środa, 14 marca 2012

Tajemnica

Będziesz tajemnicą
zrównaną z tajemniczym kolorem oczu
w których każdy widzi inna odmianę
nieprzejednanej szarości
obsypanej platynowym brokatem
i delikatnymi strugami agatowych potoków

a gdzieś z otchłani źrenic wypływa blask
rozświetlający granice widzialności
i tłumi ową tajemniczą rozkosz
patrzenia

smutek? żal? niespełnienie?
podkreślane równą kreską czarnego tuszu

i tajemnica lekko opuszczonych kącików czerwono-różanych ust
tak elegancko obrysowanych
a przecież nieraz rozłożyście rozkołysanych
wesołym uśmiechem
wciąż jednak szczerze tajemniczym
jak jego właścicielka

Kilka złotych

Zatem nie rozliczamy się do końca
zawsze zostaje jakaś złotówka
i słowo niewypowiedziane na pożegnanie

A później uciekasz przede mną
wskakując w otwarte drzwi tramwaju
i znowu jesteśmy sami
nieomylni, piękni
coraz bardziej zmęczeni
choć godzina jeszcze młoda

Nie rozliczamy się ze spojrzeń
gdy przerywasz zmieszana
a ja wciąż nie znam odpowiedzi
porwany długością rzęs
w głębinę między powiekami

Nie rozliczamy się z tematów
barwnie niespotykanych
utkanych srebrną nicią
pośród ciemnych zakątków naszego miasta
i tych zdeptanych chodników
naszych historii i tożsamości

Nie rozliczamy się
choć wiem, że kiedyś
trzeba będzie zapłacić
i tego się boję

czwartek, 8 marca 2012

Zimą w tramwaju

Gdzieś zza szklanej tafli widzę starą babcię kuśtykającą na przystanek.
I pana w wielkiej futrzanej czapie.
Wywiało ich spod starej szafy.
Jaki ten zimowy wiatr wredny. Mógł im pozwolić po cichu zginąć w kurzu.

Ale zaraz obieram inny kierunek.
Tam w kącie stoi młoda dama.
I ma zgrabną łydkę.
Bardzo.
I długie rozwiane włosy. To pewnie przez ten wiatr.

Wszedł relikt dzisiejszego wina.
Taniego.
Bardzo.
A może to nie było wino.
A może to nie jest człowiek.
Cuchnie.
Trzeba otworzyć okno. Gdzie wiatr.

Już wolę patrzeć w kąt.
Tak.
Dobrze, że jest ten wiatr. Zimowy.

czwartek, 1 marca 2012

Używam

W przestrzeni z trzema kierunkami
potykam się
o używek niestrawności
i czas, który niestrudzenie przywraca naturalność
trzeźwości i patrzenia w codziennych barwach
przynajmniej większości

potykam się o puste
metalicznie brzmiące opakowania
walcowatych kształtów
a wypite źródło paruje
ze skóry skropionej zimnym potem

potykam się o puste opakowania
proszkowatej materii
co krąży w żyłach
i pewnie głębiej

dziś już nie wstanę
nie mam sił
gdy gorąc rozrywa pierś
i łza wymuszona ostrym oddechem spływa po wysuszonym policzku

bez przesady i bez milczenia
wsłuchuję się w mętlik dźwięków

wzrok oszukiwał
i pamięć
i ludzie też oszukują
siebie samego też oszukam
używkami