środa, 21 października 2009

Blask nowego świata

Niewiele później napisałem kolejny utwór zatytułowany Blask nowego świata. Kontynuuję w nim wcześniej podjęty temat. Są to zatem dalej rozmyślania na temat ludzkiej ślepoty na rzeczy małe, a mogące dodać do naszego życia nową jakość.
Do przodu, ku nowym zmierzmy wciąż celom.
W odmętach toniemy, by znów się wynurzyć
i zapomnienia szal nowy zawiązać.

Patrzymy do góry, lecz nic nie widzimy,
prócz błękitu nieba, bielącej się chmury.
Gdy w dół zaś spojrzymy,
wzrok tu nasz obejmie,
nie więcej niż kamień między źdźbła rzucony.

Idziemy tak naprzód, z żarzącą się lampą
i choć brak wszystkiego, nie pragniemy więcej.
Brzegów nie widzimy, się nie odwracamy,
w cel swój zapatrzeni, jutro omijamy.

Dłonie nasze dawno już ciepła nie czuły,
usta nie poznały słodyczy miłości.
Cisza, co niegdyś balsamem nam była,
zabita przez krzyk jest,
przez płaczu cierpienia.

Jak długo martwi ciągle tak będziemy?
Kiedy znów spojrzymy w słońca blask promieni?

O, brzasku, co rankiem roztopisz mgły strugi
i ciemne doliny gorącem rozpalisz,
ukaż nam nowe nieboskłonu morze,
mieniące się tylko jasnymi barwami.

Droga ku nadzei

Kolejny utwór, który chciałem zaprezentować powstał, jak domniemam, w maju 2008 roku, kiedy podejmowałem decyzję o przerwaniu studiów na biotechnologii. Męczyło mnie czysto naukowe podejście do każdej płaszczyzny życia, a zarazem denerwowało to, że my, ludzie, za wszelką cenę chcemy rozwiązać wszelkie tajemnice dotyczące naszego bytu. Świat pędzi do przodu, wymaga od nas coraz więcej i więcej. Dlaczego każdy z nas osobna, nie zatrzyma się, nie spojrzy w niebo, nie zajrzy pod liść i nie nacieszy się tym co jest, po prostu jest... Wiersz pod tytułem Droga ku nadzei przypomina, pod względem panującego nastroju, utwór Powstając.
Inni już dawno zamknęli swe oczy,
zaszyli swe uszy, języki spętali
i pozornie wolni, z nikim nie związani,
kroczą wciąż tą samą, błotnistą równiną.

Zamknięci w cielistych, skórzanych powłokach,
błądzący wśród bagien i kałuż osocza,
kierują się cerberowym zmysłem.

Choć z nieba nań spływa paląca się rzeka,
a ziemia kurzem siarki obleczona,
nie będą już szukać schronienia gdzieś w Raju.

Umilkną w okopach cierpieniem wykutych,
zakryją się szarą kamieni mogiłą,
a noc, co w ich życiu trwała nieprzerwana,
pęknie i uwolni ćmy śmiertelnych czasów.

Ileż jeszcze czasu, Mój Świecie zbłąkany,
będzie mi dane między ich grobami
te puste krainy ludzkiego niebycia,
jako pielgrzym przemierzać i brnąć ku nadziei?

Choć wiatr niepowodzeń piach w oczy mi sypie,
choć morze rozpadlin przede mną się toczy,
a sępy wytrwale czekają upadku,
podpieram się mężnie,
zmęczenia nie czuję,
bo wolności strumień powietrza mi bliski.

niedziela, 18 października 2009

Znajdując

Ostatnim wierszem, zamykającym ten ciąg, był utwór, który zatytułowałem Znajdując. Nareszcie! Można by rzec, w końcu znalazłem to, czego szukałem! Wtedy tak myślałem.
To, czego dotyczą te wiersze nie skończyło się najpiękniej, nie trwało długo, aczkolwiek początki, muszę przyznać, były niezwykłym i miłym doświadczeniem.
Powstały dwie wersje tego utworu - publikuję tę, moim zdaniem pełniejszą. Co ciekawsze, wiersz napisałem w listopadzie lub grudniu 2007 roku, ale odnosi się do pewnego zajścia z przełomu 2006 i 2007 roku.
Ubrałem się, wyszedłem,
nie wiedząc, co mnie spotka.
Po schodach w dół,
do wyjścia,
krok naprzód zrobiłem.

Z bagażem ciężkiego sumienia,
rok ten żegnać mi przyszło.
Ostatnie godziny, minuty,
już wielkie trwa odliczanie.
Na co czekamy naprawdę?
Na lepsze dni, na zmianę.

Zadzwoniłem, wszedłem,
nie wiedząc kogo spotkam.
Po schodach w górę,
do wejścia,
krok naprzód zrobiłem.

Poczułem się nieco już lżejszy,
kamień tak bardzo nie ciążył
i gardło ściśnięte nie było
pętlą szubienicy strachu.

Poznałem Cię wśród ludzi mi obcych,
jakbym raz już niejeden,
w głębiny Twojego istnienia,
przenikał moim spojrzeniem.
A Ty skryłaś swój uśmiech anielski,
zasłoniłaś go rumianą szatą.

Czy wtedy to się zaczęło,
tam początek był drogi?

Dzieliły nas tylko chwile
od dzwonów zegarów bicia.
Huk i wystrzały radości
zakryły nasze rozmowy,
myśli i ciche dumania
w dal jak dźwięk odleciały,
a wspólne chwile istnienia
zgasły jak mała iskierka.

Pamiętam Twoje spojrzenie
i wzrok ten pełen nadziei.
Głos Twój spisałem na kartach,
zapomnieć go nigdy nie chciałem.
Odeszłaś szybko, zbyt nagle,
nim czar co na mnie rzuciłaś,
spętał do końca me serce.

I ja w końcu wstałem, wyszedłem,
w dół, za Twoim zapachem,
krok naprzód zrobiłem...

Szukając

Idąc za ciosem, niewiele później napisałem inny utwór liryczny, o tytule nadal wyrażonym imiesłowem. Miał to być znak, że to, czego dotyczą moje utwory, dzieje się w chwili obecnej.
W parku, na drzewach
okrytych płatkami śniegu,
na ścieżkach zmarzniętych
i ściętych kałużach lodem.

Wśród liści, co jesienią
wyblakłe szybują spokojnie ku ziemi.
W tłumie ludzi milczących
gniewem i tych uśmiechniętych,
co zawsze gonią za chlebem,
pieniądzem i wydajnością.
I w rzece, co w morze wciąż wpada
i w deszczu, co spływa po dachu.

Kim Ty jesteś, istoto,
jakże tak długo się chowasz?
Gdzież jeszcze, czy tu, w tej dolinie,
czy w górze, tam, hen, wysoko,
zaniosą Cię chmury ogniste,
palące się nieprzerwanie...

A ja wciąż stoję, wciąż czekam
na wąskiej granicy obłędu
i szukam Cię w parku, na drzewach
okrytych naszymi szeptami.

Powstając

To był październik, roku pańskiego 2007. Wykład z biologii na biotechnologii. Kolega uznał ten utwór za zbyt czytelny, ale to był debiut. Ten utwór i dwa następne dotyczyły zajścia z pewną, bardziej lub mniej Wam znaną postacią, która zasiała niepokój w moim nudnym życiu.
Wiersz pod tytułem Powstając.
Dzień, się zdawało, nie istniał.
Bo wschody słońca niewidoczne,
zakryte za zasłoną cienia,
nie rozświetlały tej doliny,
mrocznej krainy mego życia.

To noc, myślałem, nie odchodzi,
miejsca jasności nie daruje,
blask księżycowy, chociaż lichy,
przegonił Heliosa rydwan.

A ja, tak zgarbiony, złamany,
skrzywiony, przez los stargany,
błądziłem w tej pustce,
w tej wielkiej nicości,
do cna przepełnionej niewiedzą.

To wiatr, płakałem, rzucił na ziemię
kolana i cały mój szkielet,
silnym podmuchem zachwiał
i strącił mnie ze szlaku w przepaść.

Gdy piasku smak w ustach piekielnie już palił,
a łzy napojem się stały,
upadłem na plecy, na kości zbielałe,
wzrok swój kierując ku górze.

To epitafium, sen zły mnie nużył,
nakryło me zwłoki całunem,
to requiem żałosne nuty
zagrało nad trupem,
co sam wstać nie może.

Lecz dłoń Morfeusza mnie nie porwała,
nie Hades uczynił mnie sługą.
Ambrozja, co siły na powrót mi dała,
i nektar, co zmiażdżył pragnienie,
nie słudzy Olimpu przynieśli.
A ognień, co drogę rozświetlił na nowo,
nie prometejskim był darem.

To ręka twa cudna, dłoń Twoja silna
uniosły mnie znowu w przestworza.
To oddech Twój ciepły napełnił powietrzem
i sercu pracować rozkazał.
To głos Twój najsłodszy
pozbawił goryczy mojego marnego żywota.
To blask Twego oblicza jasnego
mgłę na równinach rozpędził.
A ciało odtworzył, zbudował
od podstaw z prochów dawnego istnienia.

Poczułem wnet siłę, me członki odżyły,
chłód wnętrza rozgrzał Twój żar,
i tak odrodzony pochłonąłem ducha,
którym Ty mnie napełniłaś.

Dzień, już wiedziałem, zwyciężył nad cieniem.
Jutrzenka znów zajaśniała,
bo światło Twych oczu ten dzień zbudziło,
dzień, co końcem był mroku.

Początki "czegoś"

Nie pamiętam jaki był motyw napisania przeze mnie czegokolwiek. W swoim kajeciku jako pierwszy utwór liryczny i bynajmniej nie pseudo hiphopowy utwór, których, choć napisałem dokładnie trzy, z oczywistych powodów tutaj nie zamieszczę, pochodzi z 2004 roku, czyli z okresu chodzenia do trzeciej klasy gimnazjum lub pierwszej liceum (raczej liceum, dokładnej daty nie zapisałem). Jest to krótki utwór, napisany najprawdopodobniej pod wpływem jakiejś rocznicy związanej z wojną światową, czy tekstem omawianym na języku polskim. Utwór nosi tytuł Ostatni rozkaz.
Ostatni rozkaz jest taki:
Musicie się bronić!
Ostatni rozkaz jest taki:
Macie się kryć!
Ostatni rozkaz od dowódcy...
nie dotarł.
Czy to posłaniec zniknął?
Czy to wiadomość przepadła?
Pogrążeni w beznadziejności chwili
staramy się walczyć.
Ostatni rozkaz jest taki:
Macie przeżyć!
Ale czy przetrwamy?
Widzimy zatem oczywisty motyw wojenny, przywołujący na myśl wspomnienia Powstańców Warszawskich. Jest tu pewna doza strachu, niewiedzy o jutrze i bojaźni o niezachowaniu się w pamięci innych. Mi już to nie grozi - wiersz zapisany został na łamach internetowego blogu...

piątek, 16 października 2009

Początków czas publikowania

Czy to ulegając wpływom otaczających ludzi, czy może poddając się szybkiemu nurtowi dzisiejszych czasów, utworzyłem bloga, tak zwanego. Poeta z filmu "Rejs" w jednej ze swoich kwestii oznajmił:
"Chciałem powiedzmy opowiedzieć o sobie troszeczkę i zainteresować was swoimi... Swoją poezją, która w zasadzie jest jakoś... Jakimś czynnikiem, który po prostu pozwala mi na... Poznanie ludzi, wejście w ich prywatne troski ich życie..."
Może moimi kiepskimi utworami nie wchodzę na ścieżkę poznawania innych ludzi, ale na pewno jest to sposób na pozbycie się jakiegoś wewnętrznego szlamu zalegającego w zakamarkach duszy. Czynniki brudzące są różne - począwszy od konfliktów z innymi ludźmi, po sprawy dotyczące wyłącznie mojej osoby. Nie zamierzam bawić się w politykę, nie chcę zanudzać przemyśleniami na temat światowych wojen, czy kryzysów. Poruszę raczej tematy związane czysto z ludzkim tułaniem się po tym globie. Wojny - owszem, ale te w naszych sercach, kryzysy - dobrze, ale te w naszych duszach. Choć najlepiej jest nie cofać się i nie rozdrapywać starych ran, chciałem w następnych postach powrócić wspomnieniami do lat minionych i opublikować kilka krótkich utworów, niekoniecznie załączając do nich stosowne objaśnienia...
Ten blog to również próba zarchiwizowania mojej nieudolnej próby wejścia w świat mniejszej sztuki.