Jej słowa utkwiły we mnie niczym wołanie o pomoc. Nie zawsze słuchałem, choć twierdziłem i byłem przekonany, że słucham. Do błędów wracałem niczym bumerang, który rzucony gdzieś na australijskim stepie, wraca do aborygeńskiego myśliwego. Czytając, siedziałem w promieniach wczesnowiosennego słońca i po ostatnim wyrazie kilka razy wracałem do pierwszego. Niczym zacięta płyta na starym gramofonie czytałem wciąż te same słowa, próbując wykrystalizować w swojej pamięci kilka chwil otaczających moment napisania tej kartki. Data umieszczona na rogu przeniosła mnie na chwilę do tamtego roku.
Nie była to zima stulecia. Myślę, że gdyby ktoś pokusił się o takie stwierdzenie, musiałby raczej powiedzieć: zima stulecia, jeśli chodzi o minimalną ilość śniegu i wysokie temperatury. Rzeczywiście, śniegu było jak na lekarstwo, a mróz tylko przez parę dni utrudniał życie. Styczeń zaczął się nerwowo, jak nerwowo robi się przed każdą sesją. W młynie obowiązków, zazwyczaj tych mniej przyjemnych, łatwo było zatracić siebie, gubiąc cele i swoją ludzką naturalność. Jak tworzywo sztuczne próbowałem się dopasować do sytuacji i uniknąć niepotrzebnych naprężeń. Omijając wszelkie ciche niedogodności, zamknąłem swój język za zębami i starałem się przyjąć wszystko, czym los zechciał mnie obdarować. Zapomniałem tylko o jednym: na los ma się wpływ.
Ten sam wpływ miałem na to, kim wtedy byłem i co tak naprawdę chciałem zbudować, jeśli w ogóle wiedziałem, czego chcę. Zasada bycia "naturalnym" i stworzenia czegoś szczerego wydała się prosta. Prosta na pewno do zapamiętania, a czy do wprowadzenia w życie już gość mocno ugruntowane - to dopiero miało się okazać. Patrząc jednak z perspektywy czasu, wiem, że wiadomość napisana niebieskim atramentem i zamknięta w bardzo oryginalnej karcie była pewnym punktem zwrotnym w moich poczynaniach obciążonych jarzmem własnej niedoskonałości. Wyczarować ciągłego zachwytu się nie da - teraz to wiem - a budowanie prawdziwie naturalnego uczucia, które właśnie tylko wtedy jest piękne i mocne, choć niełatwe - warte swojej ceny.
Nie była to zima stulecia. Myślę, że gdyby ktoś pokusił się o takie stwierdzenie, musiałby raczej powiedzieć: zima stulecia, jeśli chodzi o minimalną ilość śniegu i wysokie temperatury. Rzeczywiście, śniegu było jak na lekarstwo, a mróz tylko przez parę dni utrudniał życie. Styczeń zaczął się nerwowo, jak nerwowo robi się przed każdą sesją. W młynie obowiązków, zazwyczaj tych mniej przyjemnych, łatwo było zatracić siebie, gubiąc cele i swoją ludzką naturalność. Jak tworzywo sztuczne próbowałem się dopasować do sytuacji i uniknąć niepotrzebnych naprężeń. Omijając wszelkie ciche niedogodności, zamknąłem swój język za zębami i starałem się przyjąć wszystko, czym los zechciał mnie obdarować. Zapomniałem tylko o jednym: na los ma się wpływ.
Ten sam wpływ miałem na to, kim wtedy byłem i co tak naprawdę chciałem zbudować, jeśli w ogóle wiedziałem, czego chcę. Zasada bycia "naturalnym" i stworzenia czegoś szczerego wydała się prosta. Prosta na pewno do zapamiętania, a czy do wprowadzenia w życie już gość mocno ugruntowane - to dopiero miało się okazać. Patrząc jednak z perspektywy czasu, wiem, że wiadomość napisana niebieskim atramentem i zamknięta w bardzo oryginalnej karcie była pewnym punktem zwrotnym w moich poczynaniach obciążonych jarzmem własnej niedoskonałości. Wyczarować ciągłego zachwytu się nie da - teraz to wiem - a budowanie prawdziwie naturalnego uczucia, które właśnie tylko wtedy jest piękne i mocne, choć niełatwe - warte swojej ceny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz