Nieustanny szum, jakby wydawała go mała suszarka, dobiegał do mojego lewego ucha. To samo ucho słyszało również dźwięki toczonych po nierównym asfalcie palet z zapasowymi elementami do serwisu sprzętu domowego. Prawe ucho słyszało przytłumione dźwięki uderzanego o talerz widelca. Był to jeden z tych nielubianych odgłosów, które w przeciwieństwie do jednostajnego szumu wentylatorów, zbyt intensywnie pobudzały układ nerwowy. Jednak nie denerwował tak bardzo, jak inny dźwięk, który na domiar złego także pobudzał stronę prawą - dźwięk łuskanych orzechów. Ojciec siedział jak zwykle po obiedzie w kuchni i dojadał niezapełniony brzuch orzechami czy to laskowymi, czy to włoskimi. Skąd je brał, nie wiem. Ilekroć bowiem miałem ochotę, żeby wziąć kilka orzechów na ząb, nie mogłem ich nigdzie znaleźć. Widocznie miał je gdzieś schowane i dbał o to, żeby nikt mu ich nie podbierał.
Ojciec był fanatykiem jedzenia orzechów. Od kiedy pamiętam zawsze zajadał się świeżymi orzechami włoskimi, które nie zdążyły wyschnąć i które trzeba było obrać z gorzkiej skórki, żeby w ogóle można powiedzieć o nich, że są smaczne. Dlatego ja za nimi nie przepadałem; czekałem aż wyschną, żeby bez zbędnych ceremonii móc wyjeść zawartość twardej skorupki. Jednak od dwóch lat stare i trochę młodsze orzechy, które rosną w ogrodzie, nie rodzą. Jednego roku zmarzły, a w tym... W tym miał być rok nieurodzaju, bo orzechy te mają taki kaprys, żeby jednego roku dawać owoce, a drugiego nie. Zatem skoro w zeszłym roku zmarzły i nie dały owoców, choć dać miały, w tym roku nie odwróciły swojej skrzętnie pielęgnowanej tradycji i też nie obrodziły. I ojciec został bez orzechów.
Ale jeśli orzechy, to nie tylko włoskie. Przed parunastu laty ojciec, będąc już fanatykiem orzechów (skądinąd myślę, że to jego uwielbienie ma głębokie podłoże psychologiczne i jest zakorzenione już w latach dzieciństwa lub we wczesnych latach młodzieńczych), zasadził kilka sadzonek leszczyny. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zasadził je w cieniu. W cieniu wielkiej lipy. Leszczyny uginające się pod ciężarem orzechów przycupnięte u stóp wielkiej lipy to obraz iście romantyczny, ale, niestety, nieprawdopodobny. Liście leszczyny, leszczynowe liście, gdy wiosną rozwijają swe delikatne pąki i pragną codziennie kąpać się w strugach coraz intensywniejszego światła, nie miały szans odwzajemnić się ojcu miłością i zamiast rodzić coraz to obfitsze owoce, pięły się ku górze, coraz wyżej i wyżej, zapominając chyba o tym, po co zostały zasadzone. Czasami tylko pojawia się gdzieniegdzie pojedynczy, nieśmiały orzech, który przypomina wyłącznie o przynależności rośliny do gatunku. Ojciec się nie poddaje. Co roku ogląda uważnie każdą gałąź i z nadzieją oczekuje orzechów, tak jak dziecko patrzące w niebo przed wigilijną kolacją oczekuje pierwszej gwiazdki.
To właśnie odgłos łuskanych orzechów laskowych drażnił moje prawe ucho. I tak szybko, jak się pojawił, tak szybko zniknął w postępującej agonii dźwięków, która zabiła także dźwięk widelca, talerza i dźwięk lawety. Zostało tylko barytonowe szumienie wiatraków.
Dopiłem ostatni łyk kawy, spojrzałem na szlaczki czarnych znaków wirtualnie zapisanych gdzieś poza moim światem i stwierdziłem, że tak, to by było na tyle.
Ojciec był fanatykiem jedzenia orzechów. Od kiedy pamiętam zawsze zajadał się świeżymi orzechami włoskimi, które nie zdążyły wyschnąć i które trzeba było obrać z gorzkiej skórki, żeby w ogóle można powiedzieć o nich, że są smaczne. Dlatego ja za nimi nie przepadałem; czekałem aż wyschną, żeby bez zbędnych ceremonii móc wyjeść zawartość twardej skorupki. Jednak od dwóch lat stare i trochę młodsze orzechy, które rosną w ogrodzie, nie rodzą. Jednego roku zmarzły, a w tym... W tym miał być rok nieurodzaju, bo orzechy te mają taki kaprys, żeby jednego roku dawać owoce, a drugiego nie. Zatem skoro w zeszłym roku zmarzły i nie dały owoców, choć dać miały, w tym roku nie odwróciły swojej skrzętnie pielęgnowanej tradycji i też nie obrodziły. I ojciec został bez orzechów.
Ale jeśli orzechy, to nie tylko włoskie. Przed parunastu laty ojciec, będąc już fanatykiem orzechów (skądinąd myślę, że to jego uwielbienie ma głębokie podłoże psychologiczne i jest zakorzenione już w latach dzieciństwa lub we wczesnych latach młodzieńczych), zasadził kilka sadzonek leszczyny. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że zasadził je w cieniu. W cieniu wielkiej lipy. Leszczyny uginające się pod ciężarem orzechów przycupnięte u stóp wielkiej lipy to obraz iście romantyczny, ale, niestety, nieprawdopodobny. Liście leszczyny, leszczynowe liście, gdy wiosną rozwijają swe delikatne pąki i pragną codziennie kąpać się w strugach coraz intensywniejszego światła, nie miały szans odwzajemnić się ojcu miłością i zamiast rodzić coraz to obfitsze owoce, pięły się ku górze, coraz wyżej i wyżej, zapominając chyba o tym, po co zostały zasadzone. Czasami tylko pojawia się gdzieniegdzie pojedynczy, nieśmiały orzech, który przypomina wyłącznie o przynależności rośliny do gatunku. Ojciec się nie poddaje. Co roku ogląda uważnie każdą gałąź i z nadzieją oczekuje orzechów, tak jak dziecko patrzące w niebo przed wigilijną kolacją oczekuje pierwszej gwiazdki.
To właśnie odgłos łuskanych orzechów laskowych drażnił moje prawe ucho. I tak szybko, jak się pojawił, tak szybko zniknął w postępującej agonii dźwięków, która zabiła także dźwięk widelca, talerza i dźwięk lawety. Zostało tylko barytonowe szumienie wiatraków.
Dopiłem ostatni łyk kawy, spojrzałem na szlaczki czarnych znaków wirtualnie zapisanych gdzieś poza moim światem i stwierdziłem, że tak, to by było na tyle.
![]() |
| Z prawej strony ukryta w cieniu lipy leszczyna, a w tle orzech włoski lekko smagany dymem z dogasającego ogniska. |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz