niedziela, 29 stycznia 2012

Naturalność procesu

Naturalność procesu to tylko część tytułu, którym objąłem poniższy tekst. Cały powinien brzmieć mniej więcej tak: Naturalność procesu przenikania stosunków koleżeńskich do silnego zespolenia kobieco-męskiego. Myślę, że teraz nabrał pełnego kształtu, niczym owoc agrestu, który, napełniając się lekko kwaśnym sokiem, ugina gałązkę krzewu i zwiastuje gotowość do zbioru. Nie inaczej pewnym uczuciem wypełniają się też często związki kobiet i mężczyzn, którzy spotykają się i nawiązują koleżeńskie stosunki. O jakim procesie zatem będzie mowa poniżej, przekonacie się już za chwilę.
Byłoby nadużyciem, gdybym napisał, że każda znajomość kobiety i mężczyzny prowadzi do miłości lub jakiegoś jej przejawu, na przykład romansu. Wynika to z tego, że, poznając kogoś, nie zawsze chcemy zawiązywać głębszych relacji. Zazwyczaj naszą znajomość ograniczamy do niezbędnego minimum. Kontakty przyjacielskie, koleżeńskie, wreszcie powierzchowne znajomości stanowią nieodłączny element życia każdego z nas. Częstym, jeśli nie podstawowym czynnikiem doboru takiego partnera jest jakieś wspólne zainteresowanie, umiejętność prowadzenia spontanicznej rozmowy na dowolny temat. Umożliwia to przetrwanie i rozwój takiej znajomości. Zatem zazwyczaj związki rodzą się w kręgach osób o podobnych zainteresowaniach, w określonych grupach społecznych, do których wnikając, możemy mieć pewność spotkania ludzi, z którymi łatwo nam będzie zbudować więź. Do tego częstym kryterium jest płeć drugiej osoby, potencjalnego celu naszej znajomości. Przeciętny mężczyzna lepiej się porozumie z mężczyzną, rozmawiając o tematach, dajmy na to, związanych z wojskowością czy nowinkami technicznymi. Z kobietami jest to samo, ale tematy rozmów i zainteresowania są zgoła odmienne. Nie można jednocześnie udowodnić, że związki koleżeńskie lub przyjacielskie zarezerwowane są jedynie dla osób o tej samej płci. Bo nie są. Jednak zawsze w przypadku rozmyślań na ten temat pojawia się sztandarowe "ale". W czym zatem tkwi problem?
Zanim odpowiem na to pytanie, nie omieszkam się nie przytoczyć jeszcze jednego faktu, który przyjacielskie relacje damsko-męskie postawi w trochę gorszej sytuacji. Jeśli uznamy, że miłość fizyczna jest poniekąd ukoronowaniem miłości wyłącznie między kobietą a mężczyzną, "przyjacielskość" zatem i "koleżeńskość" w relacjach między przedstawicielami tej samej płci w stosunku do związków międzypłciowych otrzymują priorytet. Bo jeśli kobiety między sobą nie zawiązują, z różnych pobudek, relacji na poziomie fascynacji erotycznej, naturalnym się staje, że szukają tego spełnienia w relacjach z mężczyznami, i na odwrót. Dlaczego więc teoretycznie kobiety i mężczyźni nie mogą się przyjaźnić?
Załóżmy, że kobieta i mężczyzna znajdują i mają jakieś zainteresowanie, hobby. To się zdarza bardzo często, więc nie można tutaj niczego zarzucić. Do tego, aby taka przyjacielska relacja przetrwała, potrzebna jest zgoda na pewnych płaszczyznach życiowych, wreszcie umiejętność swobodnej wymiany zdań, wzajemne zrozumienie. To także znajduje odzwierciedlenie w relacjach między ludźmi tej samej płci. Zatem gdzie pojawia się problem? Cały problem w utrzymaniu związku na określonym "pułapie" tkwi w fascynacji fizycznością drugiej osoby. Jeśli mężczyzna poznaje kobietę, która go fizycznie nie pociąga, a świetnie się z nią dogaduje, to nie ma logicznych przesłanek do tego, aby wejść w bliższe relacje z tą kobietą, gdzie seks będący nierozłącznym elementem miłości jest wynikiem pociągu seksualnego. I to jeden z powodów, dla którego przyjaźń nie przerodzi się w coś silniejszego. Innym powodem może być wcześniejsze zaangażowanie którejś ze stron w poważny związek, ale ta sprawa nie jest już tak oczywista, bo przecież zdrada to nie coś, co znamy tylko z baśni.
Tym krótkim wywodem starałem się wykazać, że budowanie relacji koleżeńskich i przyjacielskich między kobietą a mężczyzną jest możliwe, ale w wielu wypadkach kończy się większym zaangażowaniem którejś ze stron. A to z kolei skutkuje popsuciem takiego związku. Czy można jakoś temu przeciwdziałać? Myślę, że tak. To konieczność wprowadzenia ograniczeń w kontaktach z osobami, które potencjalnie mogłyby być dla nas kimś więcej lub, jeśli widzimy większe zaangażowanie z drugiej strony, powinniśmy ustalić granice. Po co bowiem tracić dobre relacje z kimś, kogo lubimy? Inna kwestia to umiejętność sterowania umysłem naszymi uczuciami; ale co do tej metody - nie jestem do końca przekonany o jej skuteczności.

Obchodząc prawdę

Czy aby klęski czasu nie wyznacza to poddaństwo,
przed którym tak skrzętnie broniłem się miesiącami?
A szedłem w zaparte, odrzucając pogróżki,
gdy pięściami wygrażano mi przed nosem.

Ten punkt,
w którym pewność przestaje coś znaczyć,
a rozum zamiera w okowach serca,
jest do obejścia.

Potęga umysłu.
Nie może upaść ot tak, pod ostrzałem prawdy.

niedziela, 22 stycznia 2012

KR

Jako niemowlak wstąpiłem do tej
krainy radości
malowanej na jasne kolory
wśród zawsze uśmiechniętych rówieśników
i matek afiszujących o nieskazitelnych
czystych jak bielutkie szaty
pociechach

Zawsze zadowoleni
kierownicy
czerwonymi twarzami obwieszczali o przyjściu i szczęściu
a służebnice
im wtórowały
niektóre aż nazbyt
klaskały przy tym w dłonie

Elegancko przystrzyżony
z wybielonymi pannami po bokach
i z uśmiechem spoglądającym w obiektyw
wyraziłem chęć
jak inni
jak ci, których oglądać dziś mogę w policyjnych kartotekach
no cóż
niektórym się nie udało

Nie udało się też i następnym
którzy z cudzą ręką na ramieniu
przysięgali
za to mężnie się oddalili
zamiast wyznawać

Wrosłem głęboko w nieżyzny grunt
pośród kamieni i zagłuszających cierni
a kraina radości
zaczęła przybierać formę
robaczywą
jak pewne niesławne jabłko

Zarobaczyło się
pozostały tylko fundamenty
a budynek przegnił do ostatniej drzazgi
drzewa niegdyś wyniesionego na górę

Pora zeskoczyć
upewnić się, że coś pozostało pod skałą
niech ci, co łowią, nie przerywają swej pracy
ja obejdę jezioro naokoło

sobota, 21 stycznia 2012

Do normalności

Unormowaliśmy
teraz jestem pewien sukcesu
sprawy

lataliśmy obłąkani jak ptak schwytany do klatki
obijaliśmy się jak pijany o framugę
czasami ze szczęścia
czasami z rozpaczy

czasami można zbiec z górki i nie patrzeć pod nogi
dziś czuję znów twardy grunt
chyba dobiegłem do końca polany

choć zapach minionego lasu pozostał
i wspomnienie czasów
nie tak silne, nie tak
odurzające
zwalające z nóg
raczej delikatne
- nie powoduje uzależnień

to taka kolej
rzeczy
transdoświadczalna
nawet bardziej umowna

coś jak umówić się, że nikt dzisiaj nie sprząta
niech przyschnie
samo się skruszy

Mediacja

Świadomy praw i obowiązków
nie jestem jedyny, który wątpi
że dwa kraje rozprute niecnoty prawością
zawiążą znów stosunki
dyplomatyczne

Nie ujmując im stanowczości
i ton papierów dyplomatycznych kopii
nakazów i broszur
śmiem prawić komplementy w innej formie
niż te zbliżone do konwencji genewskich

Niech się upiją swoją wolnością
jak za dobrych czasów
polska szlachta
zadumana nad samotnymi sukcesami Kisiela

Kiedyś może znów powstaną
by krzepić swoich ościennych kompanów
relacją zbliżoną do przyjacielskiej
może trochę powyżej tego pułapu niekochania

A tymczasem niech minie jeszcze dekada
nieprzespanych nocy
nieokreślonych godzin
i wyolbrzymionych słów
lepiących się do ust i słodkich
jak kawałki waty cukrowej
na festynie

Może świat znowu powita dwa niezwaśnione narody
niebędące w przyjacielskich stosunkach
połączone unią personalną
gdzieś na wysokości kolan

Pseudosłabość, czyli mentalność katolika

Wiele razy spotykałem się teorią, która miałaby wytłumaczyć skłonność ludzi do pokus albo, jak to wygląda w przypadku wyznawców chrześcijaństwa, do grzechu. Niejednokrotnie mówiono wtedy o tak zwanej ludzkiej "słabości". Często księża na kazaniach czy podczas spowiedzi przypominają o naszej naturze, o tym że my, ludzie, jesteśmy słabi, przez co ulegamy grzechom. Ostatnimi czasy analizowałem nie tylko swoją naturę, ale i zachowanie znajomych, ludzi, których kiedyś spotkałem, i doszedłem do wniosku, że ta nasza "słabość" to tak naprawdę pseudoułomność, którą chcielibyśmy wszystko usprawiedliwić.
Dla zobrazowania sytuacji przedstawię przykład. Jeśli trzymać się konwencji nauczania Kościoła Katolickiego, to grzech jest "świadomym i dobrowolnym przekroczeniem przykazań". Już nie wnikam, jakich przykazań. Zatem istnieją jakieś przykazania, czyli nakazy, procedury, których należy przestrzegać, aby nie grzeszyć. Jeśli świadomie lub dobrowolnie, to znaczy z premedytacją i wyrażając chęć, dokonam czegoś, co kłóci się z tymi przykazaniami, grzeszę. No dobrze. To czy istnieje coś takiego, jak wykroczenie przez przypadek? Według nauczania Kościoła, jeśli zrobię coś nieświadomie i niedobrowolnie, na przykład gdy ktoś mnie do czegoś zmusi, nie grzeszę - względem prawa jestem uczciwy. A żeby zrobić coś nieświadomie, należałoby się albo odurzyć, albo być niepoczytalnym umysłowo. Przypadek choroby odrzucam, bo to osobna kategoria i nie zależy od nas samych. Załóżmy zatem, że ktoś się upije i zrobi coś, o czym nie pamięta, ale jest to "grzech". Pijąc alkohol, dokonał wyborów. Mógł nie pić, wiedząc, że nic złego się stać nie może, bo stale czuwa nad swoimi emocjami i zachowaniami, ale mógł też pić, mając przecież świadomość, co się dzieje podczas odurzenia alkoholem. Zawsze jest wybór. Zatem, idąc dalej tym tokiem myślenia, jeśli ktoś decyduje się na coś, co może wpłynąć na utratę świadomości, a w konsekwencji do "nieświadomego" przekroczenia tych przykazań, grzeszy tak naprawdę świadomie, zasłaniając się później "utratą świadomości".
Słabość. Każdy człowiek ma jakąś słabość. Tak to sobie tłumaczymy, bo to wygodne. Ale wystarczy chwilę się zastanowić, przypomnieć sobie swoje "przewinienia" i słabość, z której wywodzą się nasze moralne niepowodzenia, to po prostu chęć do grzechu. A słabość to brak jakiejś umiejętności, brak siły - tutaj byłby to brak siły do wali z grzechem. Ale to, że grzeszymy nie wynika z tego, że nie umiemy nie grzeszyć, ale z tego, że grzeszyć chcemy. Bo zawsze mamy wybór. A wybór grzechu jest łatwiejszy, przyjemniejszy, więc często lepszy. Posiadamy rozum, którym możemy sterować swoimi emocjami. To czynnik, który wpływa na nasze poczynania. I równie dobrze możemy wybierać życie w zgodzie z przykazaniami, tak, jak wybieramy grzech. Ale nie robimy tego, bo nam się nie chce, bo wolimy grzeszyć. Zatem gdy ktoś twierdzi, już nie wnikam, czy jest to ksiądz czy ktoś inny, że jesteśmy grzeszni, bo jesteśmy słabi, to nie mówi prawdy - jesteśmy grzeszni, bo nie wykazujemy chęci bycia dobrymi.
Jeśli mam mówić, że wierzę w Boga, że jestem katolikiem, i jednocześnie grzeszyć, zasłaniając się słabością natury ludzkiej, to wolę milczeć. Bo żadną trudnością jest być hipokrytą, wybierać sobie wartości, które akurat w danej chwili nam pasują, które są wygodniejsze. Nie jesteśmy słabi - kiedy nie chcemy, to nie grzeszymy, umiemy mądrze wybierać. Sęk w tym, że zbyt często w pełni świadomi wybieramy grzech.
Ktoś kiedyś powiedział, że "życie to ciągłe dokonywanie wyborów". I miał rację. Nie jesteśmy słabi - my tę słabość wybieramy.

środa, 18 stycznia 2012

Cały ja

Brakuje mi zarodka krystalizacji
w przejściu z niebytu do istnienia
brakuje mi iskry z roziskrzonego ogniska
niestandardowych wizji
brakuje mi jednostki spajającej
brakuje formy i wypełnienia
brakuje wiary
brakuje zwątpienia
brakuje humoru
i podłego nastroju
brakuje marzeń
i racjonalności
brakuje powagi
brakuje zabawy
brakuje śmiałości
brakuje podrzędności
brakuje kobiet
i pełnego barku
i forsy też brakuje

dobrze, że ja jestem cały

Szkoda

Możesz wziąć zamach
kamieniem
na moje życie

to nic nie kosztuje

jeśli myślisz, że lepiej wiesz
ode mnie
co mi chodzi po głowie

Możesz
bo samego siebie
zniszczyć nie umiałem
więc czekam na dłoń pomocnie oddaną
by wskazała palcem
i wybrała mnie
na ukamienowanie

Bo przecież to nic nie kosztuje
tak odważnie deptać komuś po palcach
i uważnie śledzić każde jego potknięcie

Widać
nie żyje się dla siebie

Szkoda

piątek, 13 stycznia 2012

Perła

Którą to perły toń złotawą sączę
nie wiem

Zimna z zewnątrz
a w środku chłodniejsza
niż zimowe dni w Kirgistanie
albo na przełęczy
pewnie gdzieś bliżej
O, na wyciągnięcie ręki

Zwilża język
lekko drażni podniebienie
swoją nieregularną strukturą
łaskocze
jakby zza Wisły
Tak, teraz czuję wyraźniej

Perła utulona w miękkich dłoniach kobiecych
przeniknięta wonią niestrudzonej pielgrzymki
do źródła lekkości
orzeźwienia
spokoju
błogiego spokoju

Wreszcie moja perła
perła tej chwili
której nie określę
ja
daleko odsunięty poza kanon obumarłej granicy
niezniszczalnej
niewzruszonej
nudnej

ja
w perłowej krainie zanurzony po uszy

wtorek, 10 stycznia 2012

Kolorowanki na słupach

Atakują nas kolorowankami na słupach
z prawej
z lewej
od góry (od dołu rzadziej)
naniesione miotełką z klejem
wyniesione do rangi monstrancji na Boże Ciało
a może nawet wyżej

jakiś pan z piwem w dłoni
(zapewne bezalkoholowym)
jakaś młoda dama w samej bieliźnie
(zapomnieli domalować lewej ręki)
jakiś chory
(litościwie spoglądający)
wszyscy ustawieni w kolejności malejących zysków
na trasie północ-południe
przy obwodnicy
na podwórku
i ceglanej mogile

Las betonowych słupów z koronami jak tarcze
rzuca na nas cień
nieuczciwej współpracy
biedy i strachu

A my zapominamy o kolorze zakrytego nieba

Filtr

Przefiltrować
i odcedzić
tylko istotę sprawy
wyłowić i ustanowić nadrzędną

A wszystko inne może zostać gdzieś na drugim brzegu
nieuchwytne

Wypunktować
i opisać
zalety
kolor oczu
włosy
pracowitość
wymienić
wady
brak intencji
zła wola
nieszczere ambicje

Wyidealizowany obraz jakże pięknie się prezentuje
w ramie
naszych nieidealnych percepcji

Zamiast utrwalić kolory
zaczynamy prześwietlać papier
a barwy łączymy w spłowiałą czerń
bieląc dokoła zaciszne niedoskonałości

To pewnie złe oczy
naszego sumienia
i głupiej pożądliwości
i niewłaściwe światło
zawiniły

Filtr nie zadziałał

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Święconka

Bylebym się mylił
że coś się święci
jak jajo na Wielkanoc
jak kadzidło
poleciały nieraz jakieś zgubione myśli
do nieba
i tam spotkały się z aplauzem świętych

A było to dobre
więc stało się
słowo ciałem
albo raczej czyn

To była tylko mowa
silnie zależna
od nastroju
i od opinii biegłych

To było tylko działanie
podyktowane środowiskiem lekko kwaśnym
i hormonalnym koktajlem
o stężeniu jedenastu procent

A jeśli wzgórze kojarzone z pięknem
Golgotą młodości się staje
a na nim krzyż
z wyciągniętych rąk
wcześniej tak silnie złączonych

A może znowu podniosę rękę
w geście zwycięstwa
i judaszowym głosem powiem
że znowu się udało

Butelka

Jakże rzadko trzeźwi jesteśmy
Za to ciągle uwikłani
w sieci
transportu
komunikacji
internetowej
pajęczyny niezrozumienia

i prześcigamy się
w pomysłach
byle uniknąć zbutwienia
a nogi wciąż same
pozbawione gumowej podeszwy
już nas nie poniosą

Jakże dziś rzadko musimy wybierać
bo wszystko na tacy
przyprawione według schematu
i formularzy wypełnianych na kolanie

zaniknęła sama idea
sami nie umiemy już wybierać
ani przedstawić się należycie
też nie

została nam ostatnia butelka
to ostatni akord życia
w nietrzeźwości
w ogóle

Modlitwa

O młode dłonie.
Miękką skórę.
Delikatne usta.
Jędrne ciało.
Wilgotne wargi.
Kobiece.
Niech ich nigdy nie brakuje.
Amen.

niedziela, 8 stycznia 2012

Czasami

Czasami chciałbym zamknąć szczelnie moje oczy.
Tak, żeby nie pojawił się w nich żaden obraz.
Tak, żeby nikt niczego w nich nie mógł odczytać.

Czasami chciałbym wyciągnąć rękę i złapać coś.
I mieć to.
I już tego nie puścić.

Czasami chciałbym zasnąć głębokim snem.
Tak, żeby nic mi się nie śniło.
I żeby nic nie mnie obudziło.

Czasami chciałbym być szczęśliwy.
Tak, jak małe dziecko.
I tak jak ono się zaśmiać.

Czasami chciałbym.
Chciałbym.

Czasami chciałbym zamknąć szczelnie moje oczy.
Tak, żeby nie wypłynęła z nich ani jedna łza.

piątek, 6 stycznia 2012

Niepodzielny

Nie podzielę się
Światem
Życiem
Sobą

Gdy tyle głodnych paszcz zwierzęcych czyha
na potknięcie się
na upadek
aż twarz zmiesza się z błotem
i będzie można kąsać do woli
do obrzydzenia
do niestrawności

Nie oddam w niczyje ręce
i w żadne posiadanie
siebie

swojej małej doliny
co zieleni się każdej wiosny
pośród stromych zboczy
ludzkiej pychy
i próżności

to jest mój świat
z daleka oglądany przez pionierów
przez zwiadowców
wysłanych tu z listami polecającymi

ale ja nie otwieram drzwi
a ja tylko zamykam okiennice
gdy wiatr chyli ku ziemi drzewa

mam tu siebie
niepodzielnego
swój świat i swoje życie
równie niepodzielne
jak ja

czwartek, 5 stycznia 2012

Słów kilka

Miłość między ludźmi to fascynacja drugą osobą, to moda, która mija.
Tym, wydawałoby się, dość odważnym stwierdzeniem chciałbym rozpocząć moje krótkie rozważania na temat już wszystkim dobrze znany i nie raz omawiany - na temat miłości.
Często się słyszy, często sami powtarzamy, że miłość jest piękna. Któregoś razu poruszyłem ten temat w rozmowie ze znajomą i nasunęła mi się pewna myśl. Jeśli miłość jest jakimś tworem mniej określonym, bo miłości jako takiej nie da się jednoznacznie opisać i scharakteryzować, ale pięknym, to w myśl tego powinna dostarczać wyłącznie pozytywnych uczuć, miłych wspomnień, radości. Trzeba jednak zauważyć, że miłość jest często powodem do płaczu, cierpienia i smutku. Złamane serca, rozstania, wreszcie śmierć ukochanej osoby nie są na pewno źródłem pozytywnych emocji. Zatem, jeśli coś skutkuje czymś złym, brzydkim, to nawet najbardziej liberalne podejście do kwestii estetyki nie pozwala tego czynnika utożsamiać z pięknem. Dobrze, że miłość to także przyjemności, które dodają jej tego piękna.
I tak doszedłem do drugiego punktu, w którym miłość ograniczymy do przyjemności płynącej z bycia z drugą osobą. Jeśli przebywanie z tym kimś daje nam dużo radości, dzięki wspólnie spędzanym chwilom napełniamy się chęcią do działania, a życie nabiera przysłowiowych kolorów, to takie oblicze miłości jest najbardziej poszukiwane. I tak właśnie miłość powinna wyglądać. A jeśli bliskość z drugą osobą, bliskość fizyczna dostarcza samych pozytywnych wrażeń, to nie powinno się tego czynnika pomijać czy unikać. Jak zatem podchodzić do aspektu fizyczności?
To z pewnością sprawa indywidualna. Nie mógłbym wszystkich związków umieszczać w jednej szufladzie. Mogę natomiast stwierdzić, że kontakt fizyczny jest w każdym związku swego rodzaju apogeum, kumulacją wzbierających emocji i uczuć. Wydaje się więc oczywistym, że ktoś, kto decyduje się na taki krok, gloryfikuje w ten sposób drugą osobę, utwierdza ją w przekonaniu, że na niej jej właśnie zależy.
Idąc dalej tą drogą można dojść do punktu, z którego powrót do statusu guo może być trudny. Dlaczego? Otóż dwoje ludzi może chcieć (na pewno jedna z nich pragnie tego bardziej) ślubować sobie tę rozwijającą się miłość. Tak im na sobie zależy (widocznie obydwoje z pełną premedytacją nie kwestionowali bliskości fizycznej jako czynnika spajającego), że nie wyobrażają sobie dnia bez siebie. Spotykają się więc na ślubnym kobiercu i ślubują sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Bardzo dobrze, że tak robią, nie krytykuję tego. Zastanawiam się tylko nad sensem tego ślubowania. Obrońcy tego obrzędu na pewno stwierdzą, że takie ślubowanie przez Bogiem, w obecności świadków to ugruntowanie miłości i odważne przypieczętowanie chęci wspólnego życia. Świetnie. Ale ja na to spojrzę znowu z drugiej strony. Jeśli jestem przekonany, że kogoś kocham, to po co mam to jeszcze ślubować. Kocham i już. Nie potrzebuję żadnych podpisów, weryfikacji i deklaracji. I tu wyłania się element niepewności. Czy ja naprawdę kocham? A może mi się wydaje? No dobrze, w takim razie, jeśli nie jestem pewny, to zaślubuję i nie będę miał odwrotu. Widać zatem, że ślubowanie miłości nie jest tylko potwierdzeniem, ale może być elementem dopełniającym w pewnym zwątpieniu. Ale czy kocha się prawdziwie, mając wątpliwości?
Nie mają za to wątpliwości ludzie, którzy oddają się drugiemu bez żadnych ślubowań, przyrzeczeń czy deklaracji. Ktoś potrzebuje pomocy - ja mu jej udzielę. Bez zobowiązań, bez seksu, bez zapatrywań na przyszłość. Zrobię to, bo uważam to za słuszne. Z kimś dobrze mi się spędza czas - mogę to robić bez żadnych wyznań miłości. W końcu chęć przebywania z kimś, to jak nadmieniłem na początku, też przejaw tego uczucia. To są właśnie te praktyczne odsłony miłości, które na pewno zbliżają do siebie ludzi - nie trzeba żadnych gestów, kwiatów czy wierszy. To właśnie okazywanie miłości każdemu w postaci dobra i bliskości jest jej największym przejawem.
A gdy chcę z kimś być, to z kimś, kto mnie intryguje, ciekawi zarówno w sferze osobowości, jak i (a nawet przede wszystkim) w sferze fizycznej. Tak działamy wszyscy. Krystyna Janda powiedziała kiedyś w wywiadzie dla "Twojego Stylu", że młodzi ludzie zakochują się w ciele. I nie mogę się z nią nie zgodzić. Osobowość i cechy charakteru są na drugim miejscu. Aby je poznać potrzebujemy czasu, a na początku związku zawsze jest go za mało.
Czy każdy kiedyś znajdzie kogoś, kto będzie odpowiadał mu we wszystkim? Na pewno nie. Mogę natomiast stwierdzić z całą pewnością, że w poszukiwaniu miłości nie można się spieszyć, a znajdzie ją ten, kto nie żałuje jej dla tych, których spotyka na swojej drodze. Nawet, jeśli będzie to tylko nieudana fascynacja drugą osobą.

środa, 4 stycznia 2012

Brak wytłumaczenia

Zatem chciałem przeprosić za brak wytłumaczenia.
Za brak zdania scalającego.
Za brak sensownych słów mówiących o przyczynie.

I tak każdy nie będzie zadowolony.
Zawsze komuś drgnie brew, a kącik ust lekko się poruszy.
I będzie szukał prawdy w tym jednym oknie.
Ale to nie tutaj.

Zawsze nie tutaj zbliżamy się do siebie.
Nie w tym mieście.
Nie w tym czasie.
To jest zły czas na spotkanie.

Musisz przynajmniej uwierzyć.
Tylko wiara nam zostaje.
Tylko odkryć siebie znowu nie umiemy.

I to pewnie przez to nieskładne zdanie.
Gdybym złote głoski ustawił na półce z marmuru, pewnie byłoby w sam raz.
Może innym razem się uda.
Może nie.
Nie będzie innego razu.
Zatem chciałem przeprosić.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Dozorca

Proszę się nie pchać!
Miejsca wystarczy dla wszystkich!
I dla pana także! Tak, do pana mówię, do pana w czerwonym swetrze!

Stoją na światłach, na tym przejściu i się pchają.
Jeden drugiego chce przegonić. Spójrz, jaka babcia wredna...

Proszę pani! Niech się pani nie wyrywa. Miejsca mamy tutaj dość.
Proszę się nie pchać!

Nie wiedzą, że za nimi takie tłumy przyjdą, że ich jeszcze trzy razy zdążą zmienić.
A rwą się jak poparzeni. Co to będzie, gdy się zielone światło zapali.
O, nie trzeba było długo czekać.

Teraz spokojnie! Już niedługa droga. No co pan wyprawia?! Spokojnie!
Pani z lewej, tak, pani z futrze, proszę przejść na drugą stronę! Inni też chcą przejść.

Tych, którym się nie spieszy, nie ma zbyt wielu, ale zawsze ktoś taki się znajdzie. Cały ruch wstrzymuje. A za nimi jeszcze takie tłumy.

Proszę uważać na swoje sektory! Pan w niebieskiej czapce, pan ma miejsce z tyłu, w przedostatnim sektorze.
A pani w popielatym płaszczu, proszę uważać, straszny dziś wiatr, pani ma miejsce w galerii po prawej.

Też się ich uzbierało. Każdy wymyśla, żeby tylko zaoszczędzić. Ale i tych, co chcą się ładnie zaprezentować, bo tak nowocześnie, jest coraz więcej.

Spokój! Pan pójdzie na lewo. A ten pan obok stanie z tymi z prawej. Tam jest dla pana miejsce.
Pani z walizkami! Proszę zostawić te tobołki! Już nie są potrzebne.

Tak, chcą zabrać jak najwięcej. Nic nie wyniosą, nie tym razem. Teraz to oni są najważniejsi. Tylko o nich chodzi. Może w końcu ktoś to zrozumie, ktoś z następnej fali.

Proszę się nie pchać! Proszę stać spokojnie i czekać na swoją kolej!
Tak, do państwa mówię!
Proszę się nie pchać! Miejsca na cmentarzu wystarczy dla wszystkich.

niedziela, 1 stycznia 2012

Nowy rok

Jak można mówić, że rok mamy nowy,
jeśli ciągle się ciągnie ten swój stary majdan.
Zeszłoroczny.
A gdyby tak minąć wszelkie bariery
wyrosłe na gruncie minionego czasu,
tak, wtedy z pewnością
rok będzie nowy.
Ale nie jest.
Więc niech myśliciele
światowej klasy
filozofowie i im podobni
i my, mniej popularni ludzie,
o których nie piszą w gazetach,
odrzucą wierzenia w nowy rok.
Nadal stoimy między wskazówkami zegarków
odliczających
stare sekundy
stare minuty.

I dawne dni chwytają nas blaknącymi kartkami z kalendarza.
Podobno ich nie ma, bo już wyrzucone.
Ale tamte sny pozostały.
I znów obudziliśmy się w tym samym miejscu.
A za oknem znowu pada deszcz.

Nowy rok. Ktoś wymyślił, żeby świętować zmieniające się cyfry w kalendarzu.