wtorek, 28 lutego 2012

Plecak

Usiedli przy stole. Z pokoju obok zaczął dochodzić dźwięk przemówienia Churchilla otwierającego utwór Aces High Ironów. Tomek przysunął krzesło do stołu tak, jak czynił to zawsze, a Kuba zaproponował kanapkę, po czym otworzył lodówkę. Gdy spostrzegł, że nic w niej nie ma, zamknął drzwiczki i powiedział, że lipa, oprócz kilku parówek jest tylko krem czekoladowy i że jutro dopiero coś kupi.
– Spokojnie – odrzekł Tomek. – Przyniosłem coś, co zastąpi każdy posiłek – kontynuował. Otworzył swój plecak i postawił na blacie czteropak Żubrów.
Kuba zmarszczył czoło i zapytał:
– Czemu tylko jeden? Trzeba było wziąć dwa, a tak będziemy musieli znowu łazić na stację.
Wychodzenie w nocy po kolejne piwa było niejaką tradycją w cotygodniowych spotkaniach. Towarzyszyło temu zawsze palenie papierosa w windzie, tak że Tomek, który unikał dymu, musiał odwracać głowę od obłoku lecącego w stronę szpary między jadącą kabiną a mijanymi metalowymi drzwiami. Czasami szli piechotą, ale wysokość do pokonania łatwo zniechęcała. Robili to tylko wtedy, gdy schodząc ze strychu widzieli, że winda wjeżdża na ostatnie piętro.
– To pewnie ta suka spod piętnastki – rzucał Kuba i szybko zbiegał z zapalonym papierosem na półpiętro.
A stamtąd zostawało do pokonania już tylko osiem poziomów. Kiedyś zdarzyło się, że Tomek wyszedł przez okno między parterem a pierwszym piętrem na daszek i zeskoczył na trawnik, ale to było dawno i poza tym był pijany.
Kuba rozciął nożyczkami polietylenową otoczkę czterech aluminiowych puszek, dwie z nich schował do lodówki, jedną postawił przed sobą, drugą przesunął bliżej Tomka.
– Na trzy – rzucił hasło Kuba.
– Raz! – Powiedzieli obydwaj i w tym samym momencie spod zawleczek uleciał znany im dobrze syk, a żółty napój lekko się spienił. – Zdrówko! – dokończyli tradycyjny toast stuknięciem puszek i piwo zaczęło delikatnie płynąć po języku wprost do gardła.
Kiedyś Kuba stwierdził, pewnie po powrocie z Norwegii, że gdy się wznosi toast i stuka naczyniem, z którego się pije, trzeba patrzeć sobie w oczy, bo jeśli nie, to nieszczęście się zdarzy, więc nie ma co ryzykować. I od tamtej pory zwyczaj ten wrósł do, i tak już nieco rozbudowanej, tradycji picia piwa.
– O co chodzi z tym twoim plecakiem? – Zapytał Tomek. – Mówiłeś, że potrzebujesz nowej kostki – powiedział, połykając kolejny łyk piwa.
– Po to do ciebie dzwoniłem cztery razy, a ty, kurwa, nie odbierałeś – odpowiedział trochę zirytowany Kuba i od razu napił się z puszki. – W końcu na gadulcu napisałem, bo sprawa pilna – skończył.
– Wiesz, jak ze mną jest, nie zawsze odbieram – odpowiedział, chcąc się usprawiedliwić, Tomek. – Zabiegany byłem, dużo obowiązków.
– Dobra, nieważne, ale załatwiłeś, tak? – zapytał ostatecznie Kuba.
– Tak. Forsę przelałem. Kostkę będziesz miał za dwa dni – odpowiedział Tomek wyraźnie dumny ze swej inicjatywy, przez chwilę wsłuchując się w Ironów.
Plecak Kuby. Kostka. To temat zażartych bojów między Kubą a jego rodzicami czy babcią. Bo jak to być może, że młody chłopak idący do gimnazjum w małej gminie kupuje plecak rodem z Ludowego Wojska Polskiego i w czarnych glanach próbuje zaaklimatyzować się wśród dresów i „szlugów” młodzieży wiejskiej. Taki plan egzystencji pośród wyrostków popegeerowskich wsi Województwa Dolnośląskiego z góry można było określić jako zbyt ambitny i niemożliwy do spełnienia. Niemniej jednak Kuba nacechowany ideami pokojowego życia spróbował zaistnieć i w taki czy inny sposób integrować się z niedoskonałą społecznością małomiasteczkową. Szkoda, że bez skutków. W trzeciej klasie gimnazjum powrócił do Wrocławia, na osiedle, z którego się wywodził i na którym wraz z Tomkiem nieraz próbował zaspokoić swoją dziecięcą ciekawość w sferach piromanii, piłki nożnej i budowania pozycji społecznej. Wojskowy plecak Kuby to wreszcie znak wkraczania w dorosłe życie, gdy wraz ze starszym bratem poznawał tajniki życia gwardii czternastego LO. To także pierwsze piwka noszone w plecaku, żeby spotkać się ze znajomym, Sarną. W kostce, pod jedną ze wszywek znajduje się z resztą do dziś włos pierwszej kobiety Kuby, a klapę zdobią niezliczone kondensatory, oporniki i układy scalone wyniesione z laboratoriów Wydziału Elektronicznego Politechniki Wrocławskiej. Jednak najciekawsze historie wiążą się z podróżami Kuby i jego wypadami za miasto. Popijawy pod Wrocławiem nierzadko kończyły się snem na kostce gdzieś wśród krzaków. Tomek przypominał niejednokrotnie o tym, gdy wracając z którejś nocy świętojańskiej Kuba położył się na stoku Ślęży i głowę wsparł na zniszczonym plecaku. Drzemał tak, dopóki Tomek go nie szturchnął i powiedział, że nie ma co, trzeba wstawać, bo pizga. Plecak Kuby to także atrybut wyjazdu do Norwegii w celu znalezienia pracy na wakacje. I gdy w swoim plecaku turystycznym zmieścił rzeczy potrzebne do przetrwania na obczyźnie, kostka z chęcią pomieściła wtedy znoszone glany i kilka wagonów fajek, w końcu w Norwegii fajki drogie.
Tak przez lata wraz z Kubą starzała się jego kostka. Gdy na spodniach Kuby pojawiało się więcej otarć, plecak zdawał się być tylko lekko draśnięty przez przemijający czas. Do momentu, gdy dno plecaka przetarło się na wylot. Bynajmniej nie od książek. Kuba nigdy nie należał do tych, którzy przygotowani do zajęć taszczyli na zajęcia tuzin książek, z których jedna prześcigała drugą w tonażu. I bardzo dobrze. W przeciwnym wypadku plecak nie przetrwałby nawet roku. Dziura na wylot powstała zapewne przez otarcia ze strony metalowych puszek, szklanych flaszek różnych kształtów i innych nieforemnych opakowań. Bo plecak zaczął pełnić nie tylko rolę transportera alkoholu, ale również siatki na zakupy z pobliskiej Biedronki i Carrefoura. No i dziury trzeba było łatać.
Z czasem pierwotnego ciemnozielonego materiału było coraz mniej. Plecak tracił swój kolor wraz z nitkami. A wraz z urywanym materiałem Kuba tracił swoją dziecięcą naturę i przeobrażał się w zbiór zdarzeń, doświadczeń i interakcji z innymi ludźmi, w których stara kostka towarzyszyła mu niestrudzenie. Plecak musiał być zawsze – nawet wówczas, gdy nic się w nim nie nosiło. Ten nierozłączny atrybut wolności, niezależności i otwarcia na przygodę wyznaczał styl bycia Kuby. Nieraz aż nazbyt wyraźnie. Bywało też, że Kuba integrował się z kostką całkowicie. Tak jak ona był poniewierany przez przeciwności losu i niedbalstwo. Nawet jego spodnie bywały tak samo obszarpane jak plecak. Mało tego, ze starych spodni robił łaty i wszywał je dla wzmocnienia konstrukcji kostki. Zabieg ten spowodował utworzenie kolejnych przegródek, których zawartość znał tylko Kuba. Gdy Tomek proszony o włożenie do środka jakiś zakupów zaczynał mieć wątpliwości, czy robi dobrze, Kuba jakby na siłę ściągał ten przyrośnięty do niego sztuczny garb, komentował nieudolność i niewyuczalność kompana, po czym sam pakował rzeczy i zaraz znów tworzył z plecakiem jedność.
Po przylocie Kuby z Nowej Zelandii kostka zestarzała się jeszcze bardziej. Tak, jak jej właściciel miała za sobą tysiące kilometrów podróży i była świadkiem przeróżnych zdarzeń, które wyraźnie nadszarpnęły jej kondycję fizyczną. Była równie wyczerpana i zużyta jak Kuba, który ewidentnie miał już dość światowej tułaczki. Z kostką pojechał później jeszcze raz do Norwegii, ale po powrocie obwieścił, że to koniec. Plecak z jednym uchwytem trzymającym się na grubych sznurkach tracił swoją przydatność. Dżinsowe wstawki przewyższały procentowy udział oryginalnego materiału, a starte wszywki trzepotały na okaleczonych nitkach. Teraz kostka dogorywała rzucona jak zwykle na amerykankę i czekała na swoją następczynię. Ale nie miało to być odrodzenie feniksa. Z odejściem tej kostki odchodziła niewątpliwie pewna epoka w życiu Kuby. I nic już nie miało wyglądać tak, jak do tej pory.
Ale oni jeszcze o tym nie wiedzieli. Jak zwykle siedzieli w ustalonej konfiguracji przy stole i szykowali myśli do kolejnej batalii o zwycięstwo w skomplikowanym świecie damsko-męskich stosunków, w którym układ sił zmieniał się zbyt szybko i zbyt nieprzewidywalnie. Kuba podniósł puszkę do ust, napił się piwa i wstał.
– Bo ta moja kostka cała się już rozjebała – rzucił od niechcenia, postawił puszkę na stole i poszedł do pokoju.
Po chwili za nim wszedł Tomek. Rozejrzał się. Spojrzał na leżący plecak i próbował przywołać w myśli zdjęcie tego, który dziś kupił w Internecie.
– Wiesz co, ten plecak, do którego przesłałeś mi link, wyglądał trochę inaczej. – powiedział Tomek z lekkim żalem w głosie.
– Wiem, ale co panie zrobisz? Nic panie nie zrobisz. – odparł Kuba.
Odsunął się od biurka, zapalił dopiero co skręconego papierosa, podszedł do okna i otworzył je. Przez otwarte okno wpłynęło zimne powietrze i zatoczyło okrąg po pokoju, porywając za sobą kurz i owiewając każdy centymetr powierzchni. Z głośników dochodziły ostatnie akordy Aces High. Wiatr delikatnie musnął leżącą kostkę, wzbił się z powrotem do okna i poszybował w nieznane razem z papierosowym dymem.

piątek, 24 lutego 2012

Wkoło

Kiedyś wszyscy wrócimy do punktu wyjścia
i znów staniemy w miejscu,
z którego przed latami wyruszyliśmy
w podróż
aby szukać szczęścia

Kiedyś znów będziemy zasypiali w zimnej pościeli,
a para z ust uniesie się w pustym pokoju

Kiedyś znowu podamy komuś dłoń,
aby pomógł nam wstać
gdy nie będzie już tej ciepłej
tak czule roznoszącej niegdyś w nas gorąc

Zatoczymy koło pośród naszych marginesów
czasami chętnie obrywając coś z zewnątrz
jak liście zza okna pociągu

Kiedyś wrócimy i znów staniemy przed wyborem
Kiedyś.
Będziemy starzy, samotni i zmęczeni
i na wybór będzie za późno

czwartek, 23 lutego 2012

Ostatni zapisek

Mógł coś znaczyć
był kimś
a jeśli ktoś już tak powiedział, to nie dla żartów
obrócił się na pięcie i wyszeptał jakieś słowo

odchodzę, to za mało
rzekłby może z większym namaszczeniem
naciskiem na przedostatnią sylabę

i tak zrobił
widzieli go jeszcze co poniektórzy
coraz bardziej zgarbieni i zgorzkniali
ale tylko wyciągali rękę w geście powitania
nie wypowiadając żadnych słów

miał w sobie to coś
i właśnie przez to coś odszedł
sprzeczali się i pokazywali palcem
ale on już nie widział
szedł z podniesioną głową
może nawet gdzieś w chmurach

raz usiadł w przedostatnim rzędzie
i zapisał coś na kartce
a później wstał i wyszedł
i nie widział go już nikt
i nikt o nim nie słyszał

był kimś
ale nikt za nim nie tęsknił

środa, 22 lutego 2012

Popielec

Przypomnieli sobie
tak jak w sobotę
z wielce uświęconym pokarmem
ciastkiem, kiełbasą i jajkiem

przypomnieli sobie o środzie
przepasanej fioletem
bez zapomnianej Glorii
ale z szarzyzną na głowach
pochylonych i bogobojnych

przypomnieli o postanowieniach
tak samo zapomnianych
jak nieodmawiane Credo
i niegdyś składane przysięgi

a za rok znów trzeba będzie przypominać
bo pamięć krótka
taka do umycia głowy

Zdziwienie

Z czasem przyszło zwątpienie
i zaczęło się rozlewać, jak kipiące mleko
ale on nie spostrzegł

z czasem doszła samotność
pojawiła się jak stara babka pod kościołem
znikąd

z czasem odeszli ci, na których mu zależało
i ojczyzna zdawała się kurczyć
a wraz z nią jego ideały

z czasem wyszły na jaw ukryte ambicje
ich, jego, co za różnica
trzeba było wybierać

i znów zaczął się dziwić
nad nieładem tego układu
gdzie świat w pełni umeblowany
jest tylko gąbką
nasączoną ludzkimi istnieniami

poniedziałek, 20 lutego 2012

Młode lata

Zmarnowane
minuty
źle spożytkowane
godziny
i tygodnie, i lata
a wystarczyłoby po prostu przestać
psuć i wymyślać

człowiek nie uczy się na własnych błędach
a Polak nie jest mądry po szkodzie
i gdy się uda czmychnąć między pociskami
coraz chętniej wbiegamy na pole bitwy
pyszni i wniebowzięci

nasze ręce nie pamiętają pracy
stopy zmęczenia
głowa sama się nie chyli
kolana nie uginają

wciąż za dużo czasu
i za mało chwil
i nas w tym wszystkim brakuje
dla siebie
zmarnowanych młodymi latami
bezdzietności
beznadziei
bezsensu

a wystarczyłoby po prostu wstać
i ruszyć się z miejsca

wtorek, 14 lutego 2012

Niespodzianka o zapachu chleba

i chrupiącej skórce
jak świeży bochen
z pobliskiej piekarni

gdy zapukałem z pakunkiem w ręku
i obudziłaś sennymi powiekami
swoje zaspane myśli

przyniosłem coś dla ciała
- zagadnąłem od niechcenia
i patrzyłaś bez słowa
a ja wszedłem do rozświetlonej kuchni

niespodzianka o zapachu chleba
i mokre usta
po których spływała kropla
budzącej kawy
i pobudzającej miłości

obok promienie słońca tańczyły na parapecie
łyżeczka spadła ze stolika
czajnik wygwizdał i wodę, i nas
a pakunek leżał nadal nierozpakowany

Małe dłonie skrzyżowane na piersiach

Zamknięty w skorupce.
Jak orzech w łupinie.
Ale to tylko dwie małe dłonie skrzyżowane na piersiach.
Żeby je otworzyć.
Nie ma siły.
Na cały dzień i pół nocy.
W objęciach.

Teraz się chowam. Kurczę. Jak ślimak w muszli.
Żeby zawiązać oddech z przybyciem zimy.
Bardziej śnieżnej.
Nie widziano już dawno.
Zapomniano.
I ja zapominam.

Otworzyć drzwi.
Rozejrzeć się.
Rozsuwam kotary. Jak baldachim.
Lekko drży od podniecenia.
I jej głos. Już nie taki słodki.
Delikatnie charczy spełnieniem.

Wszystko.

Nie słuchać rad mamy.
I nie słuchać ojca.
Iść na przełaj. Brodzić po kolana w błocie.
Wybierać. Cieszyć się wyborem.
Mieć cel. Nawet za pagórkiem.
Wejść na górę.
Zejść w dolinę. Na przełęcz.
Zerwać polny kwiat.
Stanąć na krawędzi. I zrobić krok do przodu.

Nie uciekać.
Zmierzyć się. Spróbować.
Odpuścić.
Przebić piątkę.
Spojrzeć w nurt rzeki. Na zachodzące słońce.
Pójść nocą do lasu.
Ubrać schodzone buty. I starą kurtkę.
Otworzyć usta. Krzyknąć.

Niewiele. Zobaczyć świat, który mija.
Mało. Zobaczyć siebie w nim.
Zobaczyć piękno. Wszystko.

niedziela, 12 lutego 2012

Na walentynki

Mam pomysł.
Co byś powiedziała na walentynki w Murmańsku?
Zwiedzimy port i napijemy się wódki.
Zobaczysz fiordy. Jest co podziwiać.
To co, że zimno.
Nasze uczucie też jest takie.

Nie ma się co szarpać na Paryż.
Jest przereklamowany.
Tak, jak nasze relacje.
I jak te niekończące się spacery.

Chciałabyś się ogrzać w słońcu Riwiery Tureckiej?
Mają tam dobrą kawę. I jest kilka świetnych dyskotek.
Pewnie byś się odnalazła.
Ale nawet w tym upale nie będzie nam gorąco.

Dobijamy do brzegu zgruchotanym lodołamaczem,
a świeży przesmyk znów się szkli lodem.
Krople gorącej miłości płyną po naszych ciałach,
a zimny wiatr je znów osusza.
Na drzwiach od lodówki wiszą kolejne fiszki,
a z naszych ust pada coraz mniej słów.

I na nic się zda Murmańsk, Paryż czy Riwiera.
Czasami trzeba zacząć od środka.

sobota, 11 lutego 2012

Dopóki mnie nie trafią

Nigdy się nie wzniosę wyżej
niż ponad pułap
ograniczony świstem kul przeszywających powietrze
i kawałków szrapneli
mknących w kierunku moich trzewi

Nie wychylę się zza okopu ustalonych granic
żeby pocisk wymierzony ze snajperskiej broni
nie trafił celnie
w sam środek sprawy

A gdy się zbiorę do biegu
poganiany przez krzyk
rozwścieczonego kaprala
znów utknę w leju
niespełnionych założeń
i straconego czasu

Wtedy kolejny raz wyjrzę ponad krawędź
wybrudzony nowym błotem doświadczenia
i będę się podnosił
dopóki mnie nie trafią

Panienki

nietknięte przez czas
palcem
starości i zbyt wygórowanych ambicji
ufnie świecące
zaangażowanym uśmiechem

Panienki młode do bólu
który oddzieli je od dzieciństwa

To cezura nieobowiązkowa
ale wnosi coś na miarę dorosłości
w miękkość skóry
i delikatne spojrzenie
znosząc uśmiech w nienazwaną gorycz

Ta niekorzystna eliminacja
zabija tworzywo
z którego ulepiono pierwiastek młodości
panienek
od zawsze przeznaczonych do uwielbienia

środa, 8 lutego 2012

Do pary

Idąc dalszym tokiem myślenia skierowanym na kwestie miłości, doszedłem ostatnimi czasy do pewnego wyniku, który skrystalizował się w dość kontrowersyjnej, zapewne co dla niektórych, formie.
Zadałem sobie nieskomplikowane pytanie. Czy człowiek musi szukać kogoś do pary? Zamiast tego mógłbym zapytać o drugą połówkę, miłość życia, itd. Mniejsza o to. Wiemy, o co chodzi.
Odpowiedzi mogą być dwie. Odpowiem na łatwiejsze czyli przeczące. Owszem, ludzie nie muszą szukać swoich "drugich połówek", a potwierdzenie, z resztą nie do końca prawdziwe, bo mające wiele odstępstw od reguł, znajdziemy na przykład wśród osób duchownych. Żyją według jakiś zasad; załóżmy, że nie muszą zaspokajać potrzeb seksualnych bądź reprodukcyjnych. Dobrym przykładem będą tu ludzie aseksualni. Moim zdaniem jest to niezgodne z naturą istoty żywej, której celem nadrzędnym jest rozmnażanie. Człowiek widocznie zaczyna odstawać od tego modelu, szukając na siłę, działającej w gruncie rzeczy destrukcyjnie, pewnej ascezy. I tym właśnie stwierdzeniem uzasadniłem, że naturalnym zatem byłoby szukanie kogoś do pary, choćby ze względu na przedłużenie życia gatunku, co w ludzkiej przestrzeni może się ograniczać do przedłużenia istnienia rodu czy nazwiska. To dobry powód do znalezienia kogoś, z kim razem wychowa się swoje potomstwo. Ale czy konieczny? I tutaj pojawiają się wątpliwości. Bo jeśli dobrze jest mieć dzieci, to posiadanie partnera życiowego nie musi się z tym wiązać, czego dowodzą kobiety i mężczyźni samotnie wychowujący swoje pociechy. Owszem, na sam moment poczęcia potrzebne jest czasowe zespolenie (w dobie zapłodnień in vitro już nawet nie), ale na tym rola partnerstwa może się skończyć. Mało tego. Doszedłem do wniosku, kontynuując niejako nurt podjęty wraz z wierszem Niemiłość, że to, co może spoić młodych ludzi, jest, jak już wcześniej pisałem, tylko fascynacja fizycznością. Wszystko, co później zostaje to albo przyzwyczajenie, albo wygoda, albo dzieci.
Miłość jako coś nierzeczywistego, transcendentalnego nie istnieje między ludźmi w czystej postaci. Nie istnieje sama z siebie - niezależnie. A tak właśnie próbujemy ją sobie tłumaczyć - kocham kogoś, bo po prostu kocham. To nie jest uzasadnienie. I choć niektórzy się nie zgodzą, i powiedzą, że miłości nie trzeba uzasadniać, to w gruncie rzeczy wiemy, że to uzasadnienie zawsze istnieje. Budując wokół siebie otoczkę szczęśliwości chcemy to szczęście zwabić na siłę, zapominając, że radość powinna wypływać z nas samych. Nieważne, czy kogoś mamy, czy nie.
Nie chcę potępiać instytucji rodziny albo małżeństwa. Chciałbym tylko wskazać na nieuzasadnione ograniczanie w jakimś stopniu swojej niezależności jako jednostki. Bo ta sama jednostka, człowiek, która do pewnego czasu w istocie jest podległa wychowawcy, rodzicowi, w pewnym momencie może rozwinąć skrzydła i stać się samym w sobie elementem świata zmierzającym do ideału w ponadwymiarowości czasu i przestrzeni, gdy nagle pojawia się myśl oddania części swojej niezawisłości komuś. Komuś jeszcze równie niedoskonałemu. Bo dopóki będziemy ulegać ludzkim żądzom wypływających z naszego człowieczeństwa, z naszej cielesności, dopóty nie uzyskamy pełni. W związku z tym, jeśli inny człowiek nie może mi pomóc w dążeniu do doskonałości, bo sam jest niedoskonały (choć pod ułudą miłości często się twierdzi, że jest idealny), po co zatem z kimś się wiązać?
Wiem, że mało kto zgodzi się z moją kontrowersyjną ideą. Chciałem jedynie wskazać na pewne aspekty związków międzyludzkich, nad którymi zastanawiamy się chyba zbyt rzadko i wolimy brnąć w naszej rzeczywistości po omacku.

wtorek, 7 lutego 2012

To wieczne czekanie

A nasze kręgi stają się coraz szersze
jak te na wodzie, gdy w jej toń wrzucimy kamień
i pytamy się sami siebie
ile jeszcze dni
ile tygodni
lat
zabraknie nam do szczęścia
a pomalowane mrozem szyby po południu stracą swój urok

tak uciekamy
i z niedowierzaniem patrzymy na dzień
gdy z pełną kieszenią udamy się na spacer
po rozrzuconych chwilach
wdeptując je głęboko w grunt zapomnienia

a przecież mieliśmy je przy sobie
na wysokości wzroku
i jak świeże owoce mogliśmy je rwać
sycąc siebie i innych

dziś w przyciasnych podkoszulkach siedzimy przy stole
udajemy uśmiechy
rozdając odpowiedzi
tlące się jak wygasająca świeczka

patrzymy na nią
i się zastanawiamy, kiedy sami zgaśniemy

poniedziałek, 6 lutego 2012

Zabawy

A Ty nie kiwniesz palcem
gdy mój wzrok z Twych oczu
spełznie niżej jak wąż nasycony
choć
tak naprawdę
zawsze głodny

I zaczniemy się bawić w chowanego
na Twoich centymetrach
kwadratowych

Palce rozpoczną marsz
od ramion do pępka
a jeśli muzyka poniesie
dalej
gdzieś na południe

Taka nowa ciuciubabka
gdy nie muszę już latać od ściany do ściany
i nikogo nie dręczę spojrzeniem
by coś zdobyć

I nikt się nie obraża
nikt nie skarży
choć bawimy się na granicy
dnia i nocy
bólu i rozkoszy
ryzyka

I to coś wciąż nam przypomina, że jesteśmy dziećmi

niedziela, 5 lutego 2012

Dobranoc

Na dobranoc położę moją rękę z drugiej strony
tak, żeby nie wadziła
o kant sennych marzeń
odsuniętych od spraw sprzed pięciu minut

na dobry sen obrócę się plecami
nie tylko do ściany
i będę uważał, żeby nie zasnąć
z podkulonymi nogami
pod jej pierzyną

gdzie prawo weta przegrało
na samym wstępie ustaleń
między goryczą a słodkim powitaniem

teraz trzeba uważać, aby za głośno nie oddychać
bo ktoś usłyszy szelest zamiast euforii
a puch obudzi sąsiadów
gdy westchnienie zrzuci go z poduszki

nasze sny umarły
zanim pojawił się ich zwiastun
a dźwięk skrzypiących drzwi
zabił nasz spokój

Dziś na dobranoc i na dobry sen nie rozkładam łóżka
- dzisiaj wystarczy jedna połowa

sobota, 4 lutego 2012

Eufemizm

zaczyna przybierać pełną formę
nie od razu
zdałoby się po kilku głębszych wdechach
po pierwszym upojeniu
albo trochę przed

gdy zaczyna zależeć
właściwie nie wiem, czy naprawdę
i gdy "niedobre" staje się "w porządku"
a ten kolor sukienki nagle bardzo twarzowy

gdzieś się kryją i prawda
i szczerze niewypowiedziane intencje
a przecież tydzień to za mało
na zmiany
w nas
i między nami

Asertywnie odpowiem Ci jutro
kiedy mi się znudzi to przyrzekanie
i planowanie zmarnowanej młodości

nakarmimy się
obydwoje
będziemy jeść sobie z dłoni
i nie zauważymy
jak brudne są nasze palce
umoczone w soku
fałszerstwa

Jeszcze dziś
jeszcze przez moment
mówię, że kocham
przez ładne okrągłe "O"

Bo to brzmi lepiej niż
"nigdy Cię nie kochałem"

czwartek, 2 lutego 2012

Wyobraźnia

Wyobraź sobie, że mnie kochasz
na ten jeden moment
kiedy stoję u progu
a Ty otwierasz drzwi

Wyobraź sobie, że go nie ma
ani dziś
ani wczoraj
tak, jakby nigdy go nie było

To przecież takie łatwe
z Twoimi zdolnościami
ze zręcznością i zwinnością
wyobrazić sobie

na tę jedną chwilę
zdającą się trwać wiecznie
od ósmej do ósmej
zanim na skrzyżowaniu obok znowu będą korki
zanim znów ubiorę płaszcz
zanim on wróci
zanim znowu wyobrazimy sobie naszą miłość

środa, 1 lutego 2012

Zetknięty

Mógłbym rozciągnąć się
na dwóch zapałkach połączonych pod kątem prostym

Stanąłbym wtedy pod sobą
i zastygł w bezruchu
bezsilności

Cała nagość przysłoniłaby
część nieboskłonu
zakrytego zdziwieniem niedowiarków

Niech patrzą
oto człowiek bez poparcia tłumu
taki, jak każdy
zabłąkany w sztucznych uśmiechach

Sam
stworzony dla siebie
i na swoje podobieństwo
by stąpać po marnym prochu ziemi

Oto wszystko w jego rękach
przedziurawionych na wylot kulami szaleństwa,
z których szkarłatne krople spadają cicho
jak kurz po dawnej bitwie

Widziałbym swoje oblicze
od zawsze przysłonięte cieniem
wyraźniej

A później narodziłbym się
już tylko na nowo
i po kilku dniach najzwyczajniej powstał