"(...) pisanie to w gruncie rzeczy wstydliwa rzecz, coś, co powstaje w samotności i jest tej samotności objawieniem. Objawieniem w całej swej słabości. W całej swej megalomanii, hipochondrii, egotyzmie, próżności, poczuciu niedowartościowania, mnóstwa kompleksów, zawiści, niedojrzałości, strachu i pazerności na słowa - w tym wszystkim więc, z czego składa się pisarz. I jak tu mówić o odpowiedzialności, skoro w końcu ów pisarz czy poeta zamyka się w swoim pokoju, sam, i zaraz demony wyłażą zza biurka, wskakują na głowę, szarpią za włosy i wkładają palec do ucha, puszczają wiatry, stroją miny, wywalają język i przedrzeźniają każde słowo. Wiem o tym, ale nie mam nic lepszego do zaproponowania. Piszę i zamierzam nadal oddawać się tym podejrzanym machlojkom z językiem, tej grze, w której stawka jest o wiele poważniejsza niż się wydaje, tym miłosnym i zabójczym uściskom: jeśli poezja ma być zapisem przygód ducha, zapisem tego drugiego, równoległego życia, istnienia, którym istniałoby lub istnieje gdzieś nasze ja, nasza dusza, nasze ciało, przeżywa niewygodne przygody, piękne i straszne, podczas gdy my żyjemy tu i teraz, tuż obok. Jeśli te życia różnią się od siebie i czytelnik odczuwa zazdrość, żal lub to coś, co każe mu odłożyć książkę i spojrzeć przed siebie, na okno, na chmury, na zatłoczony wagon metra, na zlew przepełniony brudnymi naczyniami, na wróble bijące się obok ławki o skórkę chleba lub w twarz ukochanej osoby, to dobrze. Plany na przyszłość są proste: pracować i podróżować, kochać i nienawidzić, śnić - ponieważ wszystko ma początek w snach - naprawdę dużo śnić i czekać na moment, w którym będzie można jakoś żyć."
Tomasz Różycki, Tomi. Notatki z miejsca postoju, Warszawa 2013, s. 55
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz