Mógłbym nieco nostalgicznie zacząć pewną opowieść, której początek znajduje się w którejś jesieni, a koniec... No właśnie - o końcu nie słyszałem. Nie słyszałem, a może nie chciałem słuchać - w każdym razie nie zapisałem ani słowa. Rysuje się zatem opowieść bez końca i niech taka dla drogich czytelników, jak i dla mnie samego, pozostanie.
W listopadowe popołudnie słońce dawało się we znaki mieszkańcom miasta. Jesienną porą świeciło już dość nisko nad horyzontem i mało, że skutecznie oślepiało, to jeszcze dawało niewiele ciepła, co w połączeniu z zimnym wiatrem tworzyło otoczkę przenikliwego chłodu. Jednak tamten dzień był nieco inny. Ludzie raźno deptali po wysłużonych, kamiennych kostkach bruku, a pogoda sprawiała wrażenie odmiennej niż ta, której można się było spodziewać, zerkając w kalendarz. Niektórzy spacerowicze odpoczywali na ławkach, inni przemierzali kolejne kroki ku wyznaczonym lub nieznanym celom. Wśród jednych i drugich znaleźli się też nasi bohaterowie - ona siedziała na ławce, on dopiero do niej zmierzał. Czy był spóźniony? Względem czasu lokalnego - nie, ale nie lubił, gdy ktoś musiał na niego czekać, więc w tym przypadku można powiedzieć, że tak - był spóźniony. Spóźniał się zresztą często i okaże się, że spóźni się jeszcze nie raz. Ale o tym opowiem innym razem. Dziewczyna siedziała w nienagannej postawie obrócona w kierunku wschodniej części miasta, natomiast chłopak, dostrzegając jej drobną postać, dokonał manewru oskrzydlającego i niezauważony znalazł się za jej plecami. Zagadał, krótko wytłumaczył się z dość późnego przybycia, a następnie zaproponował udanie się do kawiarni.
Standardowy scenariusz rozpoczął niestandardową znajomość, o której wiem, niestety, jeszcze zbyt mało, żebym mógł streścić jej przebieg. Muszę też jednak przyznać, że streszczenie byłoby nie na miejscu, gdyż każdy szczegół jest ważny, a pominięcie któregokolwiek uszczupliłoby historię o wartościowe składniki. Nie o wszystkim wiem, nie o wszystkim napisać mogę, ale jednego jestem pewien - to najpiękniejsza opowieść, jaką kiedykolwiek słyszałem, a jej bohaterka - najbardziej interesującą postacią, o której mógłbym napisać. I na pewno jeszcze nie raz o niej napiszę.
W listopadowe popołudnie słońce dawało się we znaki mieszkańcom miasta. Jesienną porą świeciło już dość nisko nad horyzontem i mało, że skutecznie oślepiało, to jeszcze dawało niewiele ciepła, co w połączeniu z zimnym wiatrem tworzyło otoczkę przenikliwego chłodu. Jednak tamten dzień był nieco inny. Ludzie raźno deptali po wysłużonych, kamiennych kostkach bruku, a pogoda sprawiała wrażenie odmiennej niż ta, której można się było spodziewać, zerkając w kalendarz. Niektórzy spacerowicze odpoczywali na ławkach, inni przemierzali kolejne kroki ku wyznaczonym lub nieznanym celom. Wśród jednych i drugich znaleźli się też nasi bohaterowie - ona siedziała na ławce, on dopiero do niej zmierzał. Czy był spóźniony? Względem czasu lokalnego - nie, ale nie lubił, gdy ktoś musiał na niego czekać, więc w tym przypadku można powiedzieć, że tak - był spóźniony. Spóźniał się zresztą często i okaże się, że spóźni się jeszcze nie raz. Ale o tym opowiem innym razem. Dziewczyna siedziała w nienagannej postawie obrócona w kierunku wschodniej części miasta, natomiast chłopak, dostrzegając jej drobną postać, dokonał manewru oskrzydlającego i niezauważony znalazł się za jej plecami. Zagadał, krótko wytłumaczył się z dość późnego przybycia, a następnie zaproponował udanie się do kawiarni.
Standardowy scenariusz rozpoczął niestandardową znajomość, o której wiem, niestety, jeszcze zbyt mało, żebym mógł streścić jej przebieg. Muszę też jednak przyznać, że streszczenie byłoby nie na miejscu, gdyż każdy szczegół jest ważny, a pominięcie któregokolwiek uszczupliłoby historię o wartościowe składniki. Nie o wszystkim wiem, nie o wszystkim napisać mogę, ale jednego jestem pewien - to najpiękniejsza opowieść, jaką kiedykolwiek słyszałem, a jej bohaterka - najbardziej interesującą postacią, o której mógłbym napisać. I na pewno jeszcze nie raz o niej napiszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz