Po raz kolejny spojrzał przez okno swojego pokoju.
- Wciąż nic się nie zmieniło - pomyślał.
Nadal siedział z założonymi rękami i pustym wzrokiem patrzył na blok po drugiej stronie wąskiej ulicy. Słychać było przejeżdżające samochody, odgłosy ludzi i jakiś bliżej nieokreślony szum, ale z okna nie było widać nic poza częścią wysokiego budynku z naprzeciwka, szczytów przyulicznych topoli i skrawka błękitnego nieba.
Przez cały czas istniał ten jeden, jakby z góry określony i niemogący się zmieniać obraz. Bez względu na porę roku blok stał na swoim miejscu, ponad nim rozpościerało się niebo, a przy podstawie kołysały się leniwie drzewa. W niektóre jesienne poranki blok roztapiał się we mgle, zimą stawał się nieprzeniknioną barierą dla promieni słonecznych, aby wiosną swoją szarzyzną wprowadzić ponury nastrój w kwitnącą dokoła przyrodę. Szaro-brązowe mury rzucały latem nieduży cień na dziurawą jezdnię. Ten sam cień przez cały rok skutecznie tłumił chcącą się obudzić do życia i deptaną każdego dnia przez ludzi trawę, pojawiającą się tu i ówdzie u podnóży budynku na skrawkach ziemi między betonem a asfaltem.
Blok z naprzeciwka, monumentalnie wznoszący się przy drodze wjazdowej do miasta i witający niemrawo swoim surowym wizerunkiem przyjezdnych, w ciągu dnia odzwierciedlał egzystencję mieszkających w nim ludzi. A czynił to za pomocą okien, w których zapalały się i gasły światła, oraz drzwi wejściowych do bramy, które raz po razie otwierały się i zamykały, wpuszczając lub wypuszczając lepiej lub mniej znane postacie. Oprócz tych prostych i bez końca powtarzanych czynności, zdawał się być martwym wytworem ludzkiej idei o dobrobycie i równości.
O dobrobycie i równości człowiek siedzący za oknem jednak nie rozmyślał. Choć akurat jego te zagadnienia po prostu nie interesowały, nie myślał wtedy o niczym. Był zbyt zmęczony ciągłym czekaniem. I gdy z każdą kolejną minutą pogrążał się coraz bardziej w otchłani wyrastającej za jego plecami, nagle swój niewyrażający niczego wzrok skierował na górną część bloku. Znad płaskiego, pokrytego papą dachu wzleciało stado gołębi. Pojawiły się znikąd i szybko poszybowały w dół, aby po chwili znów wzlecieć do góry i, zataczając lekki łuk, zniknąć z pola widzenia. W tym jednym momencie wprowadziły w monotonny obraz osiedla dynamikę zakłócającą wszechobecny spokój. Zakłóciły też jego wewnętrzny skrzętnie budowany od dłuższego czasu stan równowagi.
- Pora działać - rzekł cicho do siebie, wstał od biurka i wyszedł z pokoju.
- Wciąż nic się nie zmieniło - pomyślał.
Nadal siedział z założonymi rękami i pustym wzrokiem patrzył na blok po drugiej stronie wąskiej ulicy. Słychać było przejeżdżające samochody, odgłosy ludzi i jakiś bliżej nieokreślony szum, ale z okna nie było widać nic poza częścią wysokiego budynku z naprzeciwka, szczytów przyulicznych topoli i skrawka błękitnego nieba.
Przez cały czas istniał ten jeden, jakby z góry określony i niemogący się zmieniać obraz. Bez względu na porę roku blok stał na swoim miejscu, ponad nim rozpościerało się niebo, a przy podstawie kołysały się leniwie drzewa. W niektóre jesienne poranki blok roztapiał się we mgle, zimą stawał się nieprzeniknioną barierą dla promieni słonecznych, aby wiosną swoją szarzyzną wprowadzić ponury nastrój w kwitnącą dokoła przyrodę. Szaro-brązowe mury rzucały latem nieduży cień na dziurawą jezdnię. Ten sam cień przez cały rok skutecznie tłumił chcącą się obudzić do życia i deptaną każdego dnia przez ludzi trawę, pojawiającą się tu i ówdzie u podnóży budynku na skrawkach ziemi między betonem a asfaltem.
Blok z naprzeciwka, monumentalnie wznoszący się przy drodze wjazdowej do miasta i witający niemrawo swoim surowym wizerunkiem przyjezdnych, w ciągu dnia odzwierciedlał egzystencję mieszkających w nim ludzi. A czynił to za pomocą okien, w których zapalały się i gasły światła, oraz drzwi wejściowych do bramy, które raz po razie otwierały się i zamykały, wpuszczając lub wypuszczając lepiej lub mniej znane postacie. Oprócz tych prostych i bez końca powtarzanych czynności, zdawał się być martwym wytworem ludzkiej idei o dobrobycie i równości.
O dobrobycie i równości człowiek siedzący za oknem jednak nie rozmyślał. Choć akurat jego te zagadnienia po prostu nie interesowały, nie myślał wtedy o niczym. Był zbyt zmęczony ciągłym czekaniem. I gdy z każdą kolejną minutą pogrążał się coraz bardziej w otchłani wyrastającej za jego plecami, nagle swój niewyrażający niczego wzrok skierował na górną część bloku. Znad płaskiego, pokrytego papą dachu wzleciało stado gołębi. Pojawiły się znikąd i szybko poszybowały w dół, aby po chwili znów wzlecieć do góry i, zataczając lekki łuk, zniknąć z pola widzenia. W tym jednym momencie wprowadziły w monotonny obraz osiedla dynamikę zakłócającą wszechobecny spokój. Zakłóciły też jego wewnętrzny skrzętnie budowany od dłuższego czasu stan równowagi.
- Pora działać - rzekł cicho do siebie, wstał od biurka i wyszedł z pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz