Usiedli przy stole. Z pokoju obok zaczął dochodzić dźwięk przemówienia Churchilla otwierającego utwór Aces High Ironów. Tomek przysunął krzesło do stołu tak, jak czynił to zawsze, a Kuba zaproponował kanapkę, po czym otworzył lodówkę. Gdy spostrzegł, że nic w niej nie ma, zamknął drzwiczki i powiedział, że lipa, oprócz kilku parówek jest tylko krem czekoladowy i że jutro dopiero coś kupi.
– Spokojnie – odrzekł Tomek. – Przyniosłem coś, co zastąpi każdy posiłek – kontynuował. Otworzył swój plecak i postawił na blacie czteropak Żubrów.
Kuba zmarszczył czoło i zapytał:
– Czemu tylko jeden? Trzeba było wziąć dwa, a tak będziemy musieli znowu łazić na stację.
Wychodzenie w nocy po kolejne piwa było niejaką tradycją w cotygodniowych spotkaniach. Towarzyszyło temu zawsze palenie papierosa w windzie, tak że Tomek, który unikał dymu, musiał odwracać głowę od obłoku lecącego w stronę szpary między jadącą kabiną a mijanymi metalowymi drzwiami. Czasami szli piechotą, ale wysokość do pokonania łatwo zniechęcała. Robili to tylko wtedy, gdy schodząc ze strychu widzieli, że winda wjeżdża na ostatnie piętro.
– To pewnie ta suka spod piętnastki – rzucał Kuba i szybko zbiegał z zapalonym papierosem na półpiętro.
A stamtąd zostawało do pokonania już tylko osiem poziomów. Kiedyś zdarzyło się, że Tomek wyszedł przez okno między parterem a pierwszym piętrem na daszek i zeskoczył na trawnik, ale to było dawno i poza tym był pijany.
Kuba rozciął nożyczkami polietylenową otoczkę czterech aluminiowych puszek, dwie z nich schował do lodówki, jedną postawił przed sobą, drugą przesunął bliżej Tomka.
– Na trzy – rzucił hasło Kuba.
– Raz! – Powiedzieli obydwaj i w tym samym momencie spod zawleczek uleciał znany im dobrze syk, a żółty napój lekko się spienił. – Zdrówko! – dokończyli tradycyjny toast stuknięciem puszek i piwo zaczęło delikatnie płynąć po języku wprost do gardła.
Kiedyś Kuba stwierdził, pewnie po powrocie z Norwegii, że gdy się wznosi toast i stuka naczyniem, z którego się pije, trzeba patrzeć sobie w oczy, bo jeśli nie, to nieszczęście się zdarzy, więc nie ma co ryzykować. I od tamtej pory zwyczaj ten wrósł do, i tak już nieco rozbudowanej, tradycji picia piwa.
– O co chodzi z tym twoim plecakiem? – Zapytał Tomek. – Mówiłeś, że potrzebujesz nowej kostki – powiedział, połykając kolejny łyk piwa.
– Po to do ciebie dzwoniłem cztery razy, a ty, kurwa, nie odbierałeś – odpowiedział trochę zirytowany Kuba i od razu napił się z puszki. – W końcu na gadulcu napisałem, bo sprawa pilna – skończył.
– Wiesz, jak ze mną jest, nie zawsze odbieram – odpowiedział, chcąc się usprawiedliwić, Tomek. – Zabiegany byłem, dużo obowiązków.
– Dobra, nieważne, ale załatwiłeś, tak? – zapytał ostatecznie Kuba.
– Tak. Forsę przelałem. Kostkę będziesz miał za dwa dni – odpowiedział Tomek wyraźnie dumny ze swej inicjatywy, przez chwilę wsłuchując się w Ironów.
Plecak Kuby. Kostka. To temat zażartych bojów między Kubą a jego rodzicami czy babcią. Bo jak to być może, że młody chłopak idący do gimnazjum w małej gminie kupuje plecak rodem z Ludowego Wojska Polskiego i w czarnych glanach próbuje zaaklimatyzować się wśród dresów i „szlugów” młodzieży wiejskiej. Taki plan egzystencji pośród wyrostków popegeerowskich wsi Województwa Dolnośląskiego z góry można było określić jako zbyt ambitny i niemożliwy do spełnienia. Niemniej jednak Kuba nacechowany ideami pokojowego życia spróbował zaistnieć i w taki czy inny sposób integrować się z niedoskonałą społecznością małomiasteczkową. Szkoda, że bez skutków. W trzeciej klasie gimnazjum powrócił do Wrocławia, na osiedle, z którego się wywodził i na którym wraz z Tomkiem nieraz próbował zaspokoić swoją dziecięcą ciekawość w sferach piromanii, piłki nożnej i budowania pozycji społecznej. Wojskowy plecak Kuby to wreszcie znak wkraczania w dorosłe życie, gdy wraz ze starszym bratem poznawał tajniki życia gwardii czternastego LO. To także pierwsze piwka noszone w plecaku, żeby spotkać się ze znajomym, Sarną. W kostce, pod jedną ze wszywek znajduje się z resztą do dziś włos pierwszej kobiety Kuby, a klapę zdobią niezliczone kondensatory, oporniki i układy scalone wyniesione z laboratoriów Wydziału Elektronicznego Politechniki Wrocławskiej. Jednak najciekawsze historie wiążą się z podróżami Kuby i jego wypadami za miasto. Popijawy pod Wrocławiem nierzadko kończyły się snem na kostce gdzieś wśród krzaków. Tomek przypominał niejednokrotnie o tym, gdy wracając z którejś nocy świętojańskiej Kuba położył się na stoku Ślęży i głowę wsparł na zniszczonym plecaku. Drzemał tak, dopóki Tomek go nie szturchnął i powiedział, że nie ma co, trzeba wstawać, bo pizga. Plecak Kuby to także atrybut wyjazdu do Norwegii w celu znalezienia pracy na wakacje. I gdy w swoim plecaku turystycznym zmieścił rzeczy potrzebne do przetrwania na obczyźnie, kostka z chęcią pomieściła wtedy znoszone glany i kilka wagonów fajek, w końcu w Norwegii fajki drogie.
Tak przez lata wraz z Kubą starzała się jego kostka. Gdy na spodniach Kuby pojawiało się więcej otarć, plecak zdawał się być tylko lekko draśnięty przez przemijający czas. Do momentu, gdy dno plecaka przetarło się na wylot. Bynajmniej nie od książek. Kuba nigdy nie należał do tych, którzy przygotowani do zajęć taszczyli na zajęcia tuzin książek, z których jedna prześcigała drugą w tonażu. I bardzo dobrze. W przeciwnym wypadku plecak nie przetrwałby nawet roku. Dziura na wylot powstała zapewne przez otarcia ze strony metalowych puszek, szklanych flaszek różnych kształtów i innych nieforemnych opakowań. Bo plecak zaczął pełnić nie tylko rolę transportera alkoholu, ale również siatki na zakupy z pobliskiej Biedronki i Carrefoura. No i dziury trzeba było łatać.
Z czasem pierwotnego ciemnozielonego materiału było coraz mniej. Plecak tracił swój kolor wraz z nitkami. A wraz z urywanym materiałem Kuba tracił swoją dziecięcą naturę i przeobrażał się w zbiór zdarzeń, doświadczeń i interakcji z innymi ludźmi, w których stara kostka towarzyszyła mu niestrudzenie. Plecak musiał być zawsze – nawet wówczas, gdy nic się w nim nie nosiło. Ten nierozłączny atrybut wolności, niezależności i otwarcia na przygodę wyznaczał styl bycia Kuby. Nieraz aż nazbyt wyraźnie. Bywało też, że Kuba integrował się z kostką całkowicie. Tak jak ona był poniewierany przez przeciwności losu i niedbalstwo. Nawet jego spodnie bywały tak samo obszarpane jak plecak. Mało tego, ze starych spodni robił łaty i wszywał je dla wzmocnienia konstrukcji kostki. Zabieg ten spowodował utworzenie kolejnych przegródek, których zawartość znał tylko Kuba. Gdy Tomek proszony o włożenie do środka jakiś zakupów zaczynał mieć wątpliwości, czy robi dobrze, Kuba jakby na siłę ściągał ten przyrośnięty do niego sztuczny garb, komentował nieudolność i niewyuczalność kompana, po czym sam pakował rzeczy i zaraz znów tworzył z plecakiem jedność.
Po przylocie Kuby z Nowej Zelandii kostka zestarzała się jeszcze bardziej. Tak, jak jej właściciel miała za sobą tysiące kilometrów podróży i była świadkiem przeróżnych zdarzeń, które wyraźnie nadszarpnęły jej kondycję fizyczną. Była równie wyczerpana i zużyta jak Kuba, który ewidentnie miał już dość światowej tułaczki. Z kostką pojechał później jeszcze raz do Norwegii, ale po powrocie obwieścił, że to koniec. Plecak z jednym uchwytem trzymającym się na grubych sznurkach tracił swoją przydatność. Dżinsowe wstawki przewyższały procentowy udział oryginalnego materiału, a starte wszywki trzepotały na okaleczonych nitkach. Teraz kostka dogorywała rzucona jak zwykle na amerykankę i czekała na swoją następczynię. Ale nie miało to być odrodzenie feniksa. Z odejściem tej kostki odchodziła niewątpliwie pewna epoka w życiu Kuby. I nic już nie miało wyglądać tak, jak do tej pory.
Ale oni jeszcze o tym nie wiedzieli. Jak zwykle siedzieli w ustalonej konfiguracji przy stole i szykowali myśli do kolejnej batalii o zwycięstwo w skomplikowanym świecie damsko-męskich stosunków, w którym układ sił zmieniał się zbyt szybko i zbyt nieprzewidywalnie. Kuba podniósł puszkę do ust, napił się piwa i wstał.
– Bo ta moja kostka cała się już rozjebała – rzucił od niechcenia, postawił puszkę na stole i poszedł do pokoju.
Po chwili za nim wszedł Tomek. Rozejrzał się. Spojrzał na leżący plecak i próbował przywołać w myśli zdjęcie tego, który dziś kupił w Internecie.
– Wiesz co, ten plecak, do którego przesłałeś mi link, wyglądał trochę inaczej. – powiedział Tomek z lekkim żalem w głosie.
– Wiem, ale co panie zrobisz? Nic panie nie zrobisz. – odparł Kuba.
Odsunął się od biurka, zapalił dopiero co skręconego papierosa, podszedł do okna i otworzył je. Przez otwarte okno wpłynęło zimne powietrze i zatoczyło okrąg po pokoju, porywając za sobą kurz i owiewając każdy centymetr powierzchni. Z głośników dochodziły ostatnie akordy Aces High. Wiatr delikatnie musnął leżącą kostkę, wzbił się z powrotem do okna i poszybował w nieznane razem z papierosowym dymem.
– Spokojnie – odrzekł Tomek. – Przyniosłem coś, co zastąpi każdy posiłek – kontynuował. Otworzył swój plecak i postawił na blacie czteropak Żubrów.
Kuba zmarszczył czoło i zapytał:
– Czemu tylko jeden? Trzeba było wziąć dwa, a tak będziemy musieli znowu łazić na stację.
Wychodzenie w nocy po kolejne piwa było niejaką tradycją w cotygodniowych spotkaniach. Towarzyszyło temu zawsze palenie papierosa w windzie, tak że Tomek, który unikał dymu, musiał odwracać głowę od obłoku lecącego w stronę szpary między jadącą kabiną a mijanymi metalowymi drzwiami. Czasami szli piechotą, ale wysokość do pokonania łatwo zniechęcała. Robili to tylko wtedy, gdy schodząc ze strychu widzieli, że winda wjeżdża na ostatnie piętro.
– To pewnie ta suka spod piętnastki – rzucał Kuba i szybko zbiegał z zapalonym papierosem na półpiętro.
A stamtąd zostawało do pokonania już tylko osiem poziomów. Kiedyś zdarzyło się, że Tomek wyszedł przez okno między parterem a pierwszym piętrem na daszek i zeskoczył na trawnik, ale to było dawno i poza tym był pijany.
Kuba rozciął nożyczkami polietylenową otoczkę czterech aluminiowych puszek, dwie z nich schował do lodówki, jedną postawił przed sobą, drugą przesunął bliżej Tomka.
– Na trzy – rzucił hasło Kuba.
– Raz! – Powiedzieli obydwaj i w tym samym momencie spod zawleczek uleciał znany im dobrze syk, a żółty napój lekko się spienił. – Zdrówko! – dokończyli tradycyjny toast stuknięciem puszek i piwo zaczęło delikatnie płynąć po języku wprost do gardła.
Kiedyś Kuba stwierdził, pewnie po powrocie z Norwegii, że gdy się wznosi toast i stuka naczyniem, z którego się pije, trzeba patrzeć sobie w oczy, bo jeśli nie, to nieszczęście się zdarzy, więc nie ma co ryzykować. I od tamtej pory zwyczaj ten wrósł do, i tak już nieco rozbudowanej, tradycji picia piwa.
– O co chodzi z tym twoim plecakiem? – Zapytał Tomek. – Mówiłeś, że potrzebujesz nowej kostki – powiedział, połykając kolejny łyk piwa.
– Po to do ciebie dzwoniłem cztery razy, a ty, kurwa, nie odbierałeś – odpowiedział trochę zirytowany Kuba i od razu napił się z puszki. – W końcu na gadulcu napisałem, bo sprawa pilna – skończył.
– Wiesz, jak ze mną jest, nie zawsze odbieram – odpowiedział, chcąc się usprawiedliwić, Tomek. – Zabiegany byłem, dużo obowiązków.
– Dobra, nieważne, ale załatwiłeś, tak? – zapytał ostatecznie Kuba.
– Tak. Forsę przelałem. Kostkę będziesz miał za dwa dni – odpowiedział Tomek wyraźnie dumny ze swej inicjatywy, przez chwilę wsłuchując się w Ironów.
Plecak Kuby. Kostka. To temat zażartych bojów między Kubą a jego rodzicami czy babcią. Bo jak to być może, że młody chłopak idący do gimnazjum w małej gminie kupuje plecak rodem z Ludowego Wojska Polskiego i w czarnych glanach próbuje zaaklimatyzować się wśród dresów i „szlugów” młodzieży wiejskiej. Taki plan egzystencji pośród wyrostków popegeerowskich wsi Województwa Dolnośląskiego z góry można było określić jako zbyt ambitny i niemożliwy do spełnienia. Niemniej jednak Kuba nacechowany ideami pokojowego życia spróbował zaistnieć i w taki czy inny sposób integrować się z niedoskonałą społecznością małomiasteczkową. Szkoda, że bez skutków. W trzeciej klasie gimnazjum powrócił do Wrocławia, na osiedle, z którego się wywodził i na którym wraz z Tomkiem nieraz próbował zaspokoić swoją dziecięcą ciekawość w sferach piromanii, piłki nożnej i budowania pozycji społecznej. Wojskowy plecak Kuby to wreszcie znak wkraczania w dorosłe życie, gdy wraz ze starszym bratem poznawał tajniki życia gwardii czternastego LO. To także pierwsze piwka noszone w plecaku, żeby spotkać się ze znajomym, Sarną. W kostce, pod jedną ze wszywek znajduje się z resztą do dziś włos pierwszej kobiety Kuby, a klapę zdobią niezliczone kondensatory, oporniki i układy scalone wyniesione z laboratoriów Wydziału Elektronicznego Politechniki Wrocławskiej. Jednak najciekawsze historie wiążą się z podróżami Kuby i jego wypadami za miasto. Popijawy pod Wrocławiem nierzadko kończyły się snem na kostce gdzieś wśród krzaków. Tomek przypominał niejednokrotnie o tym, gdy wracając z którejś nocy świętojańskiej Kuba położył się na stoku Ślęży i głowę wsparł na zniszczonym plecaku. Drzemał tak, dopóki Tomek go nie szturchnął i powiedział, że nie ma co, trzeba wstawać, bo pizga. Plecak Kuby to także atrybut wyjazdu do Norwegii w celu znalezienia pracy na wakacje. I gdy w swoim plecaku turystycznym zmieścił rzeczy potrzebne do przetrwania na obczyźnie, kostka z chęcią pomieściła wtedy znoszone glany i kilka wagonów fajek, w końcu w Norwegii fajki drogie.
Tak przez lata wraz z Kubą starzała się jego kostka. Gdy na spodniach Kuby pojawiało się więcej otarć, plecak zdawał się być tylko lekko draśnięty przez przemijający czas. Do momentu, gdy dno plecaka przetarło się na wylot. Bynajmniej nie od książek. Kuba nigdy nie należał do tych, którzy przygotowani do zajęć taszczyli na zajęcia tuzin książek, z których jedna prześcigała drugą w tonażu. I bardzo dobrze. W przeciwnym wypadku plecak nie przetrwałby nawet roku. Dziura na wylot powstała zapewne przez otarcia ze strony metalowych puszek, szklanych flaszek różnych kształtów i innych nieforemnych opakowań. Bo plecak zaczął pełnić nie tylko rolę transportera alkoholu, ale również siatki na zakupy z pobliskiej Biedronki i Carrefoura. No i dziury trzeba było łatać.
Z czasem pierwotnego ciemnozielonego materiału było coraz mniej. Plecak tracił swój kolor wraz z nitkami. A wraz z urywanym materiałem Kuba tracił swoją dziecięcą naturę i przeobrażał się w zbiór zdarzeń, doświadczeń i interakcji z innymi ludźmi, w których stara kostka towarzyszyła mu niestrudzenie. Plecak musiał być zawsze – nawet wówczas, gdy nic się w nim nie nosiło. Ten nierozłączny atrybut wolności, niezależności i otwarcia na przygodę wyznaczał styl bycia Kuby. Nieraz aż nazbyt wyraźnie. Bywało też, że Kuba integrował się z kostką całkowicie. Tak jak ona był poniewierany przez przeciwności losu i niedbalstwo. Nawet jego spodnie bywały tak samo obszarpane jak plecak. Mało tego, ze starych spodni robił łaty i wszywał je dla wzmocnienia konstrukcji kostki. Zabieg ten spowodował utworzenie kolejnych przegródek, których zawartość znał tylko Kuba. Gdy Tomek proszony o włożenie do środka jakiś zakupów zaczynał mieć wątpliwości, czy robi dobrze, Kuba jakby na siłę ściągał ten przyrośnięty do niego sztuczny garb, komentował nieudolność i niewyuczalność kompana, po czym sam pakował rzeczy i zaraz znów tworzył z plecakiem jedność.
Po przylocie Kuby z Nowej Zelandii kostka zestarzała się jeszcze bardziej. Tak, jak jej właściciel miała za sobą tysiące kilometrów podróży i była świadkiem przeróżnych zdarzeń, które wyraźnie nadszarpnęły jej kondycję fizyczną. Była równie wyczerpana i zużyta jak Kuba, który ewidentnie miał już dość światowej tułaczki. Z kostką pojechał później jeszcze raz do Norwegii, ale po powrocie obwieścił, że to koniec. Plecak z jednym uchwytem trzymającym się na grubych sznurkach tracił swoją przydatność. Dżinsowe wstawki przewyższały procentowy udział oryginalnego materiału, a starte wszywki trzepotały na okaleczonych nitkach. Teraz kostka dogorywała rzucona jak zwykle na amerykankę i czekała na swoją następczynię. Ale nie miało to być odrodzenie feniksa. Z odejściem tej kostki odchodziła niewątpliwie pewna epoka w życiu Kuby. I nic już nie miało wyglądać tak, jak do tej pory.
Ale oni jeszcze o tym nie wiedzieli. Jak zwykle siedzieli w ustalonej konfiguracji przy stole i szykowali myśli do kolejnej batalii o zwycięstwo w skomplikowanym świecie damsko-męskich stosunków, w którym układ sił zmieniał się zbyt szybko i zbyt nieprzewidywalnie. Kuba podniósł puszkę do ust, napił się piwa i wstał.
– Bo ta moja kostka cała się już rozjebała – rzucił od niechcenia, postawił puszkę na stole i poszedł do pokoju.
Po chwili za nim wszedł Tomek. Rozejrzał się. Spojrzał na leżący plecak i próbował przywołać w myśli zdjęcie tego, który dziś kupił w Internecie.
– Wiesz co, ten plecak, do którego przesłałeś mi link, wyglądał trochę inaczej. – powiedział Tomek z lekkim żalem w głosie.
– Wiem, ale co panie zrobisz? Nic panie nie zrobisz. – odparł Kuba.
Odsunął się od biurka, zapalił dopiero co skręconego papierosa, podszedł do okna i otworzył je. Przez otwarte okno wpłynęło zimne powietrze i zatoczyło okrąg po pokoju, porywając za sobą kurz i owiewając każdy centymetr powierzchni. Z głośników dochodziły ostatnie akordy Aces High. Wiatr delikatnie musnął leżącą kostkę, wzbił się z powrotem do okna i poszybował w nieznane razem z papierosowym dymem.