Krótki wpis po długiej nieobecności. Owszem, bywały nieobecności dłuższe, ale z tej nie jestem zadowolony tym bardziej, że koniec czerwca i początek lipca obfitował w różnego rodzaju wpisy, a później wszystko ucichło. Ucichły wszelkie głosy wewnętrzne, a chęci na stworzenie czegoś choćby najmniejszego i najlichszego odpłynęły wraz z nastaniem tej twórczej ciszy.
Nie chciałbym zagłębiać się w wydarzenia, których uczestnikiem byłem podczas wakacyjnych eskapad i przygód - nie to bowiem spędza mi sen z powiek. I choć można się złapać za głowę i powiedzieć: "No nie, znowu to samo!", ten post dotyczyć będzie poszukiwania tego, co jest istotą mojej egzystencji na Ziemi.
O ile na przełomie maja i czerwca byłem w zasadzie pewny co do kroków, które powinienem podjąć, o tyle kwestia ta miesiąc później nie wyglądała tak jasno. Niektóre sprawy się skomplikowały, inne za to same rozwiązały. Ludzka życzliwość i głupota szły ramię w ramię i pokazywały rzeczywistość w innych barwach, niż sam sobie wcześniej nasz świat wyobrażałem. Otworzyłem oczy i zacząłem dostrzegać to, co wcześniej było ukryte za zasłoną obłudy i nieszczerości. Wraz z obudzeniem się przyszło zwątpienie w człowieka. Wraz ze zwątpieniem - gniew. Gniew pociągnął za kolejny sznurek - pojawiła się rozpacz, a z nią - pustka. Po raz kolejny nie ruszyłem się z miejsca i czułem, że w bezcelowości osuwam się po stromej skarpie ku czeluściom. Nie wiedziałem, co mnie czeka. Nie miałem pojęcia, skąd wypatrywać ratunku. A może wcale na niego nie liczyłem? W całej tej życiowej zawierusze i piętrzących się warstwach kurzu opadającego leniwie, lecz pewnie, na moje spróchniałe drogowskazy, pogubiłem się i nie wiedziałem, dokąd się skierować. Teraz, gdy patrzę z perspektywy czasu, nie wiem, na co liczyłem. Może na to, że ktoś mi poda pomocną dłoń i powie: "Idź w tym kierunku"? Nie wiem. Stało się inaczej i cieszę się, że właśnie tak.
Na wielkim, mglistym pustkowiu Bóg postawił dwójkę zmęczonych wędrowców. Czego od nich wymagał? Tego też nie wiem. Wiem natomiast jedno. Pewne zdarzenia nie dzieją się bez przyczyny. I właśnie nieprzypadkowo odnaleźli się i, niosąc ze sobą pokaźne bagaże doświadczeń, ruszyli w nieznane, by razem odkryć cel podróży. Czy to będzie już ich wspólny szlak? Czy oby razem nie zabłądzą na nowych, nieznanych ziemiach? To kolejne pytania, na które nie jestem w stanie odpowiedzieć.
Jednym z tych wędrowców jestem oczywiście ja. I widzę wyraźnie, że mgłę przede mną rozwiewa tchnący wiosenną nutą scirocco, a ziemia na nowo okrywa się kwieciem. I choć niekiedy powiewy są zbyt silne, a mgła nieustępliwie zasłania horyzont, nie poddaję się, ale zaciskam silniej dłoń w uścisku i kroczę dalej.
Przeznaczenie. Powołanie. Cel życia. Niech każdy nazywa to tak, jak chce. Niech każdy odnajduje to na swój sposób. Ale gdy któregoś dnia sny się zaczynają spełniać, nie można tej szansy marnować. Trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy.
Nic nie dzieje się bez przyczyny, chociaż czasami sens minionych zdarzeń odkrywamy później, być może wtedy, gdy jesteśmy gotowi właściwie ten sens zrozumieć. Może tych "dwoje zmęczonych wędrowców" spotkało się, kiedy tego nie planowali, gdy nie byli gotowi na to, co przyniosą kolejne dni. Stąd mgła zasłaniająca horyzont, która utrudnia dojście do celu. Teraz trud tej drogi spoczywa w splecionych dłoniach, które niekiedy "palą"...
OdpowiedzUsuń