Już nieco lepiej
tak
gdy lekko usta unosisz
i wzrok
gdy nie próbujesz
wiesz dobrze
co z marnym skutkiem
mam kilka zdań
których nie zmieniam
wiesz dobrze
co w nich zamknąłem
tak wiele napisanych słów
nie na próżno
nie bez znaczenia
i w liryce
można powiedzieć prawdę
niedziela, 26 października 2014
piątek, 24 października 2014
Na Składowej
Składam
dawnych lat
rozsypane gdzieś karty
po kostce
szaro-brukowej
w ceglanej sadzy
stąpały niegdyś buty
i myśli
niepewne
co zastaną za lat kilka
a zostało niewiele
dziś obrazy rozmyte
i fatamorgany
bezgłośnym krzyczą dźwiękiem
że za mało
za pusto
że nie ma dokąd wracać
plac, gdzie się chwaliło wybranych
korytarze, gdzie nie można przystanąć
klasy, gdzie niektórzy stali trochę wyżej
z dawnych lat rozsypane
składam dziś wyblakłe karty
które już zawsze
pozostaną rozdane
jakby nie dla mnie
dawnych lat
rozsypane gdzieś karty
po kostce
szaro-brukowej
w ceglanej sadzy
stąpały niegdyś buty
i myśli
niepewne
co zastaną za lat kilka
a zostało niewiele
dziś obrazy rozmyte
i fatamorgany
bezgłośnym krzyczą dźwiękiem
że za mało
za pusto
że nie ma dokąd wracać
plac, gdzie się chwaliło wybranych
korytarze, gdzie nie można przystanąć
klasy, gdzie niektórzy stali trochę wyżej
z dawnych lat rozsypane
składam dziś wyblakłe karty
które już zawsze
pozostaną rozdane
jakby nie dla mnie
czwartek, 23 października 2014
Dzień pod deszczową chmurą
Dzień pod deszczową chmurą
i przed niewypowiedzianym
zasłaniam wyciągniętą kartę
brzeg połyskuje
i mienią się barwy
na awersie
policzków wyznaczone drogi
Czy złapiesz za róg rękawa
gdy się schylę
tak nisko kapelusz zdejmując
ku drodze
w pocie czoła wykreślonego szlaku
gdy przestaje ściśnięte nie raz
mocniej bić serce
i pod schodami
schował się strach
nie pierwszej wieczerzy
Taki dzień pod deszczową chmurą
która nie przynosi deszczu
tylko wiatr
i przed niewypowiedzianym
zasłaniam wyciągniętą kartę
brzeg połyskuje
i mienią się barwy
na awersie
policzków wyznaczone drogi
Czy złapiesz za róg rękawa
gdy się schylę
tak nisko kapelusz zdejmując
ku drodze
w pocie czoła wykreślonego szlaku
gdy przestaje ściśnięte nie raz
mocniej bić serce
i pod schodami
schował się strach
nie pierwszej wieczerzy
Taki dzień pod deszczową chmurą
która nie przynosi deszczu
tylko wiatr
poniedziałek, 20 października 2014
Zapiski znad rzeki
- Za ogólny życiowy optymizm płacę chwilami smutku - odezwał się po chwili milczenia. - Nie jest on jakiś planowany. Przychodzi nieproszony, ot tak. Zjawia się, gdy wracam nocą do domu albo gdy siedzę sam w pokoju. Czasami wystarczy jedna nuta, jedno słowo, które drążą ucho, aż natrafią na czuły punkt. Wtedy coś we mnie pęka.
Chwilę wcześniej usiedli na wilgotnym pomoście i zaczęli się przyglądać płynącej rzece. Słońce już dawno schowało się za miastem, a służby wodne zbierały sprzęt, żeby odpłynąć na noc do bazy. Teraz woda tylko delikatnie falowała i nie było słychać niczego prócz dźwięków spóźnionych świerszczy. Nieprzestraszone chłodem wieczoru liczyły widocznie na ostatnią możliwość zwrócenia na siebie uwagę.
Dziewczyna przesunęła się nieco bliżej towarzysza i musnęła go łokciem po ramieniu. W tym momencie poczuł zapach jej włosów, a po ciele przeszedł go przyjemny dreszczyk.
- Wiesz co... - odezwała się - Ze mną chyba jest podobnie, tylko że ja w samotności odnajduję jedyną drogę ucieczki przed nieprzyjemnościami świata, a gdy się już w niej zaszyję, czuję, że to i tak nie to, czego poszukuję.
- Też tak miałem do pewnego momentu w moim życiu - odpowiedział.
Nieruchome powietrze nie przeszywało zimnem, lecz chłopak mimo to wyciągnął prawą rękę i objął dziewczynę, która przechyliła lekko głowę i wsparła na jego ramieniu. Lubił szczególnie te momenty, bo czuł się wtedy w jakiś sposób bardziej potrzebny i odpowiedzialny. Pocałował ją delikatnie i silniej przytulił do siebie.
- Do jakiego momentu? - zapytała.
- Do momentu, gdy poznałem ciebie - odpowiedział cicho bez nuty zawahania w głosie.
Chwilę wcześniej usiedli na wilgotnym pomoście i zaczęli się przyglądać płynącej rzece. Słońce już dawno schowało się za miastem, a służby wodne zbierały sprzęt, żeby odpłynąć na noc do bazy. Teraz woda tylko delikatnie falowała i nie było słychać niczego prócz dźwięków spóźnionych świerszczy. Nieprzestraszone chłodem wieczoru liczyły widocznie na ostatnią możliwość zwrócenia na siebie uwagę.
Dziewczyna przesunęła się nieco bliżej towarzysza i musnęła go łokciem po ramieniu. W tym momencie poczuł zapach jej włosów, a po ciele przeszedł go przyjemny dreszczyk.
- Wiesz co... - odezwała się - Ze mną chyba jest podobnie, tylko że ja w samotności odnajduję jedyną drogę ucieczki przed nieprzyjemnościami świata, a gdy się już w niej zaszyję, czuję, że to i tak nie to, czego poszukuję.
- Też tak miałem do pewnego momentu w moim życiu - odpowiedział.
Nieruchome powietrze nie przeszywało zimnem, lecz chłopak mimo to wyciągnął prawą rękę i objął dziewczynę, która przechyliła lekko głowę i wsparła na jego ramieniu. Lubił szczególnie te momenty, bo czuł się wtedy w jakiś sposób bardziej potrzebny i odpowiedzialny. Pocałował ją delikatnie i silniej przytulił do siebie.
- Do jakiego momentu? - zapytała.
- Do momentu, gdy poznałem ciebie - odpowiedział cicho bez nuty zawahania w głosie.
czwartek, 16 października 2014
Zapytam dziś rzekę
Zapytam dziś rzekę
co znaczą te słowa
i spojrzę w jej spokojne lustro
lecz płynie bezgłośnie
bez fal, bezszelestnie
wciąż głuche jest me zapytanie
Zapytam dziś łąkę
jak czytać te słowa
zanurzę się w jej mokrej trawie
lecz szare byliny
pod mglistym obrusem
milczenia biją pokłony
Zapytam dziś lasy
cóż to za słowa,
w bezkresnej utopię się darni
lecz półnagie drzewa
bezlistnym konarem
też wtórują bezdźwięcznej nocy
Zapytam dziś Ciebie
co znaczą Twe słowa
przywołać chcę wzrok odwrócony
lecz milczą wciąż usta
i dłoń ściska zimna
odpowiedź zaklętą rzęsami
co znaczą te słowa
i spojrzę w jej spokojne lustro
lecz płynie bezgłośnie
bez fal, bezszelestnie
wciąż głuche jest me zapytanie
Zapytam dziś łąkę
jak czytać te słowa
zanurzę się w jej mokrej trawie
lecz szare byliny
pod mglistym obrusem
milczenia biją pokłony
Zapytam dziś lasy
cóż to za słowa,
w bezkresnej utopię się darni
lecz półnagie drzewa
bezlistnym konarem
też wtórują bezdźwięcznej nocy
Zapytam dziś Ciebie
co znaczą Twe słowa
przywołać chcę wzrok odwrócony
lecz milczą wciąż usta
i dłoń ściska zimna
odpowiedź zaklętą rzęsami
Opowieść z widokiem na niebo, cz.4
Nie miałem dużo wolnego czasu. Porządkowanie rzeczy oraz przywracanie do stanu równowagi siebie samego były czasochłonne i zadania te, wydawało się, miały trwać bez końca. Stara kamienica z biegiem lat była jeszcze starsza, skóra na dłoniach coraz bardziej zniszczona, a jedynie pewne myśli rodzące się pod nieco wysłużoną już więźbą dachową, stale nie dawały spokoju. Zakotwiczone w dawno przeszłych czasach niczym statek przed wpłynięciem do portu, blokowały drogę nowym, czystym i nieskażonym dawnymi niesnaskami rozważaniom, choć tak często o nie prosiłem.
Którejś jesiennej nocy wiatr nie dawał spokoju. Mimo zamkniętego ze wszystkich stron dziedzińca, silne podmuchy dostawały się, Bóg wie jakim sposobem, wprost z nieba i potrząsając drewnianymi ramami okien, czyniły nieznośny harmider. W którymś momencie słychać było lekkie pęknięcie. Coś twardego zaczęło się zsuwać po dachu i nagle, gdy już myślałem, że to koniec tej krótkiej inscenizacji, gruchnęło o kamienne ścieżki podwórka. Słychać było dźwięk trzaskającej ceramiki, po czym nastała głucha cisza.
Następny dzień przywitał mnie bezchmurnym niebem, a unoszące się nisko nad horyzontem słońce sprawiło, że szybko zapomniałem o hałasach ubiegłej nocy. Nie na długo. Śniadanie i zapach kawy przypomniały o tym, że nie wszystko jest w porządku. Niespiesznie się ubrałem i zszedłem chłodną klatką schodową na podwórze.
- Ostatniej nocy tłukły się myśli - powiedziałem sam do siebie. Rozejrzałem się po dziedzińcu i wzrok swój zatrzymałem na kilku kawałkach czerwonej, lecz brudnej od sadzy dachówce, którą silny wiatr zerwał z dachu. Spadła na kamienny bruk i nie przypominała już teraz ani trochę przedmiotu, którym poprzedniego dnia jeszcze była.
- Za dużo nocnych rozważań w pustej kamienicy... Czasami lepiej po prostu wyjść na zewnątrz i zobaczyć, jak jest naprawdę - pomyślałem i stojąc na zacienionym skrawku podwórka, zacząłem zbierać roztrzaskaną dachówkę, a wraz z nią i moje myśli.
Którejś jesiennej nocy wiatr nie dawał spokoju. Mimo zamkniętego ze wszystkich stron dziedzińca, silne podmuchy dostawały się, Bóg wie jakim sposobem, wprost z nieba i potrząsając drewnianymi ramami okien, czyniły nieznośny harmider. W którymś momencie słychać było lekkie pęknięcie. Coś twardego zaczęło się zsuwać po dachu i nagle, gdy już myślałem, że to koniec tej krótkiej inscenizacji, gruchnęło o kamienne ścieżki podwórka. Słychać było dźwięk trzaskającej ceramiki, po czym nastała głucha cisza.
Następny dzień przywitał mnie bezchmurnym niebem, a unoszące się nisko nad horyzontem słońce sprawiło, że szybko zapomniałem o hałasach ubiegłej nocy. Nie na długo. Śniadanie i zapach kawy przypomniały o tym, że nie wszystko jest w porządku. Niespiesznie się ubrałem i zszedłem chłodną klatką schodową na podwórze.
- Ostatniej nocy tłukły się myśli - powiedziałem sam do siebie. Rozejrzałem się po dziedzińcu i wzrok swój zatrzymałem na kilku kawałkach czerwonej, lecz brudnej od sadzy dachówce, którą silny wiatr zerwał z dachu. Spadła na kamienny bruk i nie przypominała już teraz ani trochę przedmiotu, którym poprzedniego dnia jeszcze była.
- Za dużo nocnych rozważań w pustej kamienicy... Czasami lepiej po prostu wyjść na zewnątrz i zobaczyć, jak jest naprawdę - pomyślałem i stojąc na zacienionym skrawku podwórka, zacząłem zbierać roztrzaskaną dachówkę, a wraz z nią i moje myśli.
niedziela, 12 października 2014
Odnośnie zimy
Na zimę czas jeszcze przyjdzie
gdy szeroko zasieje srebrną rdzę
i polne skuje strumienie
lecz na razie ciepłą wyciągam rękę
pod lekką kurtkę dotyk swój kieruję
i ramieniem zapamiętuję kształty
co ze spokojem zimniejszych dni
czekać pozwalają
Przyjdzie jeszcze czas na dni
co zamknięte długą nocą
zbliżyć ust nie pozwolą
lecz na razie nie szczędzę pocałunków
pod siwiejącym wierzby spojrzeniem
i zapamiętuję smak
słodyczy odsłoniętej skóry
na przyszłą porę roku
gdy szeroko zasieje srebrną rdzę
i polne skuje strumienie
lecz na razie ciepłą wyciągam rękę
pod lekką kurtkę dotyk swój kieruję
i ramieniem zapamiętuję kształty
co ze spokojem zimniejszych dni
czekać pozwalają
Przyjdzie jeszcze czas na dni
co zamknięte długą nocą
zbliżyć ust nie pozwolą
lecz na razie nie szczędzę pocałunków
pod siwiejącym wierzby spojrzeniem
i zapamiętuję smak
słodyczy odsłoniętej skóry
na przyszłą porę roku
czwartek, 9 października 2014
Noc
zależy jak spojrzę
na mapę myśli
i zabarwienie zachodzącego słońca
Czasami utkwię swój wzrok
w ciemnym już wschodzie
i tylko w tył obrócona głowa powie
że jeszcze nie czas
Mijam świerszcze
zbudzone usypiającym falowaniem
nieupadłych liści
i słucham
szelestu spod nóg
i przyspieszonego oddechu
Pokładły się latarnie
i kiście złamanych drzew
kładę się i ja
wśród pustych tak
zmiętych łąk pościeli
na mapę myśli
i zabarwienie zachodzącego słońca
Czasami utkwię swój wzrok
w ciemnym już wschodzie
i tylko w tył obrócona głowa powie
że jeszcze nie czas
Mijam świerszcze
zbudzone usypiającym falowaniem
nieupadłych liści
i słucham
szelestu spod nóg
i przyspieszonego oddechu
Pokładły się latarnie
i kiście złamanych drzew
kładę się i ja
wśród pustych tak
zmiętych łąk pościeli
wtorek, 7 października 2014
Kolory, w których czekam na wiosnę
Żeby pod pierzyną z liści
takiej doczekać wiosny
co barwnym przywita pąkiem
upstrzonym w pewności kolory
Tymczasem niech wiatr hula
lecz głów nam nie pourywa
gdy za dużo myśli
a usta pierzchną
Pod kwiecistą chustą
skrył się zapach i ciepło
jasna cera i pocałunek
i w tych kolorach
czerwonej jesieni
ust
chciałbym doczekać wiosny
takiej doczekać wiosny
co barwnym przywita pąkiem
upstrzonym w pewności kolory
Tymczasem niech wiatr hula
lecz głów nam nie pourywa
gdy za dużo myśli
a usta pierzchną
Pod kwiecistą chustą
skrył się zapach i ciepło
jasna cera i pocałunek
i w tych kolorach
czerwonej jesieni
ust
chciałbym doczekać wiosny
piątek, 3 października 2014
Jesień
z bursztynowym puklem
jesień
ze słodyczą na ustach
jesień
gdzie myśli
się chowają
i prężą w przypływie
deszczem wezbrane rzeki
jesień
przykryta mokrym liściem
i mokrym mchem
jesień
w moich objęciach
jesteś cała
gdy wokół chłód
jesień
je-sień
je sień
zimno dworu
napełnia nim kąty domu
jesień
ze słodyczą na ustach
jesień
gdzie myśli
się chowają
i prężą w przypływie
deszczem wezbrane rzeki
jesień
przykryta mokrym liściem
i mokrym mchem
jesień
w moich objęciach
jesteś cała
gdy wokół chłód
jesień
je-sień
je sień
zimno dworu
napełnia nim kąty domu
środa, 1 października 2014
Gdy uwiję gniazdo
Gdy kiedyś uwiję gniazdo
to nie sam
i bez ich pomocy
Stary tapczan
co wiekiem dekady wyznacza
pośród
emalią gdzieniegdzie pomalowanych garnków
i komoda
taki znak
dziś wybitnie kwitnący
na dawnych przysięgach
powiedzianych wcześnie
zbyt
czy niekoniecznie
Kiedyś uwijemy
gdy pewność
co nigdy szczodrością nie grzeszy
złączonymi dłońmi
i policzkami da o sobie znać
gdy bez rozmów
nad pustym co od piwa stołem
bez żalu za minionym
i za obecnym czasem
Gdy uwiję gniazdo
to nie sam
i bez odcinania
co w rezerwie podobno ma zostać
lecz z uśmiechem porannego witania
to nie sam
i bez ich pomocy
Stary tapczan
co wiekiem dekady wyznacza
pośród
emalią gdzieniegdzie pomalowanych garnków
i komoda
taki znak
dziś wybitnie kwitnący
na dawnych przysięgach
powiedzianych wcześnie
zbyt
czy niekoniecznie
Kiedyś uwijemy
gdy pewność
co nigdy szczodrością nie grzeszy
złączonymi dłońmi
i policzkami da o sobie znać
gdy bez rozmów
nad pustym co od piwa stołem
bez żalu za minionym
i za obecnym czasem
Gdy uwiję gniazdo
to nie sam
i bez odcinania
co w rezerwie podobno ma zostać
lecz z uśmiechem porannego witania
Subskrybuj:
Posty (Atom)
