Jest jeszcze ciemno. Wstaję w pewnej sprzeczności z samym sobą. I w pewnej sprzeczności z samym sobą przyjdzie mi przeżyć dzień. Ten ranek był zimniejszy niż ostatnie, do których szybko przywykłem. No tak, ale wtedy nie budziłem się w nocy...
Snuję się w ciemnościach oślepiony snopami świateł wycelowanych wprost w moją twarz. Czuję się jak na przesłuchaniu. I tak samo, jak na przesłuchaniu, muszę się przyznać do winy. Może nie zawsze miło jest wstać przed wschodem słońca, ale jeszcze mniej miło jest znaleźć się między przechodniami, którzy jak przypadkowi świadkowie, stanowią dowód o naszym istnieniu.
Wybieram miejsca nieco na uboczu. Nie podchodzę do krawędzi jezdni. Nie ściskam się w zatłoczonym autobusie. Czuję na sobie wzrok innych, czuję na sobie ich oddech i mam ochotę się rozpłynąć. W porannej mgle nie byłoby to nawet takie trudne. Biorę głęboki wdech, chłodne, wilgotne powietrze łaskocze delikatnie gardło, a kaszel przychodzi leniwie - leniwie, ale z siłą gruźlika.
Stąpam w oderwaniu od tłumu. Stąpam po mokrym chodniku. Z którymś krokiem ciężar staje się nie do zniesienia. Świat w całym natłoku zbrodni szybko o nich zapomina, a o wielu nie ma pojęcia w ogóle. I tym razem zapewne nikt by nie zwrócił uwagi, przeszedłby obojętnie, najwyżej machnął ręką i powiedział "ot, tak to bywa".
Ale tej nocy zostałem wyrwany ze snu. Z lekkim kołataniem serca i wzrokiem wlepionym w czarny sufit. Dobrze wiem, że wciąż na mnie patrzą i chciwie wyciągają swoje nabrzmiałe palce.
Spróbuję się schować raz jeszcze. Uciec niezauważonym na bok i swoje kroki skierować do tej, która skrywa się za niewidoczną siecią. Może uda mi się przemknąć nie poruszywszy delikatnej nici...
Snuję się w ciemnościach oślepiony snopami świateł wycelowanych wprost w moją twarz. Czuję się jak na przesłuchaniu. I tak samo, jak na przesłuchaniu, muszę się przyznać do winy. Może nie zawsze miło jest wstać przed wschodem słońca, ale jeszcze mniej miło jest znaleźć się między przechodniami, którzy jak przypadkowi świadkowie, stanowią dowód o naszym istnieniu.
Wybieram miejsca nieco na uboczu. Nie podchodzę do krawędzi jezdni. Nie ściskam się w zatłoczonym autobusie. Czuję na sobie wzrok innych, czuję na sobie ich oddech i mam ochotę się rozpłynąć. W porannej mgle nie byłoby to nawet takie trudne. Biorę głęboki wdech, chłodne, wilgotne powietrze łaskocze delikatnie gardło, a kaszel przychodzi leniwie - leniwie, ale z siłą gruźlika.
Stąpam w oderwaniu od tłumu. Stąpam po mokrym chodniku. Z którymś krokiem ciężar staje się nie do zniesienia. Świat w całym natłoku zbrodni szybko o nich zapomina, a o wielu nie ma pojęcia w ogóle. I tym razem zapewne nikt by nie zwrócił uwagi, przeszedłby obojętnie, najwyżej machnął ręką i powiedział "ot, tak to bywa".
Ale tej nocy zostałem wyrwany ze snu. Z lekkim kołataniem serca i wzrokiem wlepionym w czarny sufit. Dobrze wiem, że wciąż na mnie patrzą i chciwie wyciągają swoje nabrzmiałe palce.
Spróbuję się schować raz jeszcze. Uciec niezauważonym na bok i swoje kroki skierować do tej, która skrywa się za niewidoczną siecią. Może uda mi się przemknąć nie poruszywszy delikatnej nici...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz