środa, 23 stycznia 2013

Ewakuacja z czasów nieokreślonych

A jednak obudziłem się. Choć wcale nie zasypiałem. Bo na pewno nie zasypiałem snem naturalnym. Oczy otworzyłem o godzinie 5:05. Tak mam wpisane w karcie. Za oknem było ciemno, zegarka ściennego nie widziałem. Zauważyłem jednak przerażone oczy pielęgniarki wpatrzone w moją twarz albo raczej w to, czym moja twarz była teraz.
O godzinie ósmej przyszedł lekarz nadzorujący. Sprawdził podstawowe odruchy i kazał czekać. W międzyczasie przechodzili inni lekarze i spoglądali na mnie badawczo. Zastanawiałem się, czy tak naprawdę źle wyglądam, czy robili to z przyzwyczajenia, mając w głowie myśl "Ciekawe, kogo tym razem przywieźli...", czy robili to z życzliwości. Jednak w ich oczach nie widziałem współczucia. Coś bardziej jakby odrazę. Było zatem jasne, że szpitalne plotki szybko się rozchodzą. Myślałem, że tylko wśród kadry, ale myliłem się.
Po dziewiątej spróbowałem wstać z materaca w metalowej ramie. Spróbowałem raz i okazało się, że to o jedną próbę za dużo. Zwymiotowałem żółcią. Do pokoju, w którym leżałem zaglądało coraz więcej osób. Patrzyli na mnie, jakby nie dowierzali.
Godzina dziesiąta. Próbuję wstać po raz drugi. Tym razem unoszę swój tułów. Siedzę wyprostowany i czuję, jak krew zaczyna pulsować w głowie. Jedno uderzenie serca, drugie, trzecie... Za każdym razem rozrywa mi skronie. Nie wytrzymuję. Wymiotuję po raz drugi. Tym razem nie wiem już czym.
Obudziłem się o 5:05 i od razu wiedziałem, że moja ucieczka donikąd się nie powiodła. Zobaczyłem brudne ściany izby przyjęć, ludzką twarz i poczułem nieprzyjemny zapach ludzkiego potu, śliny i wymiocin. Moje oczy widziały znów ten sam świat, mój nos wdychał wciąż to samo powietrze, a skóra czuła chłód wiosennego poranka.
- No to chyba coś mnie tu jeszcze czeka - pomyślałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz