Idąc dalszym tokiem myślenia skierowanym na kwestie miłości, doszedłem ostatnimi czasy do pewnego wyniku, który skrystalizował się w dość kontrowersyjnej, zapewne co dla niektórych, formie.
Zadałem sobie nieskomplikowane pytanie. Czy człowiek musi szukać kogoś do pary? Zamiast tego mógłbym zapytać o drugą połówkę, miłość życia, itd. Mniejsza o to. Wiemy, o co chodzi.
Odpowiedzi mogą być dwie. Odpowiem na łatwiejsze czyli przeczące. Owszem, ludzie nie muszą szukać swoich "drugich połówek", a potwierdzenie, z resztą nie do końca prawdziwe, bo mające wiele odstępstw od reguł, znajdziemy na przykład wśród osób duchownych. Żyją według jakiś zasad; załóżmy, że nie muszą zaspokajać potrzeb seksualnych bądź reprodukcyjnych. Dobrym przykładem będą tu ludzie aseksualni. Moim zdaniem jest to niezgodne z naturą istoty żywej, której celem nadrzędnym jest rozmnażanie. Człowiek widocznie zaczyna odstawać od tego modelu, szukając na siłę, działającej w gruncie rzeczy destrukcyjnie, pewnej ascezy. I tym właśnie stwierdzeniem uzasadniłem, że naturalnym zatem byłoby szukanie kogoś do pary, choćby ze względu na przedłużenie życia gatunku, co w ludzkiej przestrzeni może się ograniczać do przedłużenia istnienia rodu czy nazwiska. To dobry powód do znalezienia kogoś, z kim razem wychowa się swoje potomstwo. Ale czy konieczny? I tutaj pojawiają się wątpliwości. Bo jeśli dobrze jest mieć dzieci, to posiadanie partnera życiowego nie musi się z tym wiązać, czego dowodzą kobiety i mężczyźni samotnie wychowujący swoje pociechy. Owszem, na sam moment poczęcia potrzebne jest czasowe zespolenie (w dobie zapłodnień in vitro już nawet nie), ale na tym rola partnerstwa może się skończyć. Mało tego. Doszedłem do wniosku, kontynuując niejako nurt podjęty wraz z wierszem Niemiłość, że to, co może spoić młodych ludzi, jest, jak już wcześniej pisałem, tylko fascynacja fizycznością. Wszystko, co później zostaje to albo przyzwyczajenie, albo wygoda, albo dzieci.
Miłość jako coś nierzeczywistego, transcendentalnego nie istnieje między ludźmi w czystej postaci. Nie istnieje sama z siebie - niezależnie. A tak właśnie próbujemy ją sobie tłumaczyć - kocham kogoś, bo po prostu kocham. To nie jest uzasadnienie. I choć niektórzy się nie zgodzą, i powiedzą, że miłości nie trzeba uzasadniać, to w gruncie rzeczy wiemy, że to uzasadnienie zawsze istnieje. Budując wokół siebie otoczkę szczęśliwości chcemy to szczęście zwabić na siłę, zapominając, że radość powinna wypływać z nas samych. Nieważne, czy kogoś mamy, czy nie.
Nie chcę potępiać instytucji rodziny albo małżeństwa. Chciałbym tylko wskazać na nieuzasadnione ograniczanie w jakimś stopniu swojej niezależności jako jednostki. Bo ta sama jednostka, człowiek, która do pewnego czasu w istocie jest podległa wychowawcy, rodzicowi, w pewnym momencie może rozwinąć skrzydła i stać się samym w sobie elementem świata zmierzającym do ideału w ponadwymiarowości czasu i przestrzeni, gdy nagle pojawia się myśl oddania części swojej niezawisłości komuś. Komuś jeszcze równie niedoskonałemu. Bo dopóki będziemy ulegać ludzkim żądzom wypływających z naszego człowieczeństwa, z naszej cielesności, dopóty nie uzyskamy pełni. W związku z tym, jeśli inny człowiek nie może mi pomóc w dążeniu do doskonałości, bo sam jest niedoskonały (choć pod ułudą miłości często się twierdzi, że jest idealny), po co zatem z kimś się wiązać?
Wiem, że mało kto zgodzi się z moją kontrowersyjną ideą. Chciałem jedynie wskazać na pewne aspekty związków międzyludzkich, nad którymi zastanawiamy się chyba zbyt rzadko i wolimy brnąć w naszej rzeczywistości po omacku.
Zadałem sobie nieskomplikowane pytanie. Czy człowiek musi szukać kogoś do pary? Zamiast tego mógłbym zapytać o drugą połówkę, miłość życia, itd. Mniejsza o to. Wiemy, o co chodzi.
Odpowiedzi mogą być dwie. Odpowiem na łatwiejsze czyli przeczące. Owszem, ludzie nie muszą szukać swoich "drugich połówek", a potwierdzenie, z resztą nie do końca prawdziwe, bo mające wiele odstępstw od reguł, znajdziemy na przykład wśród osób duchownych. Żyją według jakiś zasad; załóżmy, że nie muszą zaspokajać potrzeb seksualnych bądź reprodukcyjnych. Dobrym przykładem będą tu ludzie aseksualni. Moim zdaniem jest to niezgodne z naturą istoty żywej, której celem nadrzędnym jest rozmnażanie. Człowiek widocznie zaczyna odstawać od tego modelu, szukając na siłę, działającej w gruncie rzeczy destrukcyjnie, pewnej ascezy. I tym właśnie stwierdzeniem uzasadniłem, że naturalnym zatem byłoby szukanie kogoś do pary, choćby ze względu na przedłużenie życia gatunku, co w ludzkiej przestrzeni może się ograniczać do przedłużenia istnienia rodu czy nazwiska. To dobry powód do znalezienia kogoś, z kim razem wychowa się swoje potomstwo. Ale czy konieczny? I tutaj pojawiają się wątpliwości. Bo jeśli dobrze jest mieć dzieci, to posiadanie partnera życiowego nie musi się z tym wiązać, czego dowodzą kobiety i mężczyźni samotnie wychowujący swoje pociechy. Owszem, na sam moment poczęcia potrzebne jest czasowe zespolenie (w dobie zapłodnień in vitro już nawet nie), ale na tym rola partnerstwa może się skończyć. Mało tego. Doszedłem do wniosku, kontynuując niejako nurt podjęty wraz z wierszem Niemiłość, że to, co może spoić młodych ludzi, jest, jak już wcześniej pisałem, tylko fascynacja fizycznością. Wszystko, co później zostaje to albo przyzwyczajenie, albo wygoda, albo dzieci.
Miłość jako coś nierzeczywistego, transcendentalnego nie istnieje między ludźmi w czystej postaci. Nie istnieje sama z siebie - niezależnie. A tak właśnie próbujemy ją sobie tłumaczyć - kocham kogoś, bo po prostu kocham. To nie jest uzasadnienie. I choć niektórzy się nie zgodzą, i powiedzą, że miłości nie trzeba uzasadniać, to w gruncie rzeczy wiemy, że to uzasadnienie zawsze istnieje. Budując wokół siebie otoczkę szczęśliwości chcemy to szczęście zwabić na siłę, zapominając, że radość powinna wypływać z nas samych. Nieważne, czy kogoś mamy, czy nie.
Nie chcę potępiać instytucji rodziny albo małżeństwa. Chciałbym tylko wskazać na nieuzasadnione ograniczanie w jakimś stopniu swojej niezależności jako jednostki. Bo ta sama jednostka, człowiek, która do pewnego czasu w istocie jest podległa wychowawcy, rodzicowi, w pewnym momencie może rozwinąć skrzydła i stać się samym w sobie elementem świata zmierzającym do ideału w ponadwymiarowości czasu i przestrzeni, gdy nagle pojawia się myśl oddania części swojej niezawisłości komuś. Komuś jeszcze równie niedoskonałemu. Bo dopóki będziemy ulegać ludzkim żądzom wypływających z naszego człowieczeństwa, z naszej cielesności, dopóty nie uzyskamy pełni. W związku z tym, jeśli inny człowiek nie może mi pomóc w dążeniu do doskonałości, bo sam jest niedoskonały (choć pod ułudą miłości często się twierdzi, że jest idealny), po co zatem z kimś się wiązać?
Wiem, że mało kto zgodzi się z moją kontrowersyjną ideą. Chciałem jedynie wskazać na pewne aspekty związków międzyludzkich, nad którymi zastanawiamy się chyba zbyt rzadko i wolimy brnąć w naszej rzeczywistości po omacku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz