piątek, 29 marca 2013

Wczoraj a dziś

Eugeniusz Bodo w polskim, przedwojenny filmie "Piętro wyżej" śpiewał niejedną piosenkę, ale ta, którą można odsłuchać, a samą sytuację z filmu zobaczyć w obiekcie powyżej, jest istotniejsza nie tyle z racji samej fabuły, co z racji jej uniwersalnego znaczenia. Filmowy Henryk Pączek, spiker radiowy cieszący się uznaniem wielu ważnych osobistości a w szczególności kobiet, śpiewa o swojej jakże wygodnej sytuacji życiowej, o braku zmartwień i o tym, że dzięki temu może korzystać z życia. Przedstawia siebie nie jako kogoś niezwykłego: "Gdy ktoś, jak ja, posadę dobrą ma i młody jest, i ogień ma we krwi." Wskazuje tym samym na to, że każdy, kto jest w podobnej sytuacji do niego, zachowuje się podobnie, jakby chciał swoje postępowanie usprawiedliwić. Ale czy słusznie i czy ma do tego prawo? Jak widać po reakcji młodej kobiety, która słucha tego solowego popisu muzycznego, każde usprawiedliwianie się byłoby nie na miejscu. Bohater o tym wie i pewny siebie spogląda na nią, zalotnie do niej mruga i kontynuuje wcześniej podjęty wątek: "Ten wciąż co dnia używa, gdzie się da i trzyma się zasady, która brzmi". Okazuje się, że Henryk nie jest człowiekiem bez zasad. Brawo! Mężczyźni z zasadami są lepiej postrzegani w oczach kobiet. Świadczy to bowiem o ich utrwalonym światopoglądzie, stałości i odpowiedzialności. "No, to w takim razie posłuchajmy tych pańskich taśm prawdy" powiedziałby Janis z Testosteronu. No to słuchamy, jaką zasadę ma Henryk Pączek: "Jeżeli kochać to dzień lub dwa, bo człowiek wtedy przyjemność ma, gdy dzisiaj ta, a jutro ta. Co dziś użyję, to wiem, ze mam, co dziś wypiję, to wiem, że sam - należy brać, brać, co się da." Zdawałoby się, że ta zasada nie byłaby dobrze widziana w oczach kobiety, która szuka stabilizacji w życiu. A któż powiedział, że ona szuka stabilizacji? Elegancko zdejmuje płaszcz, uśmiecha się szeroko, eksponując piękne zęby i słucha dalej Henryka, który wskazuje na powód takiego działania (czyli jednak trochę się usprawiedliwia - pewnie żeby nie wyjść na zbyt gruboskórnego): "Za parę lat, kto wie, co spotka jeszcze mnie, więc póki czas korzystam z życia. Co będzie jutro, nie moja rzecz, nie patrzę naprzód, nie patrzę wstecz i jedno wiem (...) - żyję dzisiejszym dniem. Dziś (...) - to mi zaprząta myśl." Czyli jednak znalazł usprawiedliwienie - nieznana przyszłość. Gdyby przyszłość była znana, straciłaby swój nieszczególny urok - niewiedzę o niej. Henryk o tym wie, dlatego nie marnuje ani chwili, żeby brać z życia, ile tylko można. Czy myśli tylko o przyjemnościach cielesnych, a uczucia zostawia z boku? Nie do końca, bo przecież przez jeden dzień lub dwa kocha. Tak przynajmniej śpiewa i, kto wie, może też dlatego, żeby dać słuchającej go kobiecie nadzieję na odrobinę uczucia w "używaniu". Bo, jak się później okazuje, ta młoda dama kierowane do niej słowa traktuje dość poważnie. Henryk oczywiście poniewczasie reflektuje się i dostrzega płytkość jego zasady i postępowań, które z niej wynikały. Po przemianie siada znów za fortepianem i śpiewa nieco inną już wersję.
Na czym polega ta zmiana? Nie jest to skomplikowana zagadka. Raczej należy do tych prostych. Henryk zauważa, że do jego serca najzwyczajniej w świecie "ktoś się wkradł". I choć "przez dwadzieścia parę lat" wiedział, czego chce, teraz z nim jest źle i "nie wie, czego chce". Tym samym "zaczyna marzyć, zaczyna śnić". O czym? "Że bez tej jednej nie może żyć." No proszę - nasz chojrak się zakochał. A tak chwalił swój stan swobody i wolności, który dawał mu brak wiedzy o tym, co przyniesie jutro. Teraz jedno, co jest dla niego pewne i co powoduje, że jest "pierwszy raz szczęśliwy" (pokazuje zatem, że wcześniej, pomimo korzystania z życia, szczęśliwy nie był, bo czuł się samotny) to ta, z którą chce być. Nadal "nie patrzy naprzód, nie patrzy wstecz", ale jest to spowodowane tylko i wyłącznie chęcią realizowania się w danym momencie życia z tą jedną kobietą i dodatkowo, co później podkreśla, wie, że zdobyła jego serce, a co za tym idzie, jest gotów być z nią "do ostatniego dnia". Ona jest teraz celem jego życia.
Czy to tylko puste wyznanie w lirycznej piosence? Czy może rzeczywista przemiana bohatera? Choć to banalna historia miłosna przedstawiona w filmie, zdaje się, że może mieć odzwierciedlenie w prawdziwym życiu (stąd ta uniwersalność, o której wspomniałem). Jeśli chcemy zmiany na lepsze, bo wiemy, że ktoś tej zmiany jest wart, to dlaczego by jej nie zrealizować? Tym bardziej, gdy dzięki komuś swoje często niedostrzegane wady możemy w końcu ujrzeć. Czy ponosimy jakąś cenę? Czy nie gubimy jakiejś cząstki siebie? Tutaj trzeba uważać, bo łatwo wpaść w wir idealizowania, a to już wprowadza szkodliwy pierwiastek sztuczności. Czy jest zatem gotowa recepta, żeby nie przesadzić i żeby, pozostając sobą, zmienić tylko to, co niekorzystne? Nie wydaje mi się. Ale wiem, że warto się czasem nad tym zastanowić. I znalezienia tego "złotego środka" sobie i Wam życzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz