Ostatnie krople zimnego listopadowego deszczu spadały wokół tworząc niewielkie strużki przelewające się między wystającymi gdzieniegdzie kamieniami. Droga polna była już przesycona wodą, toteż szybko zaczęły tworzyć się na niej duże kałuże, a błoto coraz wyraźniej dawało się we znaki i skutecznie utrudniało powolny marsz. Nie pamiętam dokładnie, jak się tam znalazłem. Przypominam sobie jednak dobrze uczucie zimna, które przenikało od skóry do szpiku kości. I choć nie wiem, jak to jest, gdy coś się wbija do szpiku, to to uczucie z pewnością mogło temu dorównać. Szedłem już tak jakiś czasu i całe ubranie wyglądało nie lepiej niż ścieżka, po której kroczyłem. Buty grzęzły w miękkim gruncie, przez ubranie przesączała się wilgoć, a zimno uderzało ze zdwojoną siłą, gdy tylko się przystanęło. Stawałem zatem jak najrzadziej, zresztą i tak nie miałem po co.
Droga wiła się rozległymi zakolami, aż w końcu ginęła gdzieś w ścianie drzew, która z otoczki deszczowej nocy wyrosła przede mną dość niespodziewanie. Gęsty las o tej porze roku wyglądał nieszczególnie zachęcająco, a wszędzie unosił się zapach opadłych, wpół przegniłych liści, które, i w tym była ich jedyna zaleta, szczelnie zakryły ziemię i błoto przestało dokuczać. Nie wiedziałem, czy idę w dobrym kierunku i czy w ogóle istnieje coś takiego, jak dobry kierunek. Zrobiło się jeszcze ciemniej, a potknięcia o wystające korzenie i leżące na ziemi połamane gałęzie przestały być czymś rzadkim. Mimo kryjącej się gdzieś niepewności i lekkiego strachu wynikających z otaczających mnie okoliczności, nie chciałem zawracać. Droga, którą przemierzyłem, została za mną i z każdym kolejnym krokiem miałem silniejsze poczucie, że to, co robię, jest właściwe.
Przystanąłem na chwilę, żeby choć trochę utwierdzić się w przekonaniu, że nie kluczę między drzewami. Spojrzałem w niebo. Spomiędzy bezlistnych konarów drzew spadały coraz delikatniejsze krople wody, otaczająca cisza stawała się bardziej odczuwalna, ale nadal nie było widać żadnej gwiazdy. Zerknąłem na zegarek i ruszyłem przed siebie. Był pierwszy grudnia i kilka minut po północy.
Droga wiła się rozległymi zakolami, aż w końcu ginęła gdzieś w ścianie drzew, która z otoczki deszczowej nocy wyrosła przede mną dość niespodziewanie. Gęsty las o tej porze roku wyglądał nieszczególnie zachęcająco, a wszędzie unosił się zapach opadłych, wpół przegniłych liści, które, i w tym była ich jedyna zaleta, szczelnie zakryły ziemię i błoto przestało dokuczać. Nie wiedziałem, czy idę w dobrym kierunku i czy w ogóle istnieje coś takiego, jak dobry kierunek. Zrobiło się jeszcze ciemniej, a potknięcia o wystające korzenie i leżące na ziemi połamane gałęzie przestały być czymś rzadkim. Mimo kryjącej się gdzieś niepewności i lekkiego strachu wynikających z otaczających mnie okoliczności, nie chciałem zawracać. Droga, którą przemierzyłem, została za mną i z każdym kolejnym krokiem miałem silniejsze poczucie, że to, co robię, jest właściwe.
Przystanąłem na chwilę, żeby choć trochę utwierdzić się w przekonaniu, że nie kluczę między drzewami. Spojrzałem w niebo. Spomiędzy bezlistnych konarów drzew spadały coraz delikatniejsze krople wody, otaczająca cisza stawała się bardziej odczuwalna, ale nadal nie było widać żadnej gwiazdy. Zerknąłem na zegarek i ruszyłem przed siebie. Był pierwszy grudnia i kilka minut po północy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz