poniedziałek, 14 maja 2012

Książka

Jakże trudno niekiedy o wenę twórczą! Taką, dzięki której i słowa w potoku żywej mowy o kunszcie retora świadczą, i wyrazy przelewane na papier czytelnik później z łatwością i łapczywością niejaką wzrokiem połyka. Czasami chciałoby się sięgnąć słonecznych promieni i ślizgiem Ikarowym pod niebiosa pofrunąć, ale zasłona chmur nieprzeniknionych stanowczo ideę tę wielką porzucić każe. A spragnione i młode umysły ambitnych uczniów domagają się, niczym pisklęta pokarmu w gnieździe, wciąż to nowych i coraz doskonalszych dzieł, dzięki którym otworzą się szerzej na wiedzę i wyposażone w odpowiednie narzędzia swój warsztat pracy otworzą. Gdzież zatem szukać inspiracji, gdzież ambrozji życiodajnej i nektaru, co boskiego ducha w ciało i rozum tchnie? Jakimi podążać ścieżkami, by nie zawieść się srodze, by na wyżyny wzlecieć i nauczycielem godnym szacunku się móc nazywać?
Takie rozważania, siedząc pod rozłożystym dębem, snułem i chyba dość głośno a nieświadomie mówić w półświadomości musiałem, gdyż przysiadł się obok mnie nieznany mi i wcześniej niewidziany stary wędrowiec i rzekł:
‒ Mądrze myślisz, ale twe pytania pozostaną bez odpowiedzi, gdy ty sam ich szukać ponad wszystkie siły nie będziesz. Kiedyś i ja chciałem poznać całą prawdę o świecie. Chciałem zdobyć to, czego jeszcze nikt przede mną nie miał. Zebrałem wtedy niewielki swój dobytek, spakowałem do tego oto tobołka i ruszyłem przed siebie...
Starzec urwał zdanie. Sprawiał wrażenie zmęczonego, a gdy ręką wskazywał na płócienny worek leżący u jego stóp, wyraźnie widziałem drżenie palców i dłoni. Po jego twarzy przebiegł wyraz bólu, a nad dolnymi powiekami pojawiły się malutkie, słone jeziorka. Co było przyczyną tego wzruszenia, wtedy jeszcze nie wiedziałem. Nie śmiałem jednak pytać. Podciągnąłem tylko nogi bliżej siebie, łydki otrzepałem z czarnej ziemi, strzepnąłem mrówkę pewnie kroczącą nie tam, gdzie nie powinna i ponownie spojrzałem na starca. Zakręcił właśnie metalową, powgniataną menażkę i ocierał usta ledwo widoczne spoza siwej brody. Po chwili westchnął i niskim, pełnym żalu głosem powiedział:
‒ Teraz jestem stary, sam widzisz. Dalej wędruję, choć odpowiedzi poszukiwać już nie muszę. Znalazłem ją przed latami. Wiesz, to dziwne, co człowieka musi spotkać, przez co musi przejść, aby zrozumiał pewne siły rządzące światem.
Starzec wyraźnie odetchnął. Pomyślałem, że dawno z nikim nie rozmawiał, więc nie śmiałem mu przerywać, tylko przytakiwałem. Moje gesty musiały spotkać się z jego aprobatą, gdyż wyciągnął wskazujący palec prawej dłoni i, poruszając nim jakby nawijał na niego najdelikatniejszą nić, delikatnie się uśmiechnął.
‒ Gdy wyruszałem, byłem starszy od Ciebie, młody człowieku. I świat wyglądał inaczej, i ludzie byli inni. A ten dąb, pod którym teraz siedzimy… O, tych gałęzi tam, zobacz, tych na górze, nie było. Tak… Jakieś dwadzieścia lat temu… Dwadzieścia dwa, trzy… Tak, dwadzieścia trzy lata temu! – wyliczał starzec, marszcząc przy tym krzaczaste brwi. ‒ Dwadzieścia trzy lata temu usiadłem pod tym samym drzewem, tak, jak ty dzisiaj. I tak samo myślałem o wielkich ideach, mających zbawić ten świat. Chciałem być kimś w piramidzie społecznych zależności, stać na szczycie, mieć pod sobą tłum wiernych ludzi z ufnością czekających rozkazów, słuchających moich nauk, będących ucieleśnieniem ambitnych planów i założeń. Chciałem mieć w swoich rękach żywy, gotowy do uformowania materiał na kontynuatorów mojej osoby, a może, kto to wie, nie tylko kontynuatorów – ba, uczniów mnie przerastających!
Tutaj wędrowiec się załamał. Schylił głowę, a podbródek oparł na pomarszczonych dłoniach. Nie do końca wiedziałem, o czym opowiadał, nie sądziłem też, że jego historia będzie miała koniec, o morale nie wspominając. Gdy przez krótki czas starałem się poukładać to, co przed chwilą usłyszałem, połączyć spotkanego człowieka z jakimś ruchem oporu, ideologią, mężczyzna, nie podniósłszy głowy, powiedział, jakby przez zaciśnięte zęby:
‒ Wszystko stracone. Wszystko. Za późno zrozumiałem, za późno.
W tym momencie się rozpłakał. Rzewnie wylewane łzy kapały na przechodzoną kurtkę i znaczyły własne ścieżki między bawełnianymi szlakami. Wąskie strużki łączyły się w szersze, te robiły się coraz bardziej niekształtne, aż osiągnęły rozmiary pokaźnych plam. Stary poczuł, że kurtka robi się wilgotna, bo podniósł głowę, siwe włosy odrzucił na bok i nos otarł rękawem. Chcąc ukryć swoje wzruszenie, zaczął grzebać przy tobołku. Nie widziałem, co było w środku, bo położył go obok siebie, w taki sposób, że większą część przysłonił, ale po chwili wyciągnął z niego jakiś pakunek wyglądem przypominający pudełko, jednak owinięty w cienką skórę i przewiązany grubym sznurkiem. Ujął go w taki sposób, jakby trzymał najcenniejszy skarb. Drżenie rąk ustało, a uchwyt wydał się silny i pewny. Podniósł pakunek i przycisnął go do piersi. Widziałem, że w tym momencie się uspokoił. Jeszcze raz pociągnął nosem i łamiącym się co nieco głosem powiedział:
‒ Byli ludzie. Miałem i uczniów, i wielbicielki. I naśladowcy się znaleźli. Ale to wszystko na nic, bo gdy przestałem być im potrzebny, po prostu odeszli. Zostawili mnie. Nawet cichego „dziękuję” nie usłyszałem, żadnej wdzięczności. A dałem im więcej, niż mogli oczekiwać. Pokazałem rzeczy, o których nie śnili. I jak mi się odwdzięczyli? Po tylu latach, po tylu latach przeżytych razem z tyloma wspaniałymi ludźmi znów byłem sam. Ja jeden. Ja i mój marny tobołek. Zostały ideały. Zostały wielkie czyny. Ale zabrakło siły i energii, żeby zaczynać od nowa. Minęły lata, kiedy uświadomiłem sobie, że ludzie, w których pokładałem moje nadzieje bycia szczęśliwym, nie są mnie warci. Gdy jesteś im potrzebny, wtedy cię szanują. Wystarczy, że odkryją drzemiący w sobie potencjał i już ich nie ma obok ciebie. W jednym momencie twój świat może się zmienić nie do poznania i co wtedy zrobisz? Nie sądziłem, że może mi się to kiedyś przydarzyć. Ale stało się.
Starzec zrobił krótką przerwę. Złapał oddech i zaczął gładzić róg zawiniątka jedną dłonią, a palcami drugiej delikatnie muskał węzeł na sznurku.
‒ Ona jedna sprawiła, że przetrwałem. Ona jedna się nie wyłamała. Została ze mną do końca. Zawsze mogłem do niej wrócić i na nowo zacząć poznawać jej tajemnice. W moich objęciach należała tylko do mnie. Ona i ja tworzyliśmy jeden doskonały twór. Tylko ona była warta miłości. Uczciwa, niezmienna. Szkoda, że na ludzki sposób pozbawiona duszy.
W tym momencie zrozumiałem, co starzec trzymał w swoich rękach. W kilku warstwach bydlęcej skóry, mocno pociemniałej, miejscami przetartej i silnie związanej sznurkiem mieściła się ostoja spokoju, nadziei i sensu istnienia tego człowieka. Jedynie ten mały przedmiot, który od zawsze towarzyszył mu w podróży i na każdym kroku, stanowił dla niego istotę życia i wyznaczał kierunek marszu. Starzec w swoich dłoniach trzymał książkę.
‒ Proszę pana, słyszy mnie pan? – usłyszałem miły, kobiecy głos i poczułem dłoń na moim ramieniu. Otworzyłem oczy i bezwiednie kiwnąłem głową. ‒ Proszę zapiąć pas, przygotowujemy się do lądowania ‒ oznajmiła stewardesa.
Spojrzałem przez małe okienko. Właśnie zataczaliśmy koło nad miastem i wyraźnie obniżaliśmy pułap. Pospiesznie chwyciłem za torbę, która walała się między nogami i zajrzałem do środka. Odetchnąłem z ulgą. Leżała tam nadal, nienaruszona, taka sama, gdy wkładałem ją do środka. Książka. W podniszczonej okładce z dębem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz