piątek, 30 grudnia 2011

Życzenia dla mas

Abyśmy byli pomyleni jak najbardziej
wtedy zatrą się granice normalności
i każdy będzie niezrozumiały
dla siebie
dla innych

aby nienormalność moralności ogarnęła nasze pomylone nierozumy
aby logika zakryła się prześcieradłem nonsensu

teraz złapmy się za ręce
wszyscy jesteśmy tacy sami
wszyscy się nie rozumiemy

abyśmy byli
i sobą
i młodzi wciąż
w gnuśniejącym świecie
starych
niedorzeczności
planów
zasad

abyśmy nie ukrywali naszych oczu
myśli
ciał

Abyśmy byli pomyleni
od nocy do świtu
i od wtorku do poniedziałku też
mówili od razu
co chcemy powiedzieć

aby nic nie było takim
jakim się wydaje
coraz mniej

i obym się nie pomylił
tego nam życzę

I nie dzieje się nic

A mówili, że jeśli się zdejmie krzyżyk, to coś się stanie.
I co. Nic się nie dzieje.
Zegarek tyka tak samo.
Nawet słońce wyjrzało zza chmur.
O, i herbata lepiej smakuje.

Zobacz, co się kryje pod tym skrawkiem materiału.
Lub raczej koronki.
Widzisz, jak może być przyjemnie.
Odsłoń też kawałek uda.
O, tak Ci znacznie ładniej.

Ten medalik też lepiej zdejmij.
Nie chcę, żeby ta panienka tak na mnie patrzyła.
Jedna para przestraszonych oczu wystarczy.

A mówili, że nie żyjemy dla przyjemności.
Zasłaniali się wiarą. W Boga.
I teraz ich nie ma.
To ja już wolę zamknąć oczy. Lub zdjąć ten krzyżyk.
Tak jest znacznie przyjemniej.

Do niej

Połóżmy się tak, jak zwykle.
Obok siebie.
I zacznij gładzić moją głowę swoją wilgotną dłonią.
A ja się utopię. W okolicach Twojego ucha.
Gdzieś między Twoimi włosami. W Twoim zapachu.

I zacznę szeptać.
A słowa w uderzeniach powietrza stracą znaczenie.
I ważny będzie tylko ten podmuch i ciepło.
Na skórze.

Poczujmy się piękni. Bez szpecących ubrań.
Sami w swej skórze. Sami w sobie.
Oboje doskonali.
Na ten jeden moment.
Połóżmy się tak, jak zwykle.
Obok siebie.

O człowieku

Jestem idealnie człowieczy
przesiąknięty człowieczeństwem do szpiku
mogę skakać
i mogę biegać
gdy mi się podoba
mogę leżeć i spać
a gdy mam na coś ochotę
to robię to
bo to takie ludzkie
robić coś na co się ma ochotę
a jeśli nie
to przestanę
i będę patrzył ma moje ludzkie ciało
i będę się nim chełpił
i sobą się będę raczył
sobą
idealnie człowieczym
do szpiku przesiąkniętym

bo jestem człowiekiem
i mogę
to moja dewiza
moja ludzka
w ludzkim sercu tak zwierzęcym mięśniem wytatuowana
i na poczet kolejnych ludzkich potomków skryta

tak
być człowiekiem
to duża odpowiedzialność
trzeba uważać
żeby nie zapomnieć o swoim człowieczeństwie

czwartek, 29 grudnia 2011

Na Szajnochy

Nie tak dawno staliśmy pod biblioteką
i wygląda na to
że zaczarowałaś
przeczytanym Puszkinem
jego wizją

a wtedy niczego nie sugerowałaś
i pewnie właśnie tym brakiem
zaczarowałaś

nie żebym teraz pluł sobie w brodę
bo nie znam dalszej części
ale to trochę nieuczciwe
tak przepowiedzieć komuś
jego młodość

to o starość też poproszę
może nie Puszkina
coś weselszego
mniej zawiłego
o tak
prosta historia z zakończeniem

coś wymyślisz
a ja się zapytam
pod biblioteką

Trochę prawdy

Może czas biurokracji nadszedł
na związki
i rzucił swój papierowy cień
a atramentem wymusza słowa
i przestają mieć znaczenie

puste frazesy wypełniają powietrze
między ustami
coraz mniej chętnymi do rozmów

lepiej przyniosę kartkę
i wszystko tu spiszemy
żeby nie było niedomówień

to ona jednak podziękuje
tak jak i ja dziękuję
za wspólnie zjedzony obiad
w milczeniu

i ja tej kartki potrzebuję
gdy razem z kwiatami
rzucam słowa pod jej nogi
może bym się podpisał
i może bym nie zapomniał

a ona uparcie wierzy w uczciwość
albo sama nie wie
czego chce

widocznie wszystkim się przyda
trochę biurokracji
lub raczej prawdy

środa, 28 grudnia 2011

Rozmowa na koniec roku

Doszliśmy zatem do wniosku
że się zmieniliśmy
i nie byłoby w tym niczego dziwnego
naprawdę

poza małym fragmentem
wycinanki
układanki starej jak świat
jesteśmy tacy sami
prócz pary drobnych zmarszczek
i siwego włosa

nadal patrzysz na mnie
z założonymi rękoma
a ja się uśmiecham
jak wówczas
gdy nie wiedziałem
co powiedzieć

jesteśmy tacy sami
wciąż ten sam akord przygrywa nam do tańca
choć nigdy nie umieliśmy tańczyć
widzisz
nadal nie umiemy

nic się nie zmieniło
w nas
choć bardzo tego pragnęliśmy
jesteśmy nadal
tacy sami

Do dawnej znajomej

Coś Ci powiem
bo nie wiem
na jakim etapie się zatrzymałaś
nie zapytam

coś o mnie wiesz
długo się nie widzieliśmy
więc wciąż za mało

masz ten swój świat
zasad
zakazów
(bardziej niż nakazów)
i omijania
tego
czego ja omijać nie chcę

długo się nie widzieliśmy
ale wiem o Tobie nie mniej
wcale nie mniej
niż przed miesiącem
albo przed rokiem

a Ty o mnie nie wiesz nic
bo wciąż za mało
i ciągle ubierasz mnie w ten sweter z podstawówki
bo mi w nim do twarzy
i taki wyprasowany
a koszula wykrochmalona
jak za starych lat

nie widzisz tylko zmienionej sylwetki
a głos jest ciągle wysoki
i znowu śpiewamy
razem

zatrzymałaś się z moim obrazem już dawno
a ja uciekłem
bardzo daleko

wtorek, 27 grudnia 2011

Do A.

trasa na Strzelin
piątkowe popołudnie
Fogg

powiedziałaś o różnicach
wprowadziłaś niepewność

niemożliwe
nie wiem
do tej pory

czy to się działo
czy tak właśnie było
czy wiedziałaś
o tym
co zaprzątało mi myśli

a jeśli to nieważne
tylko wtrącone zdanie

czy to było kochanie
teraz
nie wiem

ale zdanie pozostało
gdzieś przed przejazdem kolejowym
w trasie na Strzelin

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Historia

to zdarzenia
to życie
chwytane tak rozpaczliwie
a może nie zawsze

byle wrócić
żeby przeżyć jeszcze raz
albo uniknąć

to była historia
i jest tylko pozostałość
ślad na skórze
kamyk w szufladzie
zdjęcie

jakaś łza
niespieszna
bo po co się spieszyć
nikt już niczego nie zabierze
nie dziś

wczoraj zabraliśmy
sami
z naszą historią

Dla M.

Nie mam zwyczaju pisać
pod wpływem
kogoś

Gdyby tak teraz każdy chciał
coś
na swój temat
albo na święta

to już prędzej
napiszę dla M.

Miałaś rację
co do świętego spokoju
na święta

pomyślałem o sobie
tylko
starałem się nie myśleć
o innych
i wyszło na to
że na te święta
nie zapomniałem

a mógłbym tak przecież
zupełnie świadomie
bez skarg i zażaleń
zapomnieć

to by się nam przydało
nie tylko na święta

Miałaś rację
już lepiej
pooglądam sobie Malbork
mój Malbork
dla świętego spokoju

sobota, 24 grudnia 2011

Spokój

Mógłbym tak leżeć
z wyciągniętymi rękami
cały czas
próbować złapać coś
nieuchwytnego
Bo mi jest wygodnie
a gdybym się zmęczył
O, proszę
ręce opuszczę
i już

Wielka rzecz
łapać coś nieuchwytnego
gonić za czymś
co wciąż o krok przed nami
a dalibyśmy sobie spokój
tak spokój
który jest
gdy leżymy
z wyciągniętymi rękami
bo zawsze możemy je opuścić
a później po prostu zamknąć oczy.

piątek, 23 grudnia 2011

Czarna sukienka

Naznaczoną koronkami
i delikatnym jedwabiem
powoli zsuwałem z jej ramion pachnących
gorącem
niesiony
i pocałunkami
tę czarną sukienkę

dotknąłem szyi
szlachetnie smukłej
miękko
niewieście
przejrzystej

symbol jej skryty
między łopatkami
pieszczotliwie gładzić zacząłem

i w bladym świetle
księżycosrebrnym
ujrzałem jej oczy
lśniące niewinnością
płonące uczuciem
pożądaniem tchnące

do ust się zbliżyłem
do warg tej wilgoci
a dłoń w jej włosach zamknąłem
i trwałem tak

aż czerń sukienki
wraz z ciemnością nocy
rankiem blaknąć zaczęła

i obraz ten cudny
sennie wyśniony
ustąpił dziennej szarzyźnie

Równowaga

Daj mi
Panie
dwa buty
żeby pasowały

do pary
daj zawiązać
zbrudzone uczucie

te wytarte sznurówki
nie wiem
czy się dadzą
zawiązać na nowo
gdy już dość splątane

Pozwól mi
chociaż ominąć wertepy
kamienie
i przydrożne płoty

cóż
że dziś się kurzy
albo mdłe kałuże
stopionego śniegu
moje nogi znaczą

te pęcherze nabrzmiały
listopadem
w biegu
pod wspólnie niesionym sztandarem

niewiedzy
niepewności
obtarć
ran
i stłuczeń

Teraz
Panie
niech ich będzie
jak najmniej

wtorek, 20 grudnia 2011

Niezasłane

Nie ścielę łóżka
i kładę się tak
jak jestem
nieprzygotowany
do snu
do samotnego spaceru

nie rozkładam oparcia
nie wyjmuję pierzyny
kładę się sam
obok
siebie
i zasypiam

w popiele
zmartwień
kłamstw
i dobrodziejstw
dobrych myśli
i obelg

strzepnę rano ten kurz
z siwiejącej czupryny
kiedy znów się obudzę
bez nadziei
i planów

a na razie zamilknę
w ciepłym kocu
z gwiazdami
i przywołam ją

echem nocy

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Fraszka na flaszkę

Stoi biedna na szafce, okrywa się kurzem.
Ja ją dziś uwolnię, jam się dziś rozchmurzę!
Widzę przecie jak co dzień szkłem białym przechodzi,
a jak stoi za długo, to później zaszkodzi.
Niedługie rozważania czynię tu w tym względzie,
choć niektórzy prawią, żem uwikłan w błędzie.
Lecz ta flaszka mała, zimna w swej postaci,
na chwilę da zapomnieć, żeśmy niebogaci.
Więc podnieś ją chyżo drogi przyjacielu,
wypij za mnie, za siebie, za kompanów wielu!

Na ironię

O, ironio
trzeba było kiedyś
tę ścianę
między nami stworzyć
a gdzie tu
tak teraz
na siłę się tłoczyć

niedziela, 18 grudnia 2011

Zagubieni

Oka nie zmrużyłem
jeśli mam tu pisać
prawdę
której momentami
trochę nam zabrakło

i dlatego każdy Twój ruch
na niepościeli
widziałem
gdy byłaś skulona
gdy na wznak leżałaś

a przecież
nic się nie zmieniło
wciąż te same ciała
nasze dusze zgubione
jak mgła otaczały
i to samo ciepło
z naszych zimnych dłoni
mogłoby nas rozgrzać

lecz się zgubiliśmy
i tak błądząc
sami
chcieliśmy oszukać
Dawcę
losu
szansy łaskawie nam danej

chcieliśmy zbyt łatwo
a może zbyt szybko
może dobre słowa
z naszych
z moich
ust nie padły

I gdy teraz stoję
jakby na uboczu
widzę nasze miny
i oczekiwania

widzę wreszcie siebie
bez woli
bez zasad
i chcącego kochać
z ominięciem Prawa

Chcieliśmy wierzyć
lecz zabrakło wiary
gdy chciałem Cię dotknąć
nie miałem odwagi

przyszła noc bezgłośna
zamknęła nam usta
zamknęła nam dłonie
otworzyła oczy

sobota, 17 grudnia 2011

Ironia II

przeklęta
losu
przeznaczenia

ironia
scalająca
ironia
dzieląca

zwodnicza
panuje nad każdym krokiem
w przyszłość
pełną
ironii
i mieszanką smaków

żongluje
gorącem
i zimnem
serca

wreszcie
ironia
nieprzewidywalna

nie róbmy nic
może nas nie dotknie

Choinka

Ładna jest ta choinka.
Przyznaję od razu.
A mówiono o niej od dłuższego czasu.
Że miała się pojawić.
Kiedy? Nikt tego nie wiedział.
Szeptali. Zapowiadali.
Aż w końcu się stało.
Pewnego dnia zjawiła się wieczorną porą.
I od razu opromieniła tych, którzy ją przywołali.
Blaskiem.
Ozdobnością.
Zapachem.
Słodyczą.
Mówili o niej
urodziwa i niezwykła.
Jaśniejąca w ciemnym korytarzu.

I mijali ją ci, którzy ją ubrali.
I zastanawiali się
kiedy opadną igły
kłujące
ostre jak ciernie
kaleczące.
I mijali ją inni
i pytali
czy to już.

Ktoś kiedyś zjadł z niej wszystkie cukierki.
I już nie była słodka.
Ktoś potrącił i stłukł bombkę.
I już nie zachwycała ozdobami.
Z czasem pochowano do kartonów
lampki
łańcuchy
zawieszki.
Z czasem przestała pachnieć.
A igły pozostały.

Ładna była ta choinka.
Teraz tylko tyle mogę powiedzieć.

wtorek, 13 grudnia 2011

trochę więcej serca

Owszem
wstał dziś wcześniej niż zwykle
zbudzony głośnym dźwiękiem radia
ale nie ścielił łóżka

wyszedł także wcześniej
zadowolony
z uporządkowanego poranka
ale nie wziął kluczy

i to pióro nieszczęsne
tak oddane sprawie
połamał gdzieś
i nie wie gdzie

poplątał
zawieruszył
wykradł się spoza ram
i już nie wie
ile zostało w nim tego
poukładanego

on wie
jeszcze się w sobie pozbiera
a na razie użyje
trochę więcej serca

to tak na przyszłość
bo teraz idzie spać

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Jedna mała rzecz

To może być nieco kłopotliwe
to szukanie się po kątach
twierdzy
otoczonej murem
z ciał
i spojrzeń
ludzkich
kobiecych
wątłych
paraliżujących
bliskich

To może być nawet motywujące
to czekanie
na gest ręki
na spojrzenie
na słowo
którego się wzbraniam

To może być jedna mała rzecz

zaczekam

sobota, 10 grudnia 2011

Poranek

Mógłby usiąść i napisać
mógłby
gdyby chciał

ale on woli spoglądać w błękit oceanu
patrzeć
jak za dnia
mienią się barwy
jej oczu

Teraz błądzi po kopalni szmaragdów
schyla się po szkliste akwamaryny
i na nowo
układa
jej portret

poranny
słoneczny
jasny

na chwilę
przed
jej przebudzeniem

kąciki ust lekko się chylą
oddech powoli przyspiesza
i szlachetne barwy
od nowa
malują
jej oblicze

Mógłby o niej napisać
właśnie teraz
ale on woli patrzeć

czwartek, 8 grudnia 2011

Niewyraźnie

Znowu stanął przy oknie i się uśmiechnął
Choć za oknem jest mgła
i wszystko się rozmyło
a tamto światło w oddali
(w nocy niedające spać)
mieni się delikatnym blaskiem

Znowu się skrył za niewyraźną miną
której nikt nie może rozszyfrować
i on sam tego zrobić też nie potrafi

Myśli o Niej
Chciałby ją chwycić za rękę
i dokądś pobiec
ale ona jest wciąż za daleko

Pewnie się wkrótce zmieni
więc znowu się uśmiecha niepewnie
i patrzy przez okno
na niewyraźne kontury mijającej chwili

sobota, 3 grudnia 2011

Nie tylko ciało

Szukam przełącznika
pod miękkością Twej skóry

Szukam przełącznika
w ust Twoich wilgoci
w ciepłej dłoni
w Twym boku
za uchem
na skroni

wyczuwam go palcami
delikatnie muskam
głaszczę powolutku
pieszczę czule
słodko

a Twe ciało gorące
piekłem rozżarzone
napięte
sprężyste
pachnące tak pięknie
subtelnie w rosy warstewkę się tuli
i pragnie być kochane

więc je
kocham
tkliwie

piątek, 2 grudnia 2011

Tętent

Z góry, w dolinę ku płaskim przestrzeniom
z lesistych pagórków ku łąk nadrzecznych skraje
nieustannie się ciągnie i bić nie przestaje
tętent dzikich zwierząt

Dokąd zmierzają, nie mnie pytać o to
dokąd biegną co sił w ich zbolałych nogach
nie wiem, lecz choć to mnie nurtuje stale
nie chcę wiedzieć

Czasami rwę się z nimi, kiedy mnie mijają
biegnę po łąkach ku równiny szlakom
odmierzając kolejne kroków mnogie liczby
aż stanę w mym kręgu

Kręgu znanych ludzi, nie mam ich zbyt wielu
lecz w zimnych miejskich murach
nie potrzebuję ich na pęczki
codziennie wyliczać

Razem się gnieździmy zatem w twardej skale
oddychamy tym samym powietrzem wilgotnym
co przez otwarte okna napływa znad wody
czas odliczającej

Wiatr przynosi zimny zza budynku rogu
powiew, wraz z nim dzień kończącą porę
rozbiegamy się wtedy jak spłoszone stado
ku lichej wolności

I tętent zamiera, szum przejmuje władzę
nad crescendem myśli, słów i głośnych krzyków
by po chwili zamilknąć w słodkiej chmurze pary
z naszych miękkich ust

Otaczają nas ludzkich spojrzeń natarczywe chmary
nawet już dziś martwe walka i zwycięstwo
spoza bezwodnej kurtyny niepewne rzucają
na nas okiem

Niewzruszeni tak trawmy w wędrówce na przełaj
unisonem własnych oddechów niesieni
aż z żelaznych szlaków rdzawy pył wzniesiony
wzrok nasz przysłoni nam cały

I tak sam zostanę na zimnym marmurze
Twe ostatnie słowo odbije się echem
tętent twardej stali urwie się gdzieś w dali

Jestem sam, lecz czekam

piątek, 25 listopada 2011

Zaklinanie

Odejdź ode mnie
zmoro dnia wczorajszego
co zwieńczyć chciałaś me dzieło przed czasem

odejdź ode mnie
zmoro środowa
co obudzić we mnie chciałaś dawne tkliwości

odejdź ode mnie
zmoro wtorkowa
co narodziłaś się z Jej niepewności
i rozlałaś wraz ze strumieniem muzyki Vivaldiego

wypełniłaś mnie po brzegi
nie pozwoliłaś mi spać
skrępowałaś moje myśli
zasłoniłaś moje uszy
zaczęłaś się mną bawić jak marionetką
i rzuciłaś w kąt

i leżałem tak długi czas

Nagle zadzwonił budzik
zerwałem więzy i oto jestem

uwikłany w bezkontaktowy szlak minionych dni
gdy miałem Cię na wyciągnięcie ręki
gdy patrzyłem na Twój blady obraz

gdy chciałem Cię dotknąć
gdy chciałem Cię ogrzać

gdy chciałem zburzyć ten mur

Odejdźcie więc ode mnie zmory przeokrutne!
Nie potrzebuję was w tym teatrze!

Potrzebuję Jej
puenty i odpowiedzi

czwartek, 24 listopada 2011

Poukładanie

Poukładam książki na półce,
poukładam ubrania gdzieś w szafie,
porozglądam się po mym pokoju,
porozglądam się w moim nieładzie.

I zobaczę siebie gdzieś w kącie
siedzącego, skupionego na pracy.

Widzę, jak się męczy,
jak umiera,
a po zapadniętych policzkach
spływa niejedna
przekonana o słuszności swego postępowania
łza

Gdyby on postępował tak zdecydowanie i działał
niewzruszenie
pewnie by go nie dopadło
to, co siedzi teraz za nim
i patrzy na niego

Mógł wybrać życie
niejednokrotnie
mijane znaki dawały mu to do zrozumienia

Wybrał niepoukładanie
w każdej chwili
stara się więc teraz poukładać
to, czego nie można
ani na półce
ani w szafce

Chciałbym krzyknąć:
zapomniałeś poukładać swoje układanie!

Ale milczę.
I tak mnie nie usłyszy swoimi umarłymi uszami.

Więc znowu będę układał
książki, a w szefie ubrania.
Rozglądnę się po mym pokoju,
nie zobaczę w nim już nikogo.

wtorek, 22 listopada 2011

Byłbym

Smak krwi w ustach przypomina mi, że żyję.
Nieustannie.
Pot na mojej skórze też.
Choć niekiedy wolałbym zamilknąć.

Nie czujesz już krwi spływającej po gardle?
Gdzie są te słone krople z Twoich ramion? -
pytaliby mnie ludzie.

A ja bym im nie odpowiedział.

Widziałbym tylko ten koniec,
na który czeka każdy.

I bym się uśmiechnął.
Jak Ona.

I nikt by już nie pytał, czy pamiętam o życiu.
Sam bym o nim zapomniał.

A krew skrzepnie w przełyku,
pot wsiąknie w ubranie.

I zamilknę.

niedziela, 20 listopada 2011

Do Ciebie

Kiedy byłem mały, śpiewałem rodzicom.
I głośny rozbrzmiewał śpiew ze słabych gardeł dzieciaków:
Dziękuję wam za radość, za miłość, za ciepło rąk!
Kiedy byłem mały, tak śpiewałem.

Teraz jest inaczej.
Nie jestem mały.
I nie śpiewam rodzicom.
I gardło jest silne.

Ale nadal mogę recytować
śpiewać
wymawiać
szeptać Tobie do ucha:
Dziękuję Ci za
Twoją radość.
Twoją miłość.
Ciepło Twoich rąk.

I nie mówię tego z wtórującym mi chórem.
Mówię sam.

To są moje słowa
do Ciebie.

piątek, 18 listopada 2011

To już zostanie

Wyszedłem od Ciebie, dajmy na to, dwie godziny temu.
Było zimno. Zapiąłem swój płaszcz.
Zapiąłem płaszcz i zamknąłem w nim Ciebie.
A z Tobą cały Twój świat.

Teraz gdziekolwiek jestem, nie jestem sam.
Bo wiem, że ze mną jesteś Ty.
Jeszcze rozgrzana niedawnym snem.
Ciepła i pachnąca.

I widzę Twój wzrok.
Coraz mniej obojętny.
Coraz bardziej ufający.
I pogodny.

I uśmiech dziewczęcy. Szczery.

Niech to trwa. Niech już tak będzie.
Gdy wychodzę od Ciebie, chcę zabierać Cię z sobą.
I pod płaszczem zamykać Twój zapach.

Bo to wszystko już ze mną
to już zostanie.

środa, 16 listopada 2011

Zawody

Odliczanie czas zacząć!
Organizator zawodów ogłosił.
Wszyscy odliczają
i ja odliczam.

Sekunda po sekundzie czas niechybnie mija.
Co? To już teraz?
Tętno mi przyspiesza,
ruszam
i zwalniam tak skrzętnie zajmowane miejsce.
Niech je zajmie ktoś inny.
Myślę krótko.
Biegnę.

Po co biegnę?
Po złoto, po medal i nagrodę?
Jeśli nie, to po co?
Po wynik. I po czas.

Do mety.
Krok za krokiem.
Do przodu. Byle dalej.
Biegnę.

Jaki dystans minąłem,
ile jeszcze przede mną?
Nie wiem, nie chcę myśleć.
Bo biegnę.

I w oddali dostrzegam cel wyścigu.
To meta.
Więc przyspieszam,
choć nogi już nie mają nic sił.
I się męczę, i dyszę,
płuca palą, lecz biegnę.
Widzę napis, transparent,
spiker krzyczy, są ludzie,
doping, wrzawa,
emocje - tak, to po to tu biegłem.

Nagle wszystko zamiera.
Pyłem, dymem się staje.
Gdzie są ci, co krzyczeli,
ze mną czas też liczyli?
Nikt już obok nie biegnie.
Nikt już nie wiwatuje.
Meta pustką się staje,
a w tej pustce ja
Jestem sam.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Ślad

Szlachetne bursztyny
w malborskich monstrancjach
swym blaskiem
świadczą o Bogu

i ciepłem swej barwy
ceglano-brązowej
cel modłów
ludziom wskazują.

Te same bursztyny
z przeszłością związane
wyrwano
z morskich otchłani

i szlakiem szczególnym
przez kraj ten ruszyły
by sławić
piękno tej ziemi.

Niektóre przepadły
bez wieści, bez słowa
na szlaku
wśród zdeptanych pól

i wieki tak całe,
i tak zapomniane
w tej ziemi
leżały. Aż dziś

swój kwiat wypuściły
i panną się stały,
i sławią
nie Boga, lecz ją.

Bo w słonecznym blasku
porannego słońca
wskazują
nie modlitwy cel

a lśnią zatopione
nie gdzieś w morskiej pianie,
lecz w falach
jej złotych pukli

i skóra tak pięknie
na co dzień olśniona
bursztynem
zdradza jej imię.

Nieszczerość

Z ukrycia mówimy do siebie,
z ukrycia - bo wiecznie niejawnie.
I znowu kryjemy się za zasłoną,
za czarną kotarą nieprawdy.

Mów do mnie szczerze, otwarcie,
tak, bym zrozumieć Cię mógł.
Gdy mnie zapraszasz,
mów po co,
gdy mnie polubisz,
mów za co.

A czuję się jak partyzant,
jak pisarz spod ziemi,
jak szpieg.

Choć słucham codziennie,
choć wciąż poznaję,
to ciągle za mało wiem.

A jestem tak samo śmiertelny jak Ty.
Tak samo mówię i słyszę.
Więc mów do mnie szeptem
tak ludzko nieczystym,
bym w końcu zrozumiał Cię.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Dwa II

Jak ogień i woda?
To jest zbyt łatwe.

Jak lawa i lód?
A to zbyt czytelne.

Jak armie po dwóch stronach frontu.
To jest prawdziwe.
Zatem prawdy tej trzymać się będę.

Wyrosłem na gruncie zdeptanym przez armie.
Przez armie potężne i straszne.
Gdzie gwałt i zniszczenie ze sobą wciąż niosły
i wszystko waliło się w gruzy.

Dwie siły przeciwne, gdy kiedyś się starły
do końca uparcie walczyły.
Aż w końcu jedna poległa dość marnie,
a druga stała się karłem.

Wyrosłem na barkach tego wielkiego karła,
którego wróg uniósł do góry.
Zmieszała się krew rodziny akowca
z bezsilnym żołnierzem führera.

Dziś nie ma już wojny
na strzały, pociski,
lecz ciągle żywa jest rana.
I ciągle gdzieś walka odbywa się sroga,
i wszystko to trwa znów od nowa.

Krew w żyłach mych płynie
gorąca i zimna,
powoli, to znów przyspiesza.
Jedną rękę wyciągam,
a drugą gdzieś chowam
pod płaszczem szarzyzny wojennej.

Ponoć zmienne są losy wojny niejednej,
podobno i ja jestem zmienny.
Skąd to wynika, tego nie zgłębię,
lecz będę próbował od nowa...

Kolor żółty

Póki nie zapomnę

póki nie zapomnę Twojego obrazu
usiądę i napiszę
pochylony nad maszyną

nad czarną maszyną
żółty zatriumfował
bo żółci się w mej głowie
na tych kilka wspomnień

wspomnień z dzisiaj
gdy niesiona ożywionym wiatrem
jesieni hołd oddałaś
swym żółtym kolorem

liści
piasku
złota

Przede wszystkim
Złota

wyrzec się nie możesz
piękna, którym jesienną aurę
rozpogadzasz

niech więc Twoje złote dłonie
złote włosy wyswobodzą
i niech ten wiatr
jesieni zwierzchnik
maluje nimi
w geście zwycięstwa

aż wszyscy zżółkną
z zazdrości

piątek, 4 listopada 2011

Bajka o Alicji, co wszystek psowała

W małym, białym domeczku nieopodal górki,
gdzie słońce ciągle świeci i brak jednej chmurki,
mieszka malutka Ala lubiąca wybryki,
codziennie psuje pralki, lodówki, imbryki...
Wciąż mówią jej rodzice i radzą sąsiedzi,
pytają jaki diabeł w jej duszyczce siedzi.
Już brat się denerwuje i sięga po fajki,
już siostra recytuje Krasickiego bajki.
Lecz Alicja nie widzi, nie patrzy i nie słucha,
psuje wszelakie sprzęty, na skargi jest głucha.
Codziennie, gdy rodzice do pracy ruszają,
Alicja chwyta młotek, włosy dęba stają.
I rusza rozjuszona i pełna ferworu,
jakby karmiona była ambrozją odoru.
Uderza siłą wielką, w proch wszystko obraca,
co widzi, to dotyka, co może, to maca.
I wióry metalowe i drzazgi drewniane,
latają koło Ali sprzęty połamane.
Obrazy już zniszczone, szafki rozwalone,
a w głowie małej Ali wciąż mysli szalone.
Na chwileczkę stanęła, powietrze połyka,
zmęczona swoim dziełem o gwóźdź się potyka.
Zachwiana równowaga - Alicja upada,
wielce zdenerwowana na podłodze siada.
Usiadła jak dziecina, która świat ogląda,
na zniszczone przyrządy zdziwiona zagląda.
Cóż ja głupia zrobiłam - zwraca sie do siebie -
chyba trafię do piekła, nie myślę o niebie!
Ileż rzeczy napsułam, jakiż tu bałagan!
Winiaczem się upiję, mam go cały sagan!
Albo zacznę tu sprzątać - tak, to pomysł lepszy,
nie chcę dłużej już słuchać, że Ala coś spieprzy!
Tak, jak rzekła, zrobiła, szufelkę chwyciła,
zmiotła brudy wszelakie, podłogi umyła.
Siedzi teraz wesoła i czeka radosna,
aż przyjdą jej rodzice - w sercu kwitnie wiosna.
Niepewni rodziciele do domu wracają,
ogromnie zatrwożeni oczy otwierają.
Patrzą wielce zdziwieni i oczom nie wierzą,
dookoła się kręcą, wszystko wzrokiem mierzą.
Ojciec zdumiony milczy, lecz zaraz przemawia,
na początku się krztusi, kaszle, puszcza pawia.
W końcu nie wytrzymuje i głaszcze swą córkę,
nazywa pieszczotliwie, niczym małą kurkę.
Mówi wreszcie do Ali znamienite słowa:
Wielkieś pustki nam dała, ty i twoja głowa
z tak dziwnymi myślami niszczącemi wszystek.
Lecz widzimy, ja z mamą, nie potrzeba czystek -
ni etnicznych, ni w domu, boś po rozum poszła -
skończyłaś głupi nałóg, do mądrości doszła.
Jakże często błądzimy, moje miłe dzieci,
jak też rzadko patrzymy na nasz czas, co leci.
Usiądźmy nieraz sami, zobaczmy, osądźmy,
nie róbmy nic pochopnie i dłużej nie błądźmy...

czwartek, 3 listopada 2011

Opis

Nie umiem
opisać
tych
błogich
chwil

Nie umiem
opisać
tego
co czułem

Nie umiem
opisać
bo nawet najlepszy
opis
nie odda
tej potęgi uczucia
i tej namiętności

piątek, 28 października 2011

Modlitwa starej matki

Spójrz, Panie, na moją marną ziemię!
To, co spoczywa w jej szarej czerni
nie chce już dawać owocu.

Spójrz, Panie, na moją wychudłą pierś!
Nikogo już nią nie wykarmię.

Panie, do Ciebie oczy swe
nabrzmiałe krwią kieruję
i wołam bez wytchnienia:
Unieś mnie ponad ten padół
i wyrwij z niewoli śmierci!

niedziela, 23 października 2011

Dwa

Ile?
Ile żyć?
Dwa?
Dwa. Albo więcej.

Ilu nas jest w jednym schowanych?
Bo jeśli myślę, to zawsze są dwie myśli.
To pewnie dwóch.
Tak, dwóch. Albo więcej.

I tak polemizuję w dyskusji dwóch myślących istot.
Ja ze swoim ja,
On ze swoim.

A gdy mówię ja, to mówię Ja czy On?

A jeśli Jego Ja to moje Ja?

A jeśli Dwa różne Ja mnie od środka budują?
Dwa?
Tak, dwa... Albo więcej.

Złe dźwięki.

To im postawić się czas wreszcie.
I ten hałas niedźwięczny.
To w nim brać nie chcę udziału.
I w tłoku mokrych ciał też nie.

Niech mówią.
Niech komentują.
Niech nie kochają.
Co mi tam.

Ja i tak nie chcę.

środa, 19 października 2011

Wewnętrzny nieład

Nie lubię
a jednak to robię
Nie chcę.

To nie rób.

Nie znoszę.

Przestań!

Nie marudź.

Przestań!

Daj spokój!

To boli.

I mnie
a jednak to robię.

wtorek, 18 października 2011

Oczy

Ciekawe oczy
znudzone
wpatrzone tępo
puste
obojętne

Smutne?
Nie
Na pewno
To możliwe
to oczy

poniedziałek, 17 października 2011

niedziela, 16 października 2011

Dwa lata trwania w dobrej wierze

Z ciekawości zerknąłem dziś do archiwum bloga i z pewnym niedowierzaniem zauważyłem, że od pierwszego wpisu minęły dokładnie dwa lata. Był wtedy rok dwa tysiące dziewiąty. Piątek. Było zimniej niż dziś, delikatnie padało. Inne studia, inne plany na przyszłość, inne priorytety. Nawet znajomi byli inni. Czy coś zatem z tego pozostało? Czy może uległem całkowitej przemianie? Niektórzy twierdzą, że ludzie się nie zmieniają, ale ja uważam, że tak nie jest. Zmieniłem częściowo swoje otoczenie, a wraz z nim zmieniłem niektóre przyzwyczajenia, sposób patrzenia na świat i cele. Coś się wyjaśniło, w czymś się utwierdziłem, a jeszcze w czymś innym nie stało się nic. Nadal wisi nade mną niepewna chmura, z której albo spadnie deszcz, albo zaczną bić pioruny, albo przez coraz to większe otwory zaczną przebijać się promienie słońca. Czasami mam dość niespodziewanego. Dość tej niewiedzy o jutrze. Czasami się zastanawiam, co robię źle, że jestem w tym, a nie innym miejscu. Przez te dwa lata mogłem być przecież już kimś, a nie osiągnąłem praktycznie niczego. Wiele zmarnowanych szans, setki chwil bezproduktywnych. I najgorsze jest to, że mógłbym tak wyliczać bez końca. Ale czy naprawdę jest aż tak źle? Pewnie nie, ale niekiedy, a szczególnie podczas rocznic, dobrze ponarzekać.
Cieszę się, że, pomimo różnego zaangażowania w tworzenie tego bloga, stale do niego wracam i uzupełniam go w kolejne przemyślenia i lepsze czy gorsze utwory liryczne. Tym samym mogę sobie życzyć, aby tych pierwszych było więcej i oby liczba czytelników dopisywała cały czas.
Za oknem zachodzi słońce, na dworze robi się chłodniej, a w moim sercu trwa ciągła niepewność i obawa przed przyszłością. Mam głęboką nadzieję, że, gdy za rok lub dwa lata będzie mi dane wspominać poprzedni jubileusz powstania tego bloga, napiszę coś bardziej optymistycznego...
Wszystkim wiernym czytelnikom dziękuję za towarzyszenie mi oraz życzę pomyślności w konfrontacji ze światem i ludźmi!

Znamię czasu

I dla was
co nie są

ciekawi

mnie
mojej
osoby

wiek

Tak
już czas

sobota, 15 października 2011

ODEZWA

Nie krzyczcie na alarm -
- nic przecież nie płonie!
To, co mogło się palić
już zgliszczami śmierdzi.
Nie wrzucajcie więc chrustu,
bo zarzewia tu brak,
ten, co ogień zaprószył
sam obrócił się w piach.

Nie wołajcie do nieba -
- nikt już dziś nie tonie!
To, co mogło utonąć
już osiadło na dnie.
Nie pompujcie więc wody,
bo potoku tu brak,
ten, co zniszczył raz tamę
sam utopił się w łzach.

Zostawcie swe obawy,
o Wy, Ludzie niewierni!
Nie bójcie się otworzyć
swych drzwi i na dwór wyjść!
Zobaczcie czyste niebo
bez dymu i bez chmur,
wsłuchajcie się w szum wiatru
i zaczerpnijcie tchu.

Wiza do naszego świata

Wiedliśmy życie
beztroskie nam
chwile
świat malowały
jasnymi barwami

I każdy wschód
słońca białego
poranka
witał nas
w szczęśliwym uścisku

Z Tobą marzyłem
sennymi myślami
za dnia
upalnego
jak w nocy Twe ciało

A dziś nie mam Ciebie
spokojnej i cichej
nocy
przeminął
nasz świat

czwartek, 6 października 2011

Prosto w oczy

Twe oczy jak kasztan
z łupiny wydarty
w wilgoć traw wrzucony
nieśmiały i lśniący

tak pewne jak orzeł
co na niebie krąży
co wciąż poszukuje
wytrwale i wiernie

głębokie i czułe
przeniknione sensem
koronują złotem
Twoją czystą duszę

i choć nieraz błyszczą
słoną kroplą rosy
zasypiać w nich pragnę
i dla nich się budzić

środa, 5 października 2011

Mechanicznie

Stać! Nie wchodzić!
trwa test wytrzymałościowy
próba zmęczeniowa
w najlepszym wydaniu

my w niej zawieszeni
siła nas rozrywa
zniszczyć chce
rozciągnąć
odsunąć, oddalić

chwytam Cię za rękę
Ty ją mocno ściskasz
lecz maszyna działa
nikt jej nie wyłącza

siłuje się z nami
pręży i napina
próbuje, lecz zdycha
buczy, wyje - pada

i moc trójfazowa
nie dała tu rady
ni tytan, ni stal
ni hart, ni nawęglanie

bo uścisk serdeczny
i wiara, i miłość
to nie coś, co ginie
w wymuszonej sile

wtorek, 4 października 2011

Oko za oko?

Jak to jest? Pewnego dnia budzicie się z silnym kołataniem serca, zrywacie się z łóżka i przecieracie twarz, po której przelatuje wyraz niepewności i strachu, żeby wieczorem nie móc zasnąć z powodu wielkiej pustki i niewiadomej. Jak to jest, że jednego razu trawi was wielkie zmartwienie, a drugim wielkie zdziwienie? Jak to jest, że troski o ważną dla was osobę nie dają wam żyć, a później dowiadujecie się, że zadajecie jej ból, który rani jej uczucia? Jak to jest, że godzinami rozmyślacie o drugiej osobie, a później na skutek nieporozumienia ona mówi wam, żebyście przemyśleli jakąś sprawę? Jak to jest, że przez tygodnie staracie się budować związek, aby w ciągu kilku minut spora jego część uległa zniszczeniu? Jak to jest, że rozmawiacie godzinami o niełatwych sprawach, aby później w kilku zdaniach pokłócić się, roztrząsając z pozoru banalne kwestie? Jak to jest?
Niekiedy wydaje się, że troski z jednej do drugiej osoby przechodzą niczym odbijająca się piłeczka pingpongowa. Gdy czujecie, że przegrywacie pod naporem przygniatających was problemów i niejasności, staracie się za wszelką cenę ich pozbyć, znaleźć rozwiązanie. Ale tym samym piłeczka wędruje do waszego towarzysza i, choć jesteście pozornie wolni, zaczynacie znów, podczas rozwiewania jego trosk, przyciągać na siebie kolejne fale nieszczęść. Ciągłe uwijanie się. Walka. Wysiłek. I do czego was, i do czego nas to prowadzi? Do wymiany? Do starej zasady "oko za oko"? Stop.
Odpocznijmy. Zastanówmy się, czy oby to, co chcemy wiedzieć, co chcemy powiedzieć, jest konieczne do naszego szczęścia. Wiele bowiem razy różnymi komentarzami i uwagami możemy sprawić komuś przykrość, nawet o tym nie wiedząc. Zostawmy więc te niesnaski, tę niemądrą wymianę zdań, rywalizację. Głęboko wierzę, że szczerość i prawda, jakiekolwiek by nie były, to w relacjach międzyludzkich podstawowe filary. Może budują obraz bez upiększeń, ale z głębokim nasyceniem barw, znakomitym kontrastem i wyrazistymi konturami. Wolicie barwne otoczki i pstrokate ozdobniki? Wasza rzecz. Nie zapominajcie jednak, że każdy z nas niesie obraz samego siebie. I nie jest to obraz ukończony. A efekt końcowy zależy nie tylko od nas, ale również od ludzi, z którymi się spotykamy, z którymi żyjemy i których kochamy. Pomagajmy więc sobie nawzajem w kreowaniu autentycznych dzieł sztuki. I między ponure i przeraźliwe sceny wprowadźmy nieco słońca. Z czasem się przekonamy, że wspólnie namalowany obraz nie będzie miał śladów po odbijającej się od niego piłeczce pingpongowej, ale wyłącznie delikatne smugi łagodnie i majestatycznie pociąganego pędzla.

piątek, 23 września 2011

Zakręty, zakręty...

- Gdyby droga była prosta, to by było nudno - powiedział Tomasz.
- Ale na pewno bezpieczniej! - skwitował odważnie jego znajomy, po czym wsadził nos w kubek z ciepłą kawą.
- Może masz rację - odrzekł bez przekonania Tomasz i szybko dorzucił - Bezpieczeństwo - bezpieczeństwem, a życie - życiem!
- To żeś teraz wymyślił - odpowiedział współrozmówca.
- Ale spójrz! - Tomasz nie poddawał się. - Wyobraź sobie...
- Wyobrażam - przerwał niegrzecznie znajomy.
- Wyobraź sobie, że twoje życie to jedna prosta. Bez zakrętów, bez wzniesień i dolin. Przyjemna trasa, bo równa. Ale tylko do czasu. Dość szybko zaczniesz zauważać brak urozmaiceń.
Tomasz rozpoczął swoją wypowiedź, a znudzony kompan odstawił kubek na brzeg stołu i zaczął drapać się po brodzie. Po chwili zapytał zaciekawiony:
- No czyli, że co. Że jak trasa równa, to nie jest ciekawa? Ja się staram prowadzić takie życie, jakie prowadzę. Bez ekscesów i zbytnich uniesień. Bez emocji. Za to trzeźwo patrzę i ciągle analizuję. Co by zmienić, co poprawić, co by tu nowego odkryć. Ha!
- Moment - przerwał wyraźnie ożywiony Tomasz. - Zaczynasz mieszać się w swoich wywodach. Najpierw mówisz, że prowadzisz życie bez ekscesów, a po chwili dodajesz, że ciągle szukasz, co by tu nowego odkryć. Czyli jednak szukasz tych emocji?
- O tym nie pomyślałem - znajomy odpowiedział lekko zmieszany. - Chodziło mi bardziej o życie bez uczuć. Tak jest wygodniej. To tak, jakbyś nie musiał jeździć po tych twoich zakrętach. Wyrzucasz kierownicę i wio, przez świat! - nawiązał chętnie do użytej przenośni.
- Ale właśnie dzięki zakrętom nie jest się biernym - Tomasz próbował przekonać kolegę. - Cały czas musisz czuwać, żeby nie wypaść z trasy. A nawet, bo może się tak stać, jeśli wypadniesz, zaraz kontrujesz i jedziesz dalej. Mało tego, za zakrętem może się okazać, że przed tobą roztacza się nowy, piękny krajobraz i widoki, o których nigdy wcześniej nie śniłeś! Niekiedy warto zjechać z tej twojej autostrady w boczną drogę i zacząć dostrzegać piękno, na które wcześniej było się ślepym! Nie ma co tracić czasu na życie bez wypełnienia, bez smaku i kolorów!
Znajomy szybkim ruchem ręki podniósł kubek i wypił resztkę kawy, oczyścił językiem zęby z fusów i podsumował, kiwnąwszy głową, mówiąc:
- Czyli, że jak? To uczucia nadają naszym marnym żywotom sensu?
- No. - skwitował krótko Tomasz. Odsunął krzesło, na którym siedział, wstał, wziął swój znoszony płaszcz i rzekł na pożegnanie:
- Tym się różnimy od zwierząt. Umiemy kochać.

piątek, 16 września 2011

Leniwie

nam mija ten dzień
leniwie nam mijają chwile
wciąż leżę i nie ruszam się
wciąż leżymy tak oboje.

Leniwie wyciągam swą dłoń
leniwie dotykasz mą skroń
wciąż leżę, lecz poruszam się
wciąż leżymy tak oboje.

Leniwie odsłaniam Twój brzuch
leniwie gładzisz mą szyję
wciąż leżę i oddycham żwawiej
wciąż leżymy tak oboje.

Lecz nagle ochoczy pożar
do ust naszych się rwie
już nie ma chwili wytchnienia
i nie ma nigdzie już lenia.

Pracować nam się zachciało
budować nową więź
wciąż Cię więc obejmuję
wciąż nam siebie jest mało.

Gorący deszcz nas obmywa
leniwie rosi nam ciała
i wciąż tak mało Cię znam
i wciąż znamy się słabo.

Leniwie więc Cię poznaję
leniwie i bez pośpiechu
wciąż leżę i nie ruszam się
wciąż leżymy tak oboje

środa, 14 września 2011

Wrześniowa batalia, wrześniowe sny...

Krótki wpis po długiej nieobecności. Owszem, bywały nieobecności dłuższe, ale z tej nie jestem zadowolony tym bardziej, że koniec czerwca i początek lipca obfitował w różnego rodzaju wpisy, a później wszystko ucichło. Ucichły wszelkie głosy wewnętrzne, a chęci na stworzenie czegoś choćby najmniejszego i najlichszego odpłynęły wraz z nastaniem tej twórczej ciszy.
Nie chciałbym zagłębiać się w wydarzenia, których uczestnikiem byłem podczas wakacyjnych eskapad i przygód - nie to bowiem spędza mi sen z powiek. I choć można się złapać za głowę i powiedzieć: "No nie, znowu to samo!", ten post dotyczyć będzie poszukiwania tego, co jest istotą mojej egzystencji na Ziemi.
O ile na przełomie maja i czerwca byłem w zasadzie pewny co do kroków, które powinienem podjąć, o tyle kwestia ta miesiąc później nie wyglądała tak jasno. Niektóre sprawy się skomplikowały, inne za to same rozwiązały. Ludzka życzliwość i głupota szły ramię w ramię i pokazywały rzeczywistość w innych barwach, niż sam sobie wcześniej nasz świat wyobrażałem. Otworzyłem oczy i zacząłem dostrzegać to, co wcześniej było ukryte za zasłoną obłudy i nieszczerości. Wraz z obudzeniem się przyszło zwątpienie w człowieka. Wraz ze zwątpieniem - gniew. Gniew pociągnął za kolejny sznurek - pojawiła się rozpacz, a z nią - pustka. Po raz kolejny nie ruszyłem się z miejsca i czułem, że w bezcelowości osuwam się po stromej skarpie ku czeluściom. Nie wiedziałem, co mnie czeka. Nie miałem pojęcia, skąd wypatrywać ratunku. A może wcale na niego nie liczyłem? W całej tej życiowej zawierusze i piętrzących się warstwach kurzu opadającego leniwie, lecz pewnie, na moje spróchniałe drogowskazy, pogubiłem się i nie wiedziałem, dokąd się skierować. Teraz, gdy patrzę z  perspektywy czasu, nie wiem, na co liczyłem. Może na to, że ktoś mi poda pomocną dłoń i powie: "Idź w tym kierunku"? Nie wiem. Stało się inaczej i cieszę się, że właśnie tak.
Na wielkim, mglistym pustkowiu Bóg postawił dwójkę zmęczonych wędrowców. Czego od nich wymagał? Tego też nie wiem. Wiem natomiast jedno. Pewne zdarzenia nie dzieją się bez przyczyny. I właśnie nieprzypadkowo odnaleźli się i, niosąc ze sobą pokaźne bagaże doświadczeń, ruszyli w nieznane, by razem odkryć cel podróży. Czy to będzie już ich wspólny szlak? Czy oby razem nie zabłądzą na nowych, nieznanych ziemiach? To kolejne pytania, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć.
Jednym z tych wędrowców jestem oczywiście ja. I widzę wyraźnie, że mgłę przede mną rozwiewa tchnący wiosenną nutą scirocco, a ziemia na nowo okrywa się kwieciem. I choć niekiedy powiewy są zbyt silne, a mgła nieustępliwie zasłania horyzont, nie poddaję się, ale zaciskam silniej dłoń w uścisku i kroczę dalej.
Przeznaczenie. Powołanie. Cel życia. Niech każdy nazywa to tak, jak chce. Niech każdy odnajduje to na swój sposób. Ale gdy któregoś dnia sny się zaczynają spełniać, nie można tej szansy marnować. Trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy.

sobota, 2 lipca 2011

Niedostępne

Owoce najsłodsze, owoce najdroższe
o miękkiej skórze, słońcem muśnięte
delikatne w swej formie
kształtne i dorodne
uroczo jędrne w listkach utulone
spoczywają spokojnie wiatrem kołysane
falują i drgają, gdy je dotkniesz dłonią...
Ale miąższu z nich słodkiego
nigdy nie zdobędziesz...
Więc zachwyć się!
Zachwyć samym tym widokiem!
Ach, poczuj!
Ach, poczuj woń tę przenikliwą!
Nakarm wzrok swój wciąż nienasycony
i pomyśl,
że smaku ich tylko dostąpi
potomek tej, co dzierży
skarb ten niewymowny.

piątek, 1 lipca 2011

Do kobiet

Za bardzo Was kocham, kobiety!
Za bardzo Was kocham - to wiem!
Za każdy z Wami dzień
oddałbym wszystkie monety.
Za wzrok Wasz przenikliwy,
gorących oczu kłucie,
za jasne te oblicza,
za czysty rajski głos,
za skórę aksamitną,
za dłoń tę jedwabistą,
za dumną białą pierś,
za słodycz w Waszych ustach,
za krągłe lekkie biodra,
za kształt każdego łona,
za ud niezwykłą siłę,
co spaja w uniesieniach,
za zwinną szczupłą łydkę,
za piękną małą nóżkę,
za pieszczot każdą chwilę,
za słówek grzesznych zwoje,
za zapach co zniewala,
za wszystkie Wasze cnoty,
za wszystkie Wasze zbrodnie,
za miłość i za złość,
za śmiech i za nieśmiałość
oddałbym się cały
lub nie dałbym Wam nic.

wtorek, 28 czerwca 2011

Per aspera ad astra...

I gdzie szukać wyjścia? Którędy kroczyć, aby być z siebie zadowolonym? Jak znaleźć ten "złoty środek"?
Na swej życiowej drodze znajdujemy codziennie wiele pytań. Mijamy kolejne drogowskazy, które mogą się okazać pomocne lub poprowadzić nas w innym kierunku niż sobie wcześniej zaplanowaliśmy. Z każdym krokiem podejmujemy ryzyko, że coś może się nie udać, że upadniemy, stracimy siły i chęć do dalszej walki o byt. To może lepiej obrać drogę z górki, prostą, łatwą i przyjemną, na której nie będziemy czuć zmęczenia, po której kroczenie będzie samą rozkoszą? Można i tak. Ale z doświadczenia wiem, a mam go co nieco, że nawet to pozornie łatwe życie jest często źródłem bólu i niespełnienia.
Dalej miałem pisać o negatywnych skutkach nadużywania rozrywek wszelakich, o, nie do końca przemyślanych, zabawach z kobietami, o traceniu czasu na sprawy nieprzydatne w życiu, etc. Ale zaraz obudziły się we mnie głosy (nie wiem, czy wynikają one z tęsknoty, czy z racjonalnych przemyśleń) mówiące, że nie mam przecież czego żałować. Zerkam zatem do pamięci, która nie zawsze może pomóc. Przeglądam zdjęcia, które w prosty sposób jednak przywołują minione czasy. I do jakich wniosków dochodzę? Tak jest, nie mam czego żałować. Zamiast mieć wyrzuty sumienia, zamiast wylewać potoki łez nieprzebrane nad straconym czasem, uśmiecham się i mówię sam do siebie: "To była dobra impreza. To było udane. Ale żeśmy popili. Ale się bawiliśmy." Wszystkie te zdania wypowiadam z delikatnie brzmiącą nutką goryczy i rozczarowania. Bo choć mogło to wszystko skończyć się nie najszczęśliwiej, choć mogło się to skończyć źle, dni te już nie powrócą, a chwile radosne opływające w zapomnienie świata odeszły bezpowrotnie, pozostawiając trwały ślad w mej osobowości.
Kroczyłem ścieżką przyjemną - nie żałuję tego.
Wędrowałem ścieżką łatwą - niech to już zostanie.
Bo gdy gwiazd mam sięgnąć,
jeśli koniec drogi ma zwiastować radość,
jeśli tam, dokąd idę, czeka mnie nagroda,
jeśli to, co mnie spotka, da mi szczęście wieczne,
jeśli kres mej wędrówki ochłodą powita,
jeśli ukoi zmęczone podróżą me nogi,
jeśli znajdę tam rozkosz nigdzie nie widzianą,
jeśli kwiat miłości prawdziwej tam zerwę,
pójdę, wyruszę pod górę - już teraz, wnet, zaraz,
a poduszki zostawię, by po cierniach kroczyć.

czwartek, 9 czerwca 2011

O wzlotach i upadkach

Nie tak dawno na zajęciach z poetyki poruszyliśmy problem czasu w powieści. W tym kontekście narysowaliśmy  na tablicy oś czasu i punkt obserwacji ze strony narratora i czytelnika. Doszliśmy do pewnych wniosków związanych z omawianym tematem. Ale rysunek, który był na tablicy, zainspirował mnie do pewnych przemyśleń albo niezwiązanych bezpośrednio z tematem, albo związanych, ale bardzo luźno. Oto, do jakich wniosków doszedłem.
Pierwszy rysunek, który wykonałem, gdy podszedłem do tablicy, owszem, był mało przemyślany, ale zarazem stworzył punkt wyjścia do dalszego rozmyślania i zastanowienia się nad przemijaniem czasu w naszym życiu.

Rys. 1.
Powyższy rysunek przedstawia sytuację, którą zilustrowałem na tablicy. Oś pozioma oznacza przemijający czas, a oś pionowa zadowolenie z życia, szczęśliwość czy jak chcielibyśmy nazwać sobie tą składową życia. Jak widzimy, życie rozpoczyna się w punkcie "0", człowiek się rozwija, jest zadowolony ze swoich poczynań, żyje w mądrości. Ale gdy dochodzi do pewnego punktu i zaczyna tracić grunt pod nogami, "linia życia" zaczyna opadać, co odczuwamy jako przygnębienie i wewnętrzny smutek. Gdy nie podejmiemy działań naprawczych, wkrótce może się okazać, że znajdujemy się w punkcie, z którego nie ma już wyjścia, nie wiemy dokąd iść, czujemy się samotni i bezradni. Wtedy sięgamy pamięcią do tego czasu, nawet przypominamy sobie ten dzień, w którym czuliśmy się dobrze, spełnieni i wiedzieliśmy, po co kroczymy tą ścieżką życia. Jeśli nasze wspomnienia nas nie oszukają i napełnieni chęcią poprawy swojego życia odważnie podejmiemy odpowiednie decyzje, możemy powrócić do punktu wyjścia.
Tak skończyłem przedstawiać swoją teorię i od razu pojawił się głos sprzeciwu (za co jestem wdzięczny, ale nie pamiętam, kto podjął dyskusję pierwszy), że przecież nie można się cofnąć w czasie. To prawda. Miałem jednak na myśli cofanie się mentalne, powrót do emocjonalnego początku. Bo życie toczy się dalej. Minuta za minutą przemijają bezpowrotnie i wyznaczają nowy szlak naszej ziemskiej wędrówki.
A zatem zmodyfikowany wykres, obejmujący oczywiste przemijanie czasu, będzie się przedstawiał następująco:
Rys. 2.
Czas przemija, ale to nie on sprawia, że podnosimy się i stajemy do nowej walki. Tym czynnikiem, który nas pcha do przodu i pozwala ustabilizować dryfującą łódź naszego życia jest bagaż doświadczeń, który zabieramy każdego dnia. Każdy upadek, każde zwątpienie powoduje, że jesteśmy mądrzejsi w działaniu i podejmowaniu następnych decyzji. Przynajmniej tacy powinniśmy być. A jeśli nie wyciągamy żadnych wniosków i dalej brniemy ścieżką zatracenia, może się okazać, że nasza łódź zaczyna nabierać wody i zaczynamy tonąć. To tak, jakbyśmy cały czas zabierali na pokład łodzi wszystkie towary, na jakie natrafimy, a później z nich nie korzystali. Łatwo możemy wyobrazić sobie sytuację, gdy do dość mocno obciążonej łódki targanej falami wody zaczyna nalewać się woda. Wtedy może być już za późno na ratunek.
Na tym jednak nie poprzestałem i zacząłem zastanawiać się, dlaczego, i tu odniosę to do siebie, powrót do szczęścia, do prawdziwego życia często kończy się znowu upadkiem. Niekoniecznie głębszym niż ostatni. Ale zawsze wyraźnie odbijającym się w naszej tożsamości. Myślę, że przyczyna tego oddalenia się nie jest skoncentrowana w jednym punkcie, ale obejmuje wiele czynników, które w ostateczności decydują o naszym ludzkim niepowodzeniu. Uważam, że każdy z osobna powinien przeanalizować swoje poczynania, czasy wzlotów i upadków. Co sprawiało, że byliśmy szczęśliwi? Co było przyczyną śmierci duchowej? Każdy z nas boryka się z innymi problemami, ale wiem, że wszyscy winniśmy zabiegać o ciągły wzrost, o ciągłe dążenie do doskonałości, bo tylko wtedy będziemy czuli się naprawdę szczęśliwi w naszej ziemskiej wędrówce.

niedziela, 22 maja 2011

Iść swoją drogą...

Ileż razy w ciągu swojego życia robimy coś wbrew sobie? A może to nie jest właściwe pytanie. Lepiej byłoby przecież zapytać - jak często to robimy? Zagłębiamy się tym samym w dolinie niespełnienia, ale idziemy dalej, bo często mamy z górki. I tak kroczymy tą ścieżką, nie do końca wiedząc, dokąd nią zajdziemy.
Tak rozpoczynam kolejny wpis w ramach tego blogu i odwołuję się tym samym do mojego tematu z matury ustnej z języka polskiego, którą zdawałem przed czterema laty. Nie pamiętam już dokładnie, o czym wtedy mówiłem. Pamiętam natomiast, że w ramach przygotowań przeczytałem Odyseję i zagłębiłem się w Piśmie Świętym, gdzie możemy przeczytać o wędrówce Izraelitów do Ziemi Obiecanej oraz o spotkaniu Jezusa i jego uczniów w drodze do Emaus. A motywem przewodnim w pracy maturalnej była właśnie droga.
Teraz, gdy przeciętny maturzysta z dwa tysiące siódmego roku staje przed ostatnim rokiem studiów magisterskich i nierzadko ma szczegółowe plany na przyszłość dotyczące kariery zawodowej, rodziny czy domu, ja zatrzymuję się na chwilę na mojej drodze, aby spojrzeć wstecz i zastanowić się, gdzie leży źródło mojego niepowodzenia, mojej wiecznej tęsknoty i takiego pewnego smutku, które towarzyszą mi na co dzień. Podobne rozterki mam dość często, ale tylko sporadycznie na poważnie próbuję ten problem przeanalizować, a co bardziej opisać i to opisać w ten sposób, dzieląc się z Wami.
Gdy myślami wracam do lat bycia nastolatkiem, do okresu gimnazjum lub początku szkoły średniej, widzę siebie w innym świetle. Wokół mnie maluje się pogodna aura pomyślności, nie tyle wypływająca ze źródła pracowitości, bo jeśli chodzi o naukę nigdy nie nie przemęczałem, ale oparta na ściśle określonych zasadach moralnych i silniejszej wierze. Bez wątpienia łatwiej mi było zmagać się z licznymi problemami, pokonywać lęki i patrzeć w przyszłość, mimo nie do końca jasno określonych celów. A może tymi celami było właśnie bycie bliżej Chrystusa i Kościoła? Nie ukrywam, służba wśród braci ministranckiej dość mocno ucierpiała właśnie w liceum, aby praktycznie obumrzeć w czasie studiów. Stopniowo bliskość z Bogiem zastępowały inne elementy życia - wszelkiego rodzaju rozrywki, spotkania ze znajomymi, działalność studencka. Zmiana stylu życia spowodowana zapewne była wzrostem pewności siebie, a co za tym idzie, powolnemu rozkwitowi próżności. Wszystkie te procesy, długotrwałe i coraz silniej oddziaływające na mnie, ukształtowały moją glinianą i kruchą podstawę.
Mając jednak, tak mi się wydawało, jakieś filary, na których oparłem swoją filozofię życia, mogłem odważnie kroczyć naprzód, krok po kroku grzęznąć w świecie pełnym błyskotek, łatwej rozrywki i ludzkiej obojętności na ogólnoświatowe zatracenie. Będąc pod wpływem ludzi, którzy myśleli podobnie jak ja, którzy nie chcieli dostrzegać głębi życia, nie starałem się zmieniać niczego, co mogłoby radykalnie wpłynąć na dotychczasową karierę. Karierę tak naprawdę pozbawioną pełni szczęścia. Ale wygodną dla innych i łatwą, być może, dla mnie samego.
Dzisiejsze wydarzenie, w którym mogłem brać udział, prymicyjna Msza Święta mojego kolegi, jest niejako motorem do tych przemyśleń. Osoba mi dobrze znana, z którą może jednak nie utrzymywałem bliższej znajomości, ale wypromowana na ministranta tego samego dnia, co ja, swoją postawą pokazała, że służba Bogu to nie coś poza naszym zasięgiem. Obojętnie w jakiej postaci - czy to bycie księdzem, czy uczestnikiem stanu zakonnego, czy po prostu dobrym chrześcijaninem. Dobrym, to znaczy takim, który żyje wiarą i w zgodzie z nauką Kościoła. Może nie musi się on ze wszystkim zgadzać i szerzyć bezmyślnie wszystkie doktryny. Ale trzeba iść za głosem Pasterza, bo tylko wtedy dostąpimy radości z życia i tu na ziemi, i, miejmy nadzieję, tam, po śmierci. A dzisiejsze prymicje i podniosły charakter tej uroczystości niewątpliwie do chwil radosnych należały.
Zatem może zamiast sformułowania "iść swoją drogą" lepiej byłoby użyć tego - "iść Jego drogą". Skoro  kierunki obierane przeze mnie zawiodły mnie na manowce, czy istnieje lepszy wybór niż pójście drogą wyznaczoną przez Mistrza?

piątek, 21 stycznia 2011

Odwołanie

Nie lubię żyć
Wolę umierać
Bo umieranie jest dziś powszechne.
A żyć
to się ścierać z różnymi masami
ludzkich tworów
i uzurpatorów
Ściśle przyległym być do tej
czy innej ramy
i drogą kroczyć
gdzieś już wydeptaną.
Wolę umierać
Bo umieranie wyciąga z łańcucha
kolejności
ustawia na wzgórzu
i nowym to tworzy
co się wyłamuje
z ciasnej framugi.
Nie lubię żyć.