środa, 26 marca 2014

Opowieść z widokiem na niebo, cz.1

Przebiegłem przez ulicę w stronę zszarzałej przez czas kamienicy. W jej licznych oknach nie widać było oznak życia i tylko w niektórych nieruchomo wisiały firanki. Przez ciemną bramę wbiegłem na podwórko, na którym oprócz kilku na wpół zniszczonych sprzętów domowych i zardzewiałego trzepaka nie było niczego, co mogłoby przyciągnąć uwagę. Wiatr tutaj w ogóle nie zaglądał, dlatego powietrze w tej olbrzymiej, ceglanej studni z oknami było przesiąknięte zapachem wilgoci i starego drewna. Ale właśnie w takim, wydawałoby się, martwym miejscu, przed paroma miesiącami odnalazłem siebie na nowo.
Przeglądałem wtedy wyniesione z piwnicy, spakowane do starego kartonu kartki i listy z czasów, gdy nie martwiłem się o to, kiedy wrócę do domu, gdy niewiele osób, może tylko jedna, pytało, czy żyję. Spakowane w stare gazety paczki zawierały posegregowane chronologicznie karty, najczęściej z życzeniami urodzinowymi czy imieninowymi. Po przeprowadzce, przez jakiś czas trzymałem wszystkie pudła w pokoju, ale sukcesywnie zacząłem je wynosić, żeby zrobić miejsce na inne rzeczy. Sądziłem, że kupię kiedyś jakiś regał, który pomieści te wszystkie "pamiątki", lecz przez długi, długi czas planu tego nie zrealizowałem. Gdy rozwiązałem sznurek trzymający zestaw kart, świeciło jasne, marcowe słońce, lekko ogrzewając ściany domu i mnie, siedzącego na wyniesionym chwilę wcześniej taborecie. Zanim otworzyłem pierwszą kartkę leżącą na niewielkiej kupce, dotknąłem lekko jej okładki, przesunąłem palce bliżej brzegów i już wiedziałem, co było w środku. Nie musiałem rozchylać stron i zaglądać do tekstu starannie pisanego niebieskim atramentem, żeby przypomnieć sobie autorkę treści, okazję i charakterystyczny krój pisma, w którym ogonki liter sięgały często następnej linijki, jakby chciały porwać znaki leżące poniżej. Podobnie i ja dawałem się nieraz porwać samej nadawczyni, wiedziony jej delikatnością i powabem. Natomiast same słowa ważone z gracją dawały odczuć, że jest ktoś, komu zależy. Ilekroć tylko wracałem myślami do treści wypełniającej te karty, w wyobraźni malowały się barwy, które upiększyłyby nawet najbardziej martwą i monochromatyczną scenerię. Wiadomość od niej, trzymana w moich dłoniach jak jej zmarznięte ręce, przyniosła ukojenie, którego tak bardzo od dawna poszukiwałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz