grosza,
którego nie skąpiłem,
Jak tłumy idące w szeregu
zostawiały za sobą sens,
Jak dziecko, co na rękach żołnierza
zostawiło swe życie.
To jak stoczyć się po nierównym zboczu,
spojrzeć jeszcze raz na ten las,
zobaczyć tę drogę,
która dawała tyle zachwytu,
a później rzucić się
i zbyt późno obrócić głowę
w stronę niknących obrazów.
Ja i tak nie ucieknę
od nosicielki przyszłych wspomnień,
licząc na czas, co wybudzi z jałowego snu
dwie postacie.
którego nie skąpiłem,
Jak tłumy idące w szeregu
zostawiały za sobą sens,
Jak dziecko, co na rękach żołnierza
zostawiło swe życie.
To jak stoczyć się po nierównym zboczu,
spojrzeć jeszcze raz na ten las,
zobaczyć tę drogę,
która dawała tyle zachwytu,
a później rzucić się
i zbyt późno obrócić głowę
w stronę niknących obrazów.
Ja i tak nie ucieknę
od nosicielki przyszłych wspomnień,
licząc na czas, co wybudzi z jałowego snu
dwie postacie.
czwartek, 13 marca 2014
Ślad po herbacie
Ślad po herbacie odbił się wzorem na filiżance.
Na filiżance odbiły się różowe usta.
Pozostał smak.
I kształt zapamiętany od razu.
Gdy je układasz do pocałunku.
Gdy są miękkie.
Wilgotne.
Niech ciepło rozpłynie się po całym ciele.
I niech ogrzeje duszę.
Gdy dłonie chowasz do kieszeni.
Gdy nas brak.
I gdy w lekkim buncie nie patrzysz.
I gdy zapomnę powiedzieć.
Po raz kolejny, jak bardzo.
Smak niech przypomina słodycz.
I barwa niech ubarwi.
Gdy za oknem.
Gdy w myślach za mało kolorów.
Na filiżance odbiły się różowe usta.
Pozostał smak.
I kształt zapamiętany od razu.
Gdy je układasz do pocałunku.
Gdy są miękkie.
Wilgotne.
Niech ciepło rozpłynie się po całym ciele.
I niech ogrzeje duszę.
Gdy dłonie chowasz do kieszeni.
Gdy nas brak.
I gdy w lekkim buncie nie patrzysz.
I gdy zapomnę powiedzieć.
Po raz kolejny, jak bardzo.
Smak niech przypomina słodycz.
I barwa niech ubarwi.
Gdy za oknem.
Gdy w myślach za mało kolorów.
niedziela, 9 marca 2014
Daleko stąd
Zabiorę kiedyś mowę
która dzieli ponad ten dystans
niewskazany w chłodne wieczory
zabiorę kiedyś mowę
rzuconą między nas
jak zbyt głęboka rozpadlina
zabiorę kiedyś zimne noce
gdy okrywasz się nie kołdrą
lecz przyszłym zmartwieniem
zabiorę kiedyś niedopowiedzenia
niepotrzebną ciszę
i zbędne słowa
by je wyrzucić
by je spalić
po tym wszystkim
zabiorę i Ciebie
byś bez tego, co dzieli
mogła być szczęśliwa
która dzieli ponad ten dystans
niewskazany w chłodne wieczory
zabiorę kiedyś mowę
rzuconą między nas
jak zbyt głęboka rozpadlina
zabiorę kiedyś zimne noce
gdy okrywasz się nie kołdrą
lecz przyszłym zmartwieniem
zabiorę kiedyś niedopowiedzenia
niepotrzebną ciszę
i zbędne słowa
by je wyrzucić
by je spalić
po tym wszystkim
zabiorę i Ciebie
byś bez tego, co dzieli
mogła być szczęśliwa
poniedziałek, 3 marca 2014
W utuleniu
Złocistą wstęgą białą skórę złocisz,
z wyczuciem otulasz się płaszczem
ramion mych wiernie ciepłem obdarzonych
byś zimna nie zaznała trwogi.
Kulisz się lekko i niczym w powietrzu
uniesiona powtarzasz słowa,
od których rozpala się ogień mój wieczny
wzbudzony Twoim wołaniem.
Otwieram więc dłonie, rozkładam ramiona,
by zamknąć je znów z wielką siłą
i pustkę przestrzeni najczulej zagasić
blaskiem Twej lśniącej postaci.
z wyczuciem otulasz się płaszczem
ramion mych wiernie ciepłem obdarzonych
byś zimna nie zaznała trwogi.
Kulisz się lekko i niczym w powietrzu
uniesiona powtarzasz słowa,
od których rozpala się ogień mój wieczny
wzbudzony Twoim wołaniem.
Otwieram więc dłonie, rozkładam ramiona,
by zamknąć je znów z wielką siłą
i pustkę przestrzeni najczulej zagasić
blaskiem Twej lśniącej postaci.
Niedziela "pracująca"
Nie będę pisał w odniesieniu do pewnych pasujących do tematu słów, by nie zbliżyć się za bardzo do grona hipokrytów, choć bardzo chciałbym w tym miejscu je zacytować.
Tydzień pracujący, te dni od poniedziałku do piątku, kiedy dźwięki pędzącego miasta nie dają chwili spokoju. Ten czas, kiedy nie zawsze można wstać z dobrą myślą "dziś się wyspałem". Ten czas, kiedy czeka się nawet z pewną tęsknotą na weekend. I gdy wreszcie te dwa wolne dni przychodzą, często dość szybko okazuje się, że na odpoczynek czasu brak. Nie dlatego, że ktoś nam nie pozwala, jak w przypadku sąsiada i jego awanturującego się dziecka czy sąsiadki o betonowych butach, która swoje głośne chodzenie chce zagłuszyć muzyką, ale sami sobie na ten odpoczynek nie pozwalamy. I o ile sytuacja niektórych ludzi zmusza ich do podejmowania pracy w dni teoretycznie wolne, o tyle w przypadku wielu innych osób już tak nie jest. Może ktoś nie czuje się odpowiednio zmęczony pracą w tygodniu - w porządku, niech pracuje i w niedzielę. Ale jeśli wspomina się, że się jest zmęczonym, a słoneczną niedzielę przesiaduje się w domu nad kuchennym blatem, a ciszę zastępuje różnymi jazgoczącymi dźwiękami, to czy przypadkiem nie brakuje w takim postępowaniu logiki? Może niektórzy tego oderwania od hałasu codzienności nie potrzebują. Może wolą inhalować się przesiąkniętym radonem wielkomiejskim powietrzem.
Ja natomiast od tego wolę uciekać i jeśli tylko mogę, chcę się cieszyć każdą chwilą ciszy i spokoju, która jest mi dana. I szczególnie w weekend, kiedy możliwość stworzenia odpowiednich warunków powinna być nieco łatwiejsza. Niestety - tylko w teorii. Widocznie niedziela "pracująca" jest także "dnia świętego święceniem"...
Tydzień pracujący, te dni od poniedziałku do piątku, kiedy dźwięki pędzącego miasta nie dają chwili spokoju. Ten czas, kiedy nie zawsze można wstać z dobrą myślą "dziś się wyspałem". Ten czas, kiedy czeka się nawet z pewną tęsknotą na weekend. I gdy wreszcie te dwa wolne dni przychodzą, często dość szybko okazuje się, że na odpoczynek czasu brak. Nie dlatego, że ktoś nam nie pozwala, jak w przypadku sąsiada i jego awanturującego się dziecka czy sąsiadki o betonowych butach, która swoje głośne chodzenie chce zagłuszyć muzyką, ale sami sobie na ten odpoczynek nie pozwalamy. I o ile sytuacja niektórych ludzi zmusza ich do podejmowania pracy w dni teoretycznie wolne, o tyle w przypadku wielu innych osób już tak nie jest. Może ktoś nie czuje się odpowiednio zmęczony pracą w tygodniu - w porządku, niech pracuje i w niedzielę. Ale jeśli wspomina się, że się jest zmęczonym, a słoneczną niedzielę przesiaduje się w domu nad kuchennym blatem, a ciszę zastępuje różnymi jazgoczącymi dźwiękami, to czy przypadkiem nie brakuje w takim postępowaniu logiki? Może niektórzy tego oderwania od hałasu codzienności nie potrzebują. Może wolą inhalować się przesiąkniętym radonem wielkomiejskim powietrzem.
Ja natomiast od tego wolę uciekać i jeśli tylko mogę, chcę się cieszyć każdą chwilą ciszy i spokoju, która jest mi dana. I szczególnie w weekend, kiedy możliwość stworzenia odpowiednich warunków powinna być nieco łatwiejsza. Niestety - tylko w teorii. Widocznie niedziela "pracująca" jest także "dnia świętego święceniem"...
Subskrybuj:
Posty (Atom)