sobota, 21 stycznia 2012

Pseudosłabość, czyli mentalność katolika

Wiele razy spotykałem się teorią, która miałaby wytłumaczyć skłonność ludzi do pokus albo, jak to wygląda w przypadku wyznawców chrześcijaństwa, do grzechu. Niejednokrotnie mówiono wtedy o tak zwanej ludzkiej "słabości". Często księża na kazaniach czy podczas spowiedzi przypominają o naszej naturze, o tym że my, ludzie, jesteśmy słabi, przez co ulegamy grzechom. Ostatnimi czasy analizowałem nie tylko swoją naturę, ale i zachowanie znajomych, ludzi, których kiedyś spotkałem, i doszedłem do wniosku, że ta nasza "słabość" to tak naprawdę pseudoułomność, którą chcielibyśmy wszystko usprawiedliwić.
Dla zobrazowania sytuacji przedstawię przykład. Jeśli trzymać się konwencji nauczania Kościoła Katolickiego, to grzech jest "świadomym i dobrowolnym przekroczeniem przykazań". Już nie wnikam, jakich przykazań. Zatem istnieją jakieś przykazania, czyli nakazy, procedury, których należy przestrzegać, aby nie grzeszyć. Jeśli świadomie lub dobrowolnie, to znaczy z premedytacją i wyrażając chęć, dokonam czegoś, co kłóci się z tymi przykazaniami, grzeszę. No dobrze. To czy istnieje coś takiego, jak wykroczenie przez przypadek? Według nauczania Kościoła, jeśli zrobię coś nieświadomie i niedobrowolnie, na przykład gdy ktoś mnie do czegoś zmusi, nie grzeszę - względem prawa jestem uczciwy. A żeby zrobić coś nieświadomie, należałoby się albo odurzyć, albo być niepoczytalnym umysłowo. Przypadek choroby odrzucam, bo to osobna kategoria i nie zależy od nas samych. Załóżmy zatem, że ktoś się upije i zrobi coś, o czym nie pamięta, ale jest to "grzech". Pijąc alkohol, dokonał wyborów. Mógł nie pić, wiedząc, że nic złego się stać nie może, bo stale czuwa nad swoimi emocjami i zachowaniami, ale mógł też pić, mając przecież świadomość, co się dzieje podczas odurzenia alkoholem. Zawsze jest wybór. Zatem, idąc dalej tym tokiem myślenia, jeśli ktoś decyduje się na coś, co może wpłynąć na utratę świadomości, a w konsekwencji do "nieświadomego" przekroczenia tych przykazań, grzeszy tak naprawdę świadomie, zasłaniając się później "utratą świadomości".
Słabość. Każdy człowiek ma jakąś słabość. Tak to sobie tłumaczymy, bo to wygodne. Ale wystarczy chwilę się zastanowić, przypomnieć sobie swoje "przewinienia" i słabość, z której wywodzą się nasze moralne niepowodzenia, to po prostu chęć do grzechu. A słabość to brak jakiejś umiejętności, brak siły - tutaj byłby to brak siły do wali z grzechem. Ale to, że grzeszymy nie wynika z tego, że nie umiemy nie grzeszyć, ale z tego, że grzeszyć chcemy. Bo zawsze mamy wybór. A wybór grzechu jest łatwiejszy, przyjemniejszy, więc często lepszy. Posiadamy rozum, którym możemy sterować swoimi emocjami. To czynnik, który wpływa na nasze poczynania. I równie dobrze możemy wybierać życie w zgodzie z przykazaniami, tak, jak wybieramy grzech. Ale nie robimy tego, bo nam się nie chce, bo wolimy grzeszyć. Zatem gdy ktoś twierdzi, już nie wnikam, czy jest to ksiądz czy ktoś inny, że jesteśmy grzeszni, bo jesteśmy słabi, to nie mówi prawdy - jesteśmy grzeszni, bo nie wykazujemy chęci bycia dobrymi.
Jeśli mam mówić, że wierzę w Boga, że jestem katolikiem, i jednocześnie grzeszyć, zasłaniając się słabością natury ludzkiej, to wolę milczeć. Bo żadną trudnością jest być hipokrytą, wybierać sobie wartości, które akurat w danej chwili nam pasują, które są wygodniejsze. Nie jesteśmy słabi - kiedy nie chcemy, to nie grzeszymy, umiemy mądrze wybierać. Sęk w tym, że zbyt często w pełni świadomi wybieramy grzech.
Ktoś kiedyś powiedział, że "życie to ciągłe dokonywanie wyborów". I miał rację. Nie jesteśmy słabi - my tę słabość wybieramy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz