Kolejny utwór, który chciałem zaprezentować powstał, jak domniemam, w maju 2008 roku, kiedy podejmowałem decyzję o przerwaniu studiów na biotechnologii. Męczyło mnie czysto naukowe podejście do każdej płaszczyzny życia, a zarazem denerwowało to, że my, ludzie, za wszelką cenę chcemy rozwiązać wszelkie tajemnice dotyczące naszego bytu. Świat pędzi do przodu, wymaga od nas coraz więcej i więcej. Dlaczego każdy z nas osobna, nie zatrzyma się, nie spojrzy w niebo, nie zajrzy pod liść i nie nacieszy się tym co jest, po prostu jest... Wiersz pod tytułem Droga ku nadzei przypomina, pod względem panującego nastroju, utwór Powstając.
Inni już dawno zamknęli swe oczy,
zaszyli swe uszy, języki spętali
i pozornie wolni, z nikim nie związani,
kroczą wciąż tą samą, błotnistą równiną.
Zamknięci w cielistych, skórzanych powłokach,
błądzący wśród bagien i kałuż osocza,
kierują się cerberowym zmysłem.
Choć z nieba nań spływa paląca się rzeka,
a ziemia kurzem siarki obleczona,
nie będą już szukać schronienia gdzieś w Raju.
Umilkną w okopach cierpieniem wykutych,
zakryją się szarą kamieni mogiłą,
a noc, co w ich życiu trwała nieprzerwana,
pęknie i uwolni ćmy śmiertelnych czasów.
Ileż jeszcze czasu, Mój Świecie zbłąkany,
będzie mi dane między ich grobami
te puste krainy ludzkiego niebycia,
jako pielgrzym przemierzać i brnąć ku nadziei?
Choć wiatr niepowodzeń piach w oczy mi sypie,
choć morze rozpadlin przede mną się toczy,
a sępy wytrwale czekają upadku,
podpieram się mężnie,
zmęczenia nie czuję,
bo wolności strumień powietrza mi bliski.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz