By się rozumieć
i bez słów
zrozumieć nasze myśli
gdy pod kopułą
nieznanej przyczyny się kryją
Gdybym wędrował
powiedzmy od północy
po nocnej ścieżce szedł na wschód
bez zdania
bezgłośnego meldunku
i skrzypiącej podeszwy snów
niech się stanie
iluzja ciałem
i niech krwią zajdą ze zmęczenia oczy
ale jestem
te niecałe dwadzieścia
gdzie się z hakiem podziało kilometrów
to dość blisko
lecz za daleko na ciepły pocałunek
By się rozumieć
i bez słów
zrozumieć
w przytuleniu szczerych myśli
czwartek, 18 września 2014
wtorek, 9 września 2014
Zamieniając smutek w pocałunek
Migawka z nocnego prześwietlenia kliszy
gdy światło księżyca
nie wyłapane przez zbyt cienką firankę
wpada
odbite od malowanego dzbanka
wprost do mej duszy
niknie
głód smutnym okiem patrzenia
i zazdrością przesycone echo
gdy zamiast uciekać
stajesz u mych wrót
cielesnym ramieniem witających
słowo wzrokiem patrzenia
uchyla różane usta
zamieniając smutek
w pocałunek
gdy światło księżyca
nie wyłapane przez zbyt cienką firankę
wpada
odbite od malowanego dzbanka
wprost do mej duszy
niknie
głód smutnym okiem patrzenia
i zazdrością przesycone echo
gdy zamiast uciekać
stajesz u mych wrót
cielesnym ramieniem witających
słowo wzrokiem patrzenia
uchyla różane usta
zamieniając smutek
w pocałunek
sobota, 6 września 2014
Listy wczorajszych wyznań
Pod sztandarami wyprostowanych drzew
po kamienistej ścieżce
Pośród nawoływań ptaków
wołam w myślach
Nogi ugięte pod ciężarem
co nie pomaga
Nie pomagają i myśli
na sztorc stawiane
co słowa kreują
niechciane
Był czas, że nie sam
był czas, że nie sama
w dźwiękach nocnych kroków
przemierzaliśmy
gdy można się było pochylić
ku sobie
przez zagubienie
garbem niknącym w przytuleniu
naznaczone
Być, gdy się nie chce
Chcieć, by być
podnoszę z ziemi pożółkłe liście
jak listy wczorajszych wyznań
po kamienistej ścieżce
Pośród nawoływań ptaków
wołam w myślach
Nogi ugięte pod ciężarem
co nie pomaga
Nie pomagają i myśli
na sztorc stawiane
co słowa kreują
niechciane
Był czas, że nie sam
był czas, że nie sama
w dźwiękach nocnych kroków
przemierzaliśmy
gdy można się było pochylić
ku sobie
przez zagubienie
garbem niknącym w przytuleniu
naznaczone
Być, gdy się nie chce
Chcieć, by być
podnoszę z ziemi pożółkłe liście
jak listy wczorajszych wyznań
czwartek, 4 września 2014
List przed daleką podróżą
Wsiadłem do tramwaju. I choć z reguły nie korzystałem z komunikacji miejskiej, tego dnia nie miałem już ochoty na spacer. Mimo że było w miarę sucho, zimne, jesienne powietrze nie zachęcało do wędrówki. Liście na dobre okryły chodniki, a w powietrzu było czuć ich silną woń. Myślałem tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się na drodze, która prowadzi bezpośrednio do domu.
Stanąłem przy niedomkniętym oknie i ręce założyłem na metalowym uchwycie tak, że mogłem się o nie oprzeć brodą. Nie stałem w ten sposób zbyt długo. Swoją uwagę skupiłem na grupce ludzi zgromadzonych wokół pary siedzącej na jednym siedzisku. Widocznie musieli skądś razem wracać, pewnie razem dokądś jechali. Nie wyróżniali się niczym szczególnym. Ubrania mieli w odcieniach szarości, natomiast buty były czarne. Wydawało się, że w tym swoim miejskim kamuflażu zamknęli przeszłość, do której nie chcieli wracać. Jasne podpinki rozpiętych kurtek i płaszczy przypominały ich pełne nadziei i uciekające wręcz pod nieboskłon młode marzenia. Gdzieś jednak te marzenia wzniosły się za wysoko i rozwiał je silny, ginący gdzieś w niebycie wiatr. Pozostały jedynie spojrzenia bez wyrazu i szare prochowce. Dziewczyna siedziała chłopakowi na kolanach, rozglądając się po tramwaju. Wyglądała, jakby szukała zrozumienia wśród ludzi tak szczerze na wszystko obojętnych. W dłoniach trzymała białą kopertę.
Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Gdy drzwi się otworzyły, wysiadłem i ruszyłem przed siebie. Czy to było jakieś zaproszenie, czy list przed daleką podróżą - nie wiem. Zapiąłem sweter pod samą szyję i w głębi serca ucieszyłem się, że mam dokąd wracać.
Stanąłem przy niedomkniętym oknie i ręce założyłem na metalowym uchwycie tak, że mogłem się o nie oprzeć brodą. Nie stałem w ten sposób zbyt długo. Swoją uwagę skupiłem na grupce ludzi zgromadzonych wokół pary siedzącej na jednym siedzisku. Widocznie musieli skądś razem wracać, pewnie razem dokądś jechali. Nie wyróżniali się niczym szczególnym. Ubrania mieli w odcieniach szarości, natomiast buty były czarne. Wydawało się, że w tym swoim miejskim kamuflażu zamknęli przeszłość, do której nie chcieli wracać. Jasne podpinki rozpiętych kurtek i płaszczy przypominały ich pełne nadziei i uciekające wręcz pod nieboskłon młode marzenia. Gdzieś jednak te marzenia wzniosły się za wysoko i rozwiał je silny, ginący gdzieś w niebycie wiatr. Pozostały jedynie spojrzenia bez wyrazu i szare prochowce. Dziewczyna siedziała chłopakowi na kolanach, rozglądając się po tramwaju. Wyglądała, jakby szukała zrozumienia wśród ludzi tak szczerze na wszystko obojętnych. W dłoniach trzymała białą kopertę.
Tramwaj zatrzymał się na przystanku. Gdy drzwi się otworzyły, wysiadłem i ruszyłem przed siebie. Czy to było jakieś zaproszenie, czy list przed daleką podróżą - nie wiem. Zapiąłem sweter pod samą szyję i w głębi serca ucieszyłem się, że mam dokąd wracać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
