To był październik, roku pańskiego 2007. Wykład z biologii na biotechnologii. Kolega uznał ten utwór za zbyt czytelny, ale to był debiut. Ten utwór i dwa następne dotyczyły zajścia z pewną, bardziej lub mniej Wam znaną postacią, która zasiała niepokój w moim nudnym życiu.
Wiersz pod tytułem Powstając.
Wiersz pod tytułem Powstając.
Dzień, się zdawało, nie istniał.
Bo wschody słońca niewidoczne,
zakryte za zasłoną cienia,
nie rozświetlały tej doliny,
mrocznej krainy mego życia.
To noc, myślałem, nie odchodzi,
miejsca jasności nie daruje,
blask księżycowy, chociaż lichy,
przegonił Heliosa rydwan.
A ja, tak zgarbiony, złamany,
skrzywiony, przez los stargany,
błądziłem w tej pustce,
w tej wielkiej nicości,
do cna przepełnionej niewiedzą.
To wiatr, płakałem, rzucił na ziemię
kolana i cały mój szkielet,
silnym podmuchem zachwiał
i strącił mnie ze szlaku w przepaść.
Gdy piasku smak w ustach piekielnie już palił,
a łzy napojem się stały,
upadłem na plecy, na kości zbielałe,
wzrok swój kierując ku górze.
To epitafium, sen zły mnie nużył,
nakryło me zwłoki całunem,
to requiem żałosne nuty
zagrało nad trupem,
co sam wstać nie może.
Lecz dłoń Morfeusza mnie nie porwała,
nie Hades uczynił mnie sługą.
Ambrozja, co siły na powrót mi dała,
i nektar, co zmiażdżył pragnienie,
nie słudzy Olimpu przynieśli.
A ognień, co drogę rozświetlił na nowo,
nie prometejskim był darem.
To ręka twa cudna, dłoń Twoja silna
uniosły mnie znowu w przestworza.
To oddech Twój ciepły napełnił powietrzem
i sercu pracować rozkazał.
To głos Twój najsłodszy
pozbawił goryczy mojego marnego żywota.
To blask Twego oblicza jasnego
mgłę na równinach rozpędził.
A ciało odtworzył, zbudował
od podstaw z prochów dawnego istnienia.
Poczułem wnet siłę, me członki odżyły,
chłód wnętrza rozgrzał Twój żar,
i tak odrodzony pochłonąłem ducha,
którym Ty mnie napełniłaś.
Dzień, już wiedziałem, zwyciężył nad cieniem.
Jutrzenka znów zajaśniała,
bo światło Twych oczu ten dzień zbudziło,
dzień, co końcem był mroku.