poniedziałek, 3 marca 2014

Niedziela "pracująca"

Nie będę pisał w odniesieniu do pewnych pasujących do tematu słów, by nie zbliżyć się za bardzo do grona hipokrytów, choć bardzo chciałbym w tym miejscu je zacytować.
Tydzień pracujący, te dni od poniedziałku do piątku, kiedy dźwięki pędzącego miasta nie dają chwili spokoju. Ten czas, kiedy nie zawsze można wstać z dobrą myślą "dziś się wyspałem". Ten czas, kiedy czeka się nawet z pewną tęsknotą na weekend. I gdy wreszcie te dwa wolne dni przychodzą, często dość szybko okazuje się, że na odpoczynek czasu brak. Nie dlatego, że ktoś nam nie pozwala, jak w przypadku sąsiada i jego awanturującego się dziecka czy sąsiadki o betonowych butach, która swoje głośne chodzenie chce zagłuszyć muzyką, ale sami sobie na ten odpoczynek nie pozwalamy. I o ile sytuacja niektórych ludzi zmusza ich do podejmowania pracy w dni teoretycznie wolne, o tyle w przypadku wielu innych osób już tak nie jest. Może ktoś nie czuje się odpowiednio zmęczony pracą w tygodniu - w porządku, niech pracuje i w niedzielę. Ale jeśli wspomina się, że się jest zmęczonym, a słoneczną niedzielę przesiaduje się w domu nad kuchennym blatem, a ciszę zastępuje różnymi jazgoczącymi dźwiękami, to czy przypadkiem nie brakuje w takim postępowaniu logiki? Może niektórzy tego oderwania od hałasu codzienności nie potrzebują. Może wolą inhalować się przesiąkniętym radonem wielkomiejskim powietrzem.
Ja natomiast od tego wolę uciekać i jeśli tylko mogę, chcę się cieszyć każdą chwilą ciszy i spokoju, która jest mi dana. I szczególnie w weekend, kiedy możliwość stworzenia odpowiednich warunków powinna być nieco łatwiejsza. Niestety - tylko w teorii. Widocznie niedziela "pracująca" jest także "dnia świętego święceniem"...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz