piątek, 30 grudnia 2011

Życzenia dla mas

Abyśmy byli pomyleni jak najbardziej
wtedy zatrą się granice normalności
i każdy będzie niezrozumiały
dla siebie
dla innych

aby nienormalność moralności ogarnęła nasze pomylone nierozumy
aby logika zakryła się prześcieradłem nonsensu

teraz złapmy się za ręce
wszyscy jesteśmy tacy sami
wszyscy się nie rozumiemy

abyśmy byli
i sobą
i młodzi wciąż
w gnuśniejącym świecie
starych
niedorzeczności
planów
zasad

abyśmy nie ukrywali naszych oczu
myśli
ciał

Abyśmy byli pomyleni
od nocy do świtu
i od wtorku do poniedziałku też
mówili od razu
co chcemy powiedzieć

aby nic nie było takim
jakim się wydaje
coraz mniej

i obym się nie pomylił
tego nam życzę

I nie dzieje się nic

A mówili, że jeśli się zdejmie krzyżyk, to coś się stanie.
I co. Nic się nie dzieje.
Zegarek tyka tak samo.
Nawet słońce wyjrzało zza chmur.
O, i herbata lepiej smakuje.

Zobacz, co się kryje pod tym skrawkiem materiału.
Lub raczej koronki.
Widzisz, jak może być przyjemnie.
Odsłoń też kawałek uda.
O, tak Ci znacznie ładniej.

Ten medalik też lepiej zdejmij.
Nie chcę, żeby ta panienka tak na mnie patrzyła.
Jedna para przestraszonych oczu wystarczy.

A mówili, że nie żyjemy dla przyjemności.
Zasłaniali się wiarą. W Boga.
I teraz ich nie ma.
To ja już wolę zamknąć oczy. Lub zdjąć ten krzyżyk.
Tak jest znacznie przyjemniej.

Do niej

Połóżmy się tak, jak zwykle.
Obok siebie.
I zacznij gładzić moją głowę swoją wilgotną dłonią.
A ja się utopię. W okolicach Twojego ucha.
Gdzieś między Twoimi włosami. W Twoim zapachu.

I zacznę szeptać.
A słowa w uderzeniach powietrza stracą znaczenie.
I ważny będzie tylko ten podmuch i ciepło.
Na skórze.

Poczujmy się piękni. Bez szpecących ubrań.
Sami w swej skórze. Sami w sobie.
Oboje doskonali.
Na ten jeden moment.
Połóżmy się tak, jak zwykle.
Obok siebie.

O człowieku

Jestem idealnie człowieczy
przesiąknięty człowieczeństwem do szpiku
mogę skakać
i mogę biegać
gdy mi się podoba
mogę leżeć i spać
a gdy mam na coś ochotę
to robię to
bo to takie ludzkie
robić coś na co się ma ochotę
a jeśli nie
to przestanę
i będę patrzył ma moje ludzkie ciało
i będę się nim chełpił
i sobą się będę raczył
sobą
idealnie człowieczym
do szpiku przesiąkniętym

bo jestem człowiekiem
i mogę
to moja dewiza
moja ludzka
w ludzkim sercu tak zwierzęcym mięśniem wytatuowana
i na poczet kolejnych ludzkich potomków skryta

tak
być człowiekiem
to duża odpowiedzialność
trzeba uważać
żeby nie zapomnieć o swoim człowieczeństwie

czwartek, 29 grudnia 2011

Na Szajnochy

Nie tak dawno staliśmy pod biblioteką
i wygląda na to
że zaczarowałaś
przeczytanym Puszkinem
jego wizją

a wtedy niczego nie sugerowałaś
i pewnie właśnie tym brakiem
zaczarowałaś

nie żebym teraz pluł sobie w brodę
bo nie znam dalszej części
ale to trochę nieuczciwe
tak przepowiedzieć komuś
jego młodość

to o starość też poproszę
może nie Puszkina
coś weselszego
mniej zawiłego
o tak
prosta historia z zakończeniem

coś wymyślisz
a ja się zapytam
pod biblioteką

Trochę prawdy

Może czas biurokracji nadszedł
na związki
i rzucił swój papierowy cień
a atramentem wymusza słowa
i przestają mieć znaczenie

puste frazesy wypełniają powietrze
między ustami
coraz mniej chętnymi do rozmów

lepiej przyniosę kartkę
i wszystko tu spiszemy
żeby nie było niedomówień

to ona jednak podziękuje
tak jak i ja dziękuję
za wspólnie zjedzony obiad
w milczeniu

i ja tej kartki potrzebuję
gdy razem z kwiatami
rzucam słowa pod jej nogi
może bym się podpisał
i może bym nie zapomniał

a ona uparcie wierzy w uczciwość
albo sama nie wie
czego chce

widocznie wszystkim się przyda
trochę biurokracji
lub raczej prawdy

środa, 28 grudnia 2011

Rozmowa na koniec roku

Doszliśmy zatem do wniosku
że się zmieniliśmy
i nie byłoby w tym niczego dziwnego
naprawdę

poza małym fragmentem
wycinanki
układanki starej jak świat
jesteśmy tacy sami
prócz pary drobnych zmarszczek
i siwego włosa

nadal patrzysz na mnie
z założonymi rękoma
a ja się uśmiecham
jak wówczas
gdy nie wiedziałem
co powiedzieć

jesteśmy tacy sami
wciąż ten sam akord przygrywa nam do tańca
choć nigdy nie umieliśmy tańczyć
widzisz
nadal nie umiemy

nic się nie zmieniło
w nas
choć bardzo tego pragnęliśmy
jesteśmy nadal
tacy sami

Do dawnej znajomej

Coś Ci powiem
bo nie wiem
na jakim etapie się zatrzymałaś
nie zapytam

coś o mnie wiesz
długo się nie widzieliśmy
więc wciąż za mało

masz ten swój świat
zasad
zakazów
(bardziej niż nakazów)
i omijania
tego
czego ja omijać nie chcę

długo się nie widzieliśmy
ale wiem o Tobie nie mniej
wcale nie mniej
niż przed miesiącem
albo przed rokiem

a Ty o mnie nie wiesz nic
bo wciąż za mało
i ciągle ubierasz mnie w ten sweter z podstawówki
bo mi w nim do twarzy
i taki wyprasowany
a koszula wykrochmalona
jak za starych lat

nie widzisz tylko zmienionej sylwetki
a głos jest ciągle wysoki
i znowu śpiewamy
razem

zatrzymałaś się z moim obrazem już dawno
a ja uciekłem
bardzo daleko

wtorek, 27 grudnia 2011

Do A.

trasa na Strzelin
piątkowe popołudnie
Fogg

powiedziałaś o różnicach
wprowadziłaś niepewność

niemożliwe
nie wiem
do tej pory

czy to się działo
czy tak właśnie było
czy wiedziałaś
o tym
co zaprzątało mi myśli

a jeśli to nieważne
tylko wtrącone zdanie

czy to było kochanie
teraz
nie wiem

ale zdanie pozostało
gdzieś przed przejazdem kolejowym
w trasie na Strzelin

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Historia

to zdarzenia
to życie
chwytane tak rozpaczliwie
a może nie zawsze

byle wrócić
żeby przeżyć jeszcze raz
albo uniknąć

to była historia
i jest tylko pozostałość
ślad na skórze
kamyk w szufladzie
zdjęcie

jakaś łza
niespieszna
bo po co się spieszyć
nikt już niczego nie zabierze
nie dziś

wczoraj zabraliśmy
sami
z naszą historią

Dla M.

Nie mam zwyczaju pisać
pod wpływem
kogoś

Gdyby tak teraz każdy chciał
coś
na swój temat
albo na święta

to już prędzej
napiszę dla M.

Miałaś rację
co do świętego spokoju
na święta

pomyślałem o sobie
tylko
starałem się nie myśleć
o innych
i wyszło na to
że na te święta
nie zapomniałem

a mógłbym tak przecież
zupełnie świadomie
bez skarg i zażaleń
zapomnieć

to by się nam przydało
nie tylko na święta

Miałaś rację
już lepiej
pooglądam sobie Malbork
mój Malbork
dla świętego spokoju

sobota, 24 grudnia 2011

Spokój

Mógłbym tak leżeć
z wyciągniętymi rękami
cały czas
próbować złapać coś
nieuchwytnego
Bo mi jest wygodnie
a gdybym się zmęczył
O, proszę
ręce opuszczę
i już

Wielka rzecz
łapać coś nieuchwytnego
gonić za czymś
co wciąż o krok przed nami
a dalibyśmy sobie spokój
tak spokój
który jest
gdy leżymy
z wyciągniętymi rękami
bo zawsze możemy je opuścić
a później po prostu zamknąć oczy.

piątek, 23 grudnia 2011

Czarna sukienka

Naznaczoną koronkami
i delikatnym jedwabiem
powoli zsuwałem z jej ramion pachnących
gorącem
niesiony
i pocałunkami
tę czarną sukienkę

dotknąłem szyi
szlachetnie smukłej
miękko
niewieście
przejrzystej

symbol jej skryty
między łopatkami
pieszczotliwie gładzić zacząłem

i w bladym świetle
księżycosrebrnym
ujrzałem jej oczy
lśniące niewinnością
płonące uczuciem
pożądaniem tchnące

do ust się zbliżyłem
do warg tej wilgoci
a dłoń w jej włosach zamknąłem
i trwałem tak

aż czerń sukienki
wraz z ciemnością nocy
rankiem blaknąć zaczęła

i obraz ten cudny
sennie wyśniony
ustąpił dziennej szarzyźnie

Równowaga

Daj mi
Panie
dwa buty
żeby pasowały

do pary
daj zawiązać
zbrudzone uczucie

te wytarte sznurówki
nie wiem
czy się dadzą
zawiązać na nowo
gdy już dość splątane

Pozwól mi
chociaż ominąć wertepy
kamienie
i przydrożne płoty

cóż
że dziś się kurzy
albo mdłe kałuże
stopionego śniegu
moje nogi znaczą

te pęcherze nabrzmiały
listopadem
w biegu
pod wspólnie niesionym sztandarem

niewiedzy
niepewności
obtarć
ran
i stłuczeń

Teraz
Panie
niech ich będzie
jak najmniej

wtorek, 20 grudnia 2011

Niezasłane

Nie ścielę łóżka
i kładę się tak
jak jestem
nieprzygotowany
do snu
do samotnego spaceru

nie rozkładam oparcia
nie wyjmuję pierzyny
kładę się sam
obok
siebie
i zasypiam

w popiele
zmartwień
kłamstw
i dobrodziejstw
dobrych myśli
i obelg

strzepnę rano ten kurz
z siwiejącej czupryny
kiedy znów się obudzę
bez nadziei
i planów

a na razie zamilknę
w ciepłym kocu
z gwiazdami
i przywołam ją

echem nocy

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Fraszka na flaszkę

Stoi biedna na szafce, okrywa się kurzem.
Ja ją dziś uwolnię, jam się dziś rozchmurzę!
Widzę przecie jak co dzień szkłem białym przechodzi,
a jak stoi za długo, to później zaszkodzi.
Niedługie rozważania czynię tu w tym względzie,
choć niektórzy prawią, żem uwikłan w błędzie.
Lecz ta flaszka mała, zimna w swej postaci,
na chwilę da zapomnieć, żeśmy niebogaci.
Więc podnieś ją chyżo drogi przyjacielu,
wypij za mnie, za siebie, za kompanów wielu!

Na ironię

O, ironio
trzeba było kiedyś
tę ścianę
między nami stworzyć
a gdzie tu
tak teraz
na siłę się tłoczyć

niedziela, 18 grudnia 2011

Zagubieni

Oka nie zmrużyłem
jeśli mam tu pisać
prawdę
której momentami
trochę nam zabrakło

i dlatego każdy Twój ruch
na niepościeli
widziałem
gdy byłaś skulona
gdy na wznak leżałaś

a przecież
nic się nie zmieniło
wciąż te same ciała
nasze dusze zgubione
jak mgła otaczały
i to samo ciepło
z naszych zimnych dłoni
mogłoby nas rozgrzać

lecz się zgubiliśmy
i tak błądząc
sami
chcieliśmy oszukać
Dawcę
losu
szansy łaskawie nam danej

chcieliśmy zbyt łatwo
a może zbyt szybko
może dobre słowa
z naszych
z moich
ust nie padły

I gdy teraz stoję
jakby na uboczu
widzę nasze miny
i oczekiwania

widzę wreszcie siebie
bez woli
bez zasad
i chcącego kochać
z ominięciem Prawa

Chcieliśmy wierzyć
lecz zabrakło wiary
gdy chciałem Cię dotknąć
nie miałem odwagi

przyszła noc bezgłośna
zamknęła nam usta
zamknęła nam dłonie
otworzyła oczy

sobota, 17 grudnia 2011

Ironia II

przeklęta
losu
przeznaczenia

ironia
scalająca
ironia
dzieląca

zwodnicza
panuje nad każdym krokiem
w przyszłość
pełną
ironii
i mieszanką smaków

żongluje
gorącem
i zimnem
serca

wreszcie
ironia
nieprzewidywalna

nie róbmy nic
może nas nie dotknie

Choinka

Ładna jest ta choinka.
Przyznaję od razu.
A mówiono o niej od dłuższego czasu.
Że miała się pojawić.
Kiedy? Nikt tego nie wiedział.
Szeptali. Zapowiadali.
Aż w końcu się stało.
Pewnego dnia zjawiła się wieczorną porą.
I od razu opromieniła tych, którzy ją przywołali.
Blaskiem.
Ozdobnością.
Zapachem.
Słodyczą.
Mówili o niej
urodziwa i niezwykła.
Jaśniejąca w ciemnym korytarzu.

I mijali ją ci, którzy ją ubrali.
I zastanawiali się
kiedy opadną igły
kłujące
ostre jak ciernie
kaleczące.
I mijali ją inni
i pytali
czy to już.

Ktoś kiedyś zjadł z niej wszystkie cukierki.
I już nie była słodka.
Ktoś potrącił i stłukł bombkę.
I już nie zachwycała ozdobami.
Z czasem pochowano do kartonów
lampki
łańcuchy
zawieszki.
Z czasem przestała pachnieć.
A igły pozostały.

Ładna była ta choinka.
Teraz tylko tyle mogę powiedzieć.

wtorek, 13 grudnia 2011

trochę więcej serca

Owszem
wstał dziś wcześniej niż zwykle
zbudzony głośnym dźwiękiem radia
ale nie ścielił łóżka

wyszedł także wcześniej
zadowolony
z uporządkowanego poranka
ale nie wziął kluczy

i to pióro nieszczęsne
tak oddane sprawie
połamał gdzieś
i nie wie gdzie

poplątał
zawieruszył
wykradł się spoza ram
i już nie wie
ile zostało w nim tego
poukładanego

on wie
jeszcze się w sobie pozbiera
a na razie użyje
trochę więcej serca

to tak na przyszłość
bo teraz idzie spać

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Jedna mała rzecz

To może być nieco kłopotliwe
to szukanie się po kątach
twierdzy
otoczonej murem
z ciał
i spojrzeń
ludzkich
kobiecych
wątłych
paraliżujących
bliskich

To może być nawet motywujące
to czekanie
na gest ręki
na spojrzenie
na słowo
którego się wzbraniam

To może być jedna mała rzecz

zaczekam

sobota, 10 grudnia 2011

Poranek

Mógłby usiąść i napisać
mógłby
gdyby chciał

ale on woli spoglądać w błękit oceanu
patrzeć
jak za dnia
mienią się barwy
jej oczu

Teraz błądzi po kopalni szmaragdów
schyla się po szkliste akwamaryny
i na nowo
układa
jej portret

poranny
słoneczny
jasny

na chwilę
przed
jej przebudzeniem

kąciki ust lekko się chylą
oddech powoli przyspiesza
i szlachetne barwy
od nowa
malują
jej oblicze

Mógłby o niej napisać
właśnie teraz
ale on woli patrzeć

czwartek, 8 grudnia 2011

Niewyraźnie

Znowu stanął przy oknie i się uśmiechnął
Choć za oknem jest mgła
i wszystko się rozmyło
a tamto światło w oddali
(w nocy niedające spać)
mieni się delikatnym blaskiem

Znowu się skrył za niewyraźną miną
której nikt nie może rozszyfrować
i on sam tego zrobić też nie potrafi

Myśli o Niej
Chciałby ją chwycić za rękę
i dokądś pobiec
ale ona jest wciąż za daleko

Pewnie się wkrótce zmieni
więc znowu się uśmiecha niepewnie
i patrzy przez okno
na niewyraźne kontury mijającej chwili

sobota, 3 grudnia 2011

Nie tylko ciało

Szukam przełącznika
pod miękkością Twej skóry

Szukam przełącznika
w ust Twoich wilgoci
w ciepłej dłoni
w Twym boku
za uchem
na skroni

wyczuwam go palcami
delikatnie muskam
głaszczę powolutku
pieszczę czule
słodko

a Twe ciało gorące
piekłem rozżarzone
napięte
sprężyste
pachnące tak pięknie
subtelnie w rosy warstewkę się tuli
i pragnie być kochane

więc je
kocham
tkliwie

piątek, 2 grudnia 2011

Tętent

Z góry, w dolinę ku płaskim przestrzeniom
z lesistych pagórków ku łąk nadrzecznych skraje
nieustannie się ciągnie i bić nie przestaje
tętent dzikich zwierząt

Dokąd zmierzają, nie mnie pytać o to
dokąd biegną co sił w ich zbolałych nogach
nie wiem, lecz choć to mnie nurtuje stale
nie chcę wiedzieć

Czasami rwę się z nimi, kiedy mnie mijają
biegnę po łąkach ku równiny szlakom
odmierzając kolejne kroków mnogie liczby
aż stanę w mym kręgu

Kręgu znanych ludzi, nie mam ich zbyt wielu
lecz w zimnych miejskich murach
nie potrzebuję ich na pęczki
codziennie wyliczać

Razem się gnieździmy zatem w twardej skale
oddychamy tym samym powietrzem wilgotnym
co przez otwarte okna napływa znad wody
czas odliczającej

Wiatr przynosi zimny zza budynku rogu
powiew, wraz z nim dzień kończącą porę
rozbiegamy się wtedy jak spłoszone stado
ku lichej wolności

I tętent zamiera, szum przejmuje władzę
nad crescendem myśli, słów i głośnych krzyków
by po chwili zamilknąć w słodkiej chmurze pary
z naszych miękkich ust

Otaczają nas ludzkich spojrzeń natarczywe chmary
nawet już dziś martwe walka i zwycięstwo
spoza bezwodnej kurtyny niepewne rzucają
na nas okiem

Niewzruszeni tak trawmy w wędrówce na przełaj
unisonem własnych oddechów niesieni
aż z żelaznych szlaków rdzawy pył wzniesiony
wzrok nasz przysłoni nam cały

I tak sam zostanę na zimnym marmurze
Twe ostatnie słowo odbije się echem
tętent twardej stali urwie się gdzieś w dali

Jestem sam, lecz czekam