poniedziałek, 8 października 2012

Ubi sunt

- Czwartek mi nie pasi, bo mam zajęcia, a później idę na AWF Party świeżynki wyrywać - odpowiedział znajomy na propozycję "czwartkowego" piwa.
W jednej chwili przed oczami pojawił się obraz bynajmniej nie wyrywania "świeżynek" czy trochę mniej "świeżych" studentek, ale krótki urywek z jednej z imprez, na której pojawiłem się mniej więcej pięć lat temu. Pięć lat temu. Pięć lat.
- Świeżynki... Ach te czasy - zakończyłem.
Chwilę wcześniej wypakowywałem z plecaka noszone przez cały dzień papiery i książki. Przysunąłem go bliżej siebie i zacząłem otwierać uszkodzony zamek. Któregoś razu część suwaka oderwała się od materiału, więc od tej pory nie zamykałem plecaka do końca, a tę niezasuniętą część spinałem agrafką. Dokładnej daty zepsucia zamka nie pamiętam, nie przypominam sobie także okoliczności, w których do tego doszło, ale było to w okolicach czerwca lub lipca. A plecak kupowałem najprawdopodobniej też pięć lat wcześniej we wrześniu. Pięć lat.
Ale nie o tę liczbę chodzi. Piątka nie jest dla mnie żadnym znaczącym symbolem albo szczęśliwą jak dla niektórych liczbą. Jest tu tylko i wyłącznie jakąś wskazówką. Wskazówką odmierzającą czas, który akurat w tym wypadku wynosi pięć lat, bo na czas chciałem tu zwrócić uwagę. Cóż złego w czasie, że się go czepiłem. A właśnie to jest złe, że mija. I to mija bezpowrotnie.
Nie chcę wołać za Franciszkiem Villonem "Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi!", ale słowa te same cisną się na usta. Gdy siedzę pośród ciemnego pokoju i z głośników dochodzą poruszające dźwięki długiego, lecz nienużącego intra do piosenki "April" zespołu Deep Purple, jedynymi przerażającymi myślami są te, które w okowach wewnętrznej pustki i niewykorzystanego czasu każą zamknąć się jeszcze szczelniej i brnąć w bezkresie bezsilności.
Była młodość. Były marzenia. Ale południe nie trwa wiecznie. Słońce w zenicie oświetlające każdy szczegół i wskazujące cel ześlizgnęło się niczym but z oblodzonego szlaku. Pozostało niespełnienie i milczenie ciszy wokół.
Wciąż widzę siebie na tamtym przyjęciu w któryś październikowy albo listopadowy wieczór gdzieś przy ulicy Jaskółczej. Twarze ludzi, których już nigdy nie spotkam, są twarzami bez wyrazu, ale tętniącymi życiem, tym życiem, którego we mnie brakuje i brakowało przez te pięć lat. Ciągle widzę kuchnię, puszki z piwem i kieliszki nalane po brzegi. Wciąż widzę pokój z drzwiami balkonowymi i twarz tamtej dziewczyny nieznanej nawet z imienia.
Zimne powietrze orzeźwiło twarze nocnych włóczęgów. Wszyscy zmierzali w stronę nocnego autobusu jadącego na południe. Wśród nich szedł także on. Nie przejmował się, że trzeba będzie rano wstać. Liczyła się właśnie ta jedna chwila. Niewykorzystane okazje miały dopiero nadejść.
Nadjechał autobus. Cała gromada wsiadła do środka. Wsiadł i ten z nowym plecakiem. Niedługo potem wszystkich ogarnęła noc. Nieprzejednana i wieczna, jedyna rzecz, która oparła się czasowi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz