Z góry, w dolinę ku płaskim przestrzeniom
z lesistych pagórków ku łąk nadrzecznych skraje
nieustannie się ciągnie i bić nie przestaje
tętent dzikich zwierząt
Dokąd zmierzają, nie mnie pytać o to
dokąd biegną co sił w ich zbolałych nogach
nie wiem, lecz choć to mnie nurtuje stale
nie chcę wiedzieć
Czasami rwę się z nimi, kiedy mnie mijają
biegnę po łąkach ku równiny szlakom
odmierzając kolejne kroków mnogie liczby
aż stanę w mym kręgu
Kręgu znanych ludzi, nie mam ich zbyt wielu
lecz w zimnych miejskich murach
nie potrzebuję ich na pęczki
codziennie wyliczać
Razem się gnieździmy zatem w twardej skale
oddychamy tym samym powietrzem wilgotnym
co przez otwarte okna napływa znad wody
czas odliczającej
Wiatr przynosi zimny zza budynku rogu
powiew, wraz z nim dzień kończącą porę
rozbiegamy się wtedy jak spłoszone stado
ku lichej wolności
I tętent zamiera, szum przejmuje władzę
nad crescendem myśli, słów i głośnych krzyków
by po chwili zamilknąć w słodkiej chmurze pary
z naszych miękkich ust
Otaczają nas ludzkich spojrzeń natarczywe chmary
nawet już dziś martwe walka i zwycięstwo
spoza bezwodnej kurtyny niepewne rzucają
na nas okiem
Niewzruszeni tak trawmy w wędrówce na przełaj
unisonem własnych oddechów niesieni
aż z żelaznych szlaków rdzawy pył wzniesiony
wzrok nasz przysłoni nam cały
I tak sam zostanę na zimnym marmurze
Twe ostatnie słowo odbije się echem
tętent twardej stali urwie się gdzieś w dali
Jestem sam, lecz czekam
piątek, 2 grudnia 2011
Tętent
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz